niedziela, 28 września 2014

D. i ja

Jeśli kiedyś spotkacie kogoś, kto uważa, że depresja to tylko taka moda, chęć zwrócenia na siebie uwagi albo przykrywka dla lenistwa, dajcie mu ode mnie w pysk. Nie tylko dlatego że kompletnie nie ma racji, ale też prezentuje podejście "jeśli problem mnie nie dotyczy, to on nie istnieje", a jest to nie dość, że potwornie wkurzające, to strasznie krzywdzące dla wszystkich, których ten problem jednak dotyka.

Depresja to nie moda i nie wyimaginowana przypadłość. To choroba. Równie prawdziwa i niemal tak wyniszczająca, jak rak.



Za każdym razem, kiedy ktoś dowiaduje się o mojej depresji, pojawia się pytanie: "Dlaczego jesteś smutna?". Cóż, chciałabym mieć jakiś powód, choćby po to, żeby móc zamknąć gęby wszystkim, którzy twierdzą, że nie mam prawa do bycia smutną, bo wszystko mam, niczego mi nie brakuje, no i ulubiony argument ludzkości: INNI MAJĄ GORZEJ. Owszem, zdaję sobie z tego sprawę. Ale to tylko sprawia, że czuję się JESZCZE gorzej. Bo jak ja śmiem czuć się źle, kiedy wokół mnie ludziom umierają najbliżsi, kiedy tracą cały majątek, kiedy zapadają na śmiertelną chorobę?

Depresja to podła suka, która wcale nie potrzebuje żadnego konkretnego powodu, by się człowieka uczepić i nie puszczać do końca życia. Bywa, że przez cały dzień czuję się dobrze, aż nagle kulę się na środku drogi i zaczynam niekontrolowanie płakać, myśląc, że nie chcę żyć. Czy mam powód, by akurat w tej chwili czuć się źle i chcieć się zabić? Oczywiście, że nie. Ale D. już tak ma: w najmniej spodziewanych momentach budzi wszystkie najgorsze lęki i wylewa na ciebie wiadro pomyj. Przypomina ci wszystkie niepowodzenia, wylicza twoje najgorsze wady, zwala na ciebie winę za wszystko, udowadnia ci, jak bardzo nie pasujesz do tego świata i jak bardzo innym zawadzasz. Bywa też, że do płaczu doprowadzają największe głupoty, jakie tylko można wymyślić.
Bo trafiło się na rodzynka w cieście.
Bo godzinny program czwarty raz przerywają reklamy.
Bo na obiad jarzynowa.
Bo ulubione skarpetki są w praniu.
Bo w pokoju lata komar.

Ale czasem o wiele gorsze od tych chwil załamania są długie okresy, kiedy po prostu nic człowieka nie obchodzi. Kiedy wszystko obojętnieje i nic ani nie powoduje smutku, ani nie sprawia radości. Kiedy dni mijają jeden po drugim, nie różniąc się od siebie niczym. Spędza się cały dzień, leżąc w łóżku i patrząc w sufit, bez zaangażowania oglądając telewizję albo raz po raz odwiedzając w kółko te same strony w internecie. Żeby tylko jakoś upłynął ten czas, który trzeba spędzić, będąc przytomnym. 


Oczywiście, jak każdą chorobę, depresję można leczyć. I chciałabym tu zamieścić jakąś inspirującą mowę, jak to wyzdrowiałam i moje życie zmieniło się na lepsze, ale, niestety, nie mogę. Walka z depresją nie jest łatwa. Nie wystarczy brać do skutku tabletki, by pewnego dnia się obudzić i zakrzyknąć: hurra! jestem zdrowy! Nie można zabić D. D. to ty. To walkę z sobą trzeba wygrać. Nawet ze wsparciem stada psychiatrów, psychologów, przyjaciół i prochów to się często wydaje niemożliwe. Powiedzieć człowiekowi z depresją: "Hej, uśmiechnij się!" to jak powiedzieć człowiekowi ze złamaną nogą: "Chodź pobiegać!". Dude, wymagasz ode mnie niemożliwego.

Ale to problem, który dotyka nie tylko bezpośredniego zainteresowanego. Każdy, kto próbuje ci pomóc - jak by się do tego nie zabierał - może poczuć się przygnębiony lub zirytowany faktem, że jego działania nie przynoszą żadnych skutków. Ale to nie jego wina, że zdajesz się być odporny na pocieszanie, wynajdywanie solucji i pełne dobrych chęci kopy w zad. Twoja też nie. Zaburzenia depresyjne niejedno mają imię - czasem postawienie trafnej diagnozy trwa kilka lub nawet kilkanaście lat. Ciężko się dokopać do źródła problemu. Ale trzeba próbować.


Karta na dziś:

7 komentarzy:

  1. Co do tego, co pisałaś na początku - jest też druga strona problemu. Depresja obecnie tak spowszedniała, bo mnóstwo ludzi, którzy akurat źle się poczuli lub mają gorszy nastrój, szumnie orzeka, że "mam teraz depresję!". I osoby, które spotykają się tylko z takim podejściem, stwierdzają, że depresja to po prostu histeria (w sensie niemedycznym), więc nie ma co się taką osobą przejmować. Sama dużo czytam o problemie od strony technicznej, myślę też o specjalizacji psychiatrycznej, więc takie podejście tym bardziej mnie wkurza, ale tłumaczenie ludziom, czym tak naprawdę jest depresja, to walka z wiatrakami. No i skutek jest taki, że osoby, które naprawdę chorują, dostają łatkę mazgaja, który tylko się nad sobą użala. (No i oczywiście nieśmiertelne "inni mają gorzej" - aż mi się nóż w kieszeni otwiera, jak to słyszę i to nie tylko w stosunku do kogoś z depresją, ale w stosunku do każdego z jakimkolwiek problemem). Oczywiście najlepiej byłoby takich buców po prostu zignorować, ale doskonale wiem, że to tak nie działa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale "inni mają gorzej" jest dla wielu porządnym kopniakiem w dupę. Przynajmniej dla mnie. Nie o to chodzi, że pociesza mnie nieszczęście innych, ale zyskuję dystans do swoich problemów, kiedy uświadamiam sobie w jak potwornych, nieludzkich, rodzących rozpacz warunkach muszą żyć niektórzy i jak dobrze, mimo wszystko, mam ja. W trakcie różnych wolontariatów poznałam wielu ludzi, którzy siedząc po uszy w kompletnym gównie potrafią pochylić się nad nieszczęściem (czasem wyjątkowo śmiesznym w porównaniu z ich własnym) innej osoby i zapomnieć o sobie.
      Rozumiem problem depresji i mam świadomość, że rozmyślania nad brakiem powodów do zmartwienia może prowadzić do wniosku, żem beznadziejny. Ale nie skreślałabym argumentów z rodzaju "inni...". Wypływają ze starej jak świat zasady, że zaangażowanie się w pomoc tym innym zwykle odwraca uwagę od własnej dupy i pozwala zdystansować (no, chyba że sprowadzimy to do "świat jest zły, ludzie są źli, matko, jaki Weltschmerz!" - bo tak też niektórzy potrafią).
      Powtarzam - depresja to choroba, kawał małpy i ogólnie współczuję każdemu, kto się z nią boryka. Ale wszyscy w stanach przed - depresyjnych powinni jednak z większą wyrozumiałością podejść do "inni mają gorzej". Bo nastała obecna głupia moda na wynoszenie swoich nieszczęść na piedestał i roszczenia sobie prawa do zajmowania się li i jedynie własną dupą, kiedy tylko trochę zakłuje.

      Usuń
  2. Zawsze jak słyszę argument z "inni mają gorzej", to mam ochotę zapytać, czy powinnam zacząć cieszyć się z cudzych nieszczęść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czasami się cieszę. Psychologia nazywa to smutnofrojdyzmem.

      Usuń
  3. http://www.mojegotowanie.pl/var/self/storage/images/przepisy/desery/lody_earl_grey/1786350-1-pol-PL/lody_earl_grey_popup_watermark.jpg

    Inni mają gorzej, ale czy z tego powodu masz czuć się lepiej? Nie wydaje mi się. Jedni mają tak w życiu, inni inaczej, dla każdego to jego problemy w tym momencie są ważniejsze bo on musi się z nimi zmagać.

    OdpowiedzUsuń
  4. O trudnych i drażliwych sprawach to w ogóle lepiej z pierwszym lepszym nie rozmawiać, bo się mądrości nie usłyszy...Mam nadzieję,że Ci się poprawi.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  5. Doskonale cię rozumiem, też przechodziłam przez ten etap, kiedy chciałam być normalna, ale powiem ci szczerze - nie warto się "leczyć". Gdy już mój sposób myślenia zacznie się zmieniać, poczuła się jakby odebrano mi ważną część osobowości. Teraz już nie próbuję wypełniać tej pustki, zaakceptowałam ją i muszę przyznać, że znalazłam w tym sporą ulgę.

    OdpowiedzUsuń