wtorek, 16 września 2014

Krótko o książkach, vol. 7

Licia Troisi "Kroniki Świata Wynurzonego. Misja Sennara"
Cóż... Z tej trylogii będzie to chyba najsłabsza część. Nihal jest jeszcze bardziej irytującą merysujką, jej zachowanie i decyzje przyprawiają o facepalm za facepalmem, a w swej kiczowatości dorobiła się nawet tatuażu: skrzydeł na plecach. Nadal nie mam do tej dziuni ani krzty sympatii. Ale po tytule widać, że nie tylko o niej jest ta powieść: jej trulaw też przeżywa swoje przygody... które z kolei są potwornie nudne. Czy tego już nie było? Wydaje mi się, że w którejś z innych trylogii był identyczny schemat: para trulawów się rozdziela i w środkowym tomie przeżywają każdy swoją przygodę. Troisi chyba naprawdę skończyły się pomysły na tę serię. Dobrze, że wzięła się za coś innego, bo naprawdę, z tomu na tom coraz bardziej dobija ta nużąca wtórność.
Ocena: 3/6


Ari Marmell "Pakt złodziejki"
To była jedna z najbardziej męczących lektur w ostatnim czasie. Po opisie z tyłu spodziewałam się czegoś dużo, dużo lepszego, może w stylu "Zadania goblina", ale "Pakt złodziejki" okazał się być wręcz okropny. Autor popełnił trzy główne grzechy, które w moich oczach pogrzebały tę książkę.
1) Chronologia w cały świat. Rozdział 1: rok temu, Rozdział 2: obecnie, Rozdział 3: sześć lat temu... Nie da się w tym połapać i nie oszaleć. Jakiegoś wprowadzenia w świat nie ma. Są imiona i nazwy jakby francuskie, jest broń palna, są miecze, pudrowane peruki, biskupi... ale na dobrą sprawę nie wiem, co mam sobie wyobrażać. Losy bohaterki mnie nic a nic nie obchodzą, bo nie mam okazji jej dobrze poznać.
2) Autor zapomniał, że humor slapstickowy w prozie po prostu nie działa. Jak długi i barwny nie byłby opis miny faceta, który drugi raz z rzędu dostał kopa w jaja, brzmi to po prostu żenująco, a nie śmiesznie - tym bardziej, że za dwa rozdziały znowu dostaje kopa w jaja, ale nie czuje uderzenia, bo osłonił klejnoty mieszkiem z pieniędzmi (co, w moim rozumowaniu, powinno tylko zwiększyć ból, ale co ja tam wiem o bólu jąder).
3) Półdialogi złodziejki z siedzącym w jej głowie bogiem są przerażająco sztuczne. Mówię "półdialogi", bo bóg jest niemy i komunikuje się z dziewoją za pomocą emocji. Efekt jest taki, że bohaterka nieustannie gada do siebie w stylu: "No wiem, udało mi się dzięki tobie, gdyby nie twoja pomoc, rozmaśliłabym się na ścianie. Co?! Co to ma znaczyć, że już nigdy więcej mi nie pomożesz? Że niby ja z ciebie kpię?" I tak w kółko. W ogóle nienawidzę, gdy bohaterowie mówią do siebie na głos, ale TO to już jest szczyt sztuczności i nieporadności.
Ocena: 2/6

Andrzej Tucholski "Admiralette"
Co ja mogę napisać o tej książce, czego nie napisały już dziesiątki osób przede mną?
Cóż, dla mnie ta cieniutka powiastka była przede wszystkim śmiertelnie nudna. Ale tak serio, poważnie, przytłaczająco, niemiłosiernie NUDNA. Ostatnio tak się wymęczyłam przy "Wymazywaniu", ale "Admiralette" na szczęście nie muszę doczytywać do końca na zaliczenie przedmiotu. I poza tą nudą, "Admiralette" kompletnie niczym się nie wyróżnia. To opko, jakich miliony w internetach, z tą subtelną różnicą, że autor (czy może raczej aŁtor) każe sobie za nią słono płacić. Główna bohaterka to wkurzająca gówniara, oczywiście piękna, arogancka i inteligentna, choć głównie w oczach autora. Książka podzielona jest na trzy opowiadania, w których na dobrą sprawę nic się nie dzieje, a nawet jeśli, to akcja ginie, przytłoczona ogromem opisów. Wierzcie mi, to nie są zwykłe opisy. Cokolwiek autor opisuje, robi to maksymalnie szczegółowo, każda śrubeczka w mechanizmie, każda pojedyncza nitka w cumie, położenie każdego pryszcza na gębie każdej napotkanej przez bohaterkę postaci, a ramach bonusu: każda z tych kompletnie nieznaczących postaci ma swoje dłuuugie backstory. Gdyby usunąć z tej książki wszystkie te niepotrzebne zapychacze, całość dałoby się streścić na góra trzech stronach. Zresztą, nawet przy zastosowaniu mnóstwa środków mających na celu zwiększenie objętości powieści (czcionka większa niż w książeczkach dla dzieci, spore marginesy, mnogość pustych stron), wychodzi z tego coś, co wygląda bardziej na wstęp do czegoś, niż całość sama w sobie. No, ale oczywiście to nie mogła być jedna książka, MUSI BYĆ TRYLOGIA BO TYLKO TAK JEST TROO, więc czekamy na sequel!
Ocena: 1,5/6

Katarzyna Michalak "Powrót do Ferrinu"
Czy popełnię straszne bluźnierstwo, jak powiem, że tę książkę... czyta mi się całkiem przyjemnie?
Nie zrozumcie mnie opacznie - to zła książka jest. Zacznijmy od tego, że aŁtorkasia zastosowała naprawdę beznadziejny chwyt: wszystko, co zostało opisane w tomie pierwszym, nigdy się nie wydarzyło, Karolina/Anaela wraca do Ferrinu i jednocześnie cofa się w czasie do wydarzeń SPRZED wszystkiego, co było w "Grze o Ferrin". Po drugie: Anaela jest nieśmiertelnym pionkiem w grze, jaką toczy między sobą dwójka bóstw. W świetle dwóch powyższych faktów, ciężko nie mieć w dupie wszystkiego, co się dzieje, bo przecież zawsze bogowie mogą stwierdzić, że Anaela dała ciała i wczytają jej save'a, w związku z czym żadne z poprzednich wydarzeń nie miało miejsca. Po trzecie: NIE WIEM, CO SIĘ DZIEJE. A jak dodać do tego wydarzenia kompletnie niemające sensu i logicznego uzasadnienia, to podwójnie nie wiem, co się dzieje, o co chodzi, kto z kim i dlaczego. Jedyny plus jest taki, że tak naprawdę nie ma znaczenia, czy cokolwiek rozumiem - autorka, jak na grafomankę przystało, i tak będzie naginać rzeczywistość do swojego aktualnego widzimisię, a kto wie, ile jeszcze razy wystąpi motyw wczytywania save'a.
Ale tak jakoś... fajnie mi się to czyta. Nie bijcie.
Ocena: 2,5/6

Praca zbiorowa "Balsam dla duszy miłośnika koni"
Dla odmiany będzie coś ocenionego pozytywnie, hłe hłe.
W sumie nie mam tu wiele do powiedzenia. Książka jest tym, na co wygląda: balsamem dla duszy miłośnika koni. Składa się z mnóstwa krótkich opowiadań będących prawdziwymi historiami ludzi, którzy kochali konie. Niektóre zabawne, inne wzruszające, jeszcze inne pouczające. Jedyne, co mnie drażni w niektórych opowiadaniach, to natchnione, egzaltowane wynurzenia o Bogu i cudzie modlitwy... No ale cóż, cała seria "Balsamów dla duszy" została stworzona przez chrześcijan dla chrześcijan, więc trudno.
Ocena: 4/6







Ech... Nie chcę wracać na studia. Poza wszystkim, do czego przejdę za chwilę, mój wydział przeniósł się do nowego budynku, który jest wprost okropny, zwłaszcza w porównaniu z Pałacem Biedermanna, w którym kulturoznawstwo urzędowało do tej pory. Żegnajcie, drewniane schody kryte dywanami, żegnajcie, boazerie i ogromne okna, z których zimą pizgał nieludzki ziąb. Nawet za tym cholernym browarem i jego roztaczającym się nad parkiem smrodem będę tęsknić. Ostatni rok licencjatu spędzę w nowoczesnym badziewiu ze szklanymi podłogami, przez które faceci będą podglądać dziewczyny w sukienkach. *sigh*

Tia... Tylko ciągle zadaję sobie pytanie: po co to wszystko? Po cholerę mi w ogóle były studia? Żeby udowodnić rodzicom, że nie jestem gorsza od siostry i rówieśników? Nienawidzę się uczyć. Naprawdę, dogłębnie nienawidzę tego całego procesu ślęczenia nad trudnym (i nierzadko trudno dostępnym) materiałem, którego treść nawet mnie nie interesuje. Lubię się uczyć WYŁĄCZNIE poprzez praktykę. Nigdy nie czytam instrukcji, nieważne czy gier, czy urządzeń, lubię wszystko odkrywać metodą prób i błędów. Na studiach nie ma miejsca na metodę prób i błędów, masz temat do wykucia, tysiąc nieistniejących książek do znalezienia, a potem miesiąc na przeczytanie, zrozumienie i zapamiętanie absolutnie każdego akapitu z każdej z nich. Nienawidzę tego.

Ale jednocześnie nie mam kompletnie żadnego planu na to, co mogłabym robić poza tymi zasranymi studiami... i w ten sposób błędne koło się zatacza. Ani planu, ani odwagi, nic. Mam tylko kilka antydepresantów, które mają mi pomóc przetrwać.




E: VIKTOR VIKTOR VIKTOR

7 komentarzy:

  1. Ściskam za studia, ja jeszcze walczę i mi smutno z tego powodu. Na studia poszłam jak przykazali, na te, co przykazali i teraz skuczę już nie powiem, który rok. Jest mi dość źle, ale staram się wyszukać jakąś niszę dla mnie. Chyba gdzieś taka jest?
    Książkowo: Złodziejka i Admiralette mają PIĘKNE okładki. Książkowo po raz drugi- masz je w formie papierowej? Może mała zamianka, mam równie okropne książki do wydania ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Admiralette" nie mam w wersji papierowej, ale "Złodziejkę" chętnie bym wymieniła. :3 Co tam masz ciekawego na wydaniu?

      Usuń
    2. Wypisałam listę książek na NAKWie w dziale-oryginalnie-książki. Od razu uprzedzę, żadna nie jest nawet z pogranicza fantasy, kilka w stanie naprawdę paradziewiczym.

      Ale prawda, że okładki w porządku?

      Usuń
    3. Meh, nic ciekawego jak dla mnie, sorry. :c Ale wciąż mogę ci opchnąć "Złodziejkę", tanio, bo królik przeżuł lekko jeden róg z tyłu. ;P

      Usuń
  2. Patrz, a wszystkie bloggerki tak zachwycają się Michalak.

    OdpowiedzUsuń
  3. Meyer też się masa osób zachwyca...
    Winky,współczuję i budynku (znam okolic pałacu,mieszkam w pobliżu),studia - paskudna sprawa, ale trzeba odwalić. O książkach zawsze przyjemnie poczytać.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam taką sprytną teorię, że Świat Wynurzony i przygody całej wesołej gromadki to opisy sesji RPG w których brała udział Troisi.
    Dlaczego kiepskie książki muszą mieć tak ładne okładki?
    Trzymaj się Winky, dasz radę. Jak zwykle wierzę w Ciebie mocno. ^^

    OdpowiedzUsuń