sobota, 20 grudnia 2014

Krótki hejt na hejterów

Ostatnio boję się cokolwiek przy kimkolwiek powiedzieć, bo istnieje 95% prawdopodobieństwo, że zostanę uraczona długą dysputą na temat tego, jak bardzo to, o czym mówię, jest gówniane. Bywa nawet, że mówię o jednym, a rozmówca nawiązuje do czegoś kompletnie z tym niezwiązanego, byleby tylko trochę poszczekać na temat, który go irytuje. A nawet jak się nie odzywam, to wszędzie widzę nic, tylko tsunami jadu. Jakby świat nagle wypełnił się osobami, które uważają, że świat nie może istnieć, jeśli one nie podzielą się swoją pełną nienawiści opinią o czymś. A najlepiej, jak po wylaniu z siebie tego wiadra pomyj stwierdzają "To je konstróktywna krytyka, jak śmierz polemizować" i patrzą z góry na wszystkich o opinii innej niż ich własna. 

Wiecie, co wam powiem?

Lubię święta. Nie znoszę wigilijnych potraw i dzielenia się opłatkiem, ale lubię dawać innym przemyślane prezenty i lubię tę miłą, ciepłą atmosferę.

Lubię Pewdiepie'a. Nie zawsze podobają mi się jego głupawe żarty i wygłupy, ale to fajny, szczery koleś, który ma serce we właściwym miejscu i nie raz rozbawił mnie do łez.

Lubię Zwierza popkulturalnego. To, że robi błędy interpunkcyjne i się głupio z nich tłumaczy nie zmienia faktu, że pisze bardzo fajne artykuliki.

Lubię nowy miecz świetlny ze zwiastuna epizodu VII. Wcale nie wygląda głupio i jego użytkownik z pewnością umie posługiwać się nim tak, by nie stracić palców.

Lubię zimę. Najbardziej wtedy, kiedy nie muszę wychodzić z domu, ale dobrze, że jest i urozmaica krajobraz.

Lubię Nostalgia Critica. Bywa irytujący i wolę jego stare recenzje od tych najnowszych, ale ma trafne spostrzeżenia i potrafi mnie rozbawić.

Szanowni hejterzy. Bądźcie tak mili i zacznijcie stosować się do jednej prostej zasady: żyj i daj żyć innym. Ja też nie lubię wielu rzeczy. Wiele mnie po prostu wkurwia. Ale nie muszę wszystkim wokół wcierać moich uczuć w ryj, bo to zazwyczaj prowadzi tylko do frustracji - MOJEJ frustracji. A po co się denerwować takimi pierdołami? Nie lepiej się skupić na tym, co jest fajne? Co sprawia przyjemność? Jeśli uważacie, że nie... no to cóż. Kij wam w oko, smętne buce.

Wesołych świąt!


PS W razie gdyby ktoś nie wiedział, na drugim blogasku zorganizowałam konkurs. Konkurencja jest znikoma (by nie rzec - nieistniejąca), więc zapraszam do zgłoszenia się, macie bardzo duże szanse.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Krótko o książkach, vol. 8

W czasie okienek Winifredy się nudzą...

Simon R. Green "Błękitny księżyc", część 1 i 2
Przy lekturze pierwszej części myślałam głównie: ojaa, ale to fajne! Potem, gdy doszłam do drugiego, było już tylko: o maaatko, jakie to nudne! Początek naprawdę jest fajny: książę popylający na gadającym jednorożcu, awanturnicza królewna, smok kolekcjonujący motyle, słowem: pastisz najbardziej oklepanych klisz fantasy. Ale potem nagle w drugim tomie atmosfera robi się ciężka, ponura, co chwilę ktoś ginie straszliwą śmiercią, wszyscy są smutni i zrozpaczeni... Jak bym do połowy czytała "Opowieści z Narnii", a od połowy zmieniła nagle książkę na "Księgę jesiennych demonów" (która jest beznadziejna i naprawdę nie ogarniam zachwytów nią [jak i nie ogarniam zachwytów nad 99% polskiej fantastyki]). 
Ocena: 3/6



Katarzyna Michalak "Serce Ferrinu"
Byłam o wiele zbyt wyrozumiała dla poprzedniego tomu. Ta seria to KUPA. Wielka, śmierdząca kupa zapakowana w ładny, błyszczący papierek. Tu nie ma akcji. Tu nie ma fabuły. Tu nie ma bohaterów. To tylko papierowe lalki, które Michalak ubiera w szkarłatne płaszcze i alabastrowe sukienki, które nie mają żadnego celu, które istnieją tylko po to, by gwałcić lub być gwałconymi. Naprawdę nie rozumiem tej chorej fascynacji gwałtem - czemu ten motyw musi się pojawić w niemal każdej książce tej aŁtorki rzekomo ciepłych książek dla kobiet? No dlaczego? Nie rozumiem!
Nawet nie będę próbować streścić tego gówna, bo tu kompletnie nic nie ma sensu. Wyrażę tylko swoje dogłębne obrzydzenie tym, jak potraktowana została siostra Anaeli - Kamila, samobójczyni z pierwszego tomu, która jednak nie umarła, nie wiem, nie ogarniam, mam to w dupie. W każdym razie, Kamila jest ciężko chora na depresję, a jedyne, co dostaje, to plaskacz w twarz od córci Anaelci, bo ta miała czelność powiedzieć o nich prawdę: że obie są zafiksowane na tym chorym Ferrinie, w którym nie spotyka ich nic dobrego, i zostawiają ją zupełnie samą na Ziemi w rozpadającej się ruderze w środku lasu, i traktują ją jak niewolnicę i służkę. I żeby ta tępa pizda, córcia Anaelci, mogła wrócić do Ferrinu, Kamila poświęca swoje życie, by przeprowadzić ją przez portal. Jak ja NIENAWIDZĘ tych suk, głównych bohaterek.
Ocena: 1,5/6

Anna Downer "Narodziny magii"
Na dobrą sprawę, nie wiem, co powiedzieć o tej książce. Jej lektura jest jak seans jednego z tych niskobudżetowych, amerykańskich filmów fantasy dla dzieci: identyczne schematy, przewidywalny rozwój akcji, nawet przejścia do innych scen opisane są tak, że przed oczami ma się film. No i niby błąd to nie jest... ale mimo że książeczka jest strasznie cieniutka, to lektura się dłuuuży jak kurde blade. Jeśli ktoś ma ochotę na niezbyt wymagającą opowieść o dziewczynce, która znajduje średniowiecznego wywerna, a po piętach depcze jej kilku czarodziejów, może sięgnąć po tę pozycję. Ale nie musi.
Ocena: 3/6





 Licia Troisi "Dziedziczka smoka. Testament Thubana"
Niby wiedziałam, że ten cykl został napisany z myślą o młodszych czytelnikach, ale mimo to jestem ciut zawiedziona tym, za jaką gówniarę uważa mnie ta książka. Enyłej... Licia Troisi postanowiła dla odmiany napisać coś dziejącego się we współczesności i wyszło jej to - moim zdaniem - mocno średnio. Szczególnie rażą potwornie sztuczne dialogi: jaka trzynastolatka mówi takim językiem?! Główna bohaterka zaś, Sofia, to jęczybuła tak emowata, że nawet mnie doprowadzała do szału swoim zachowaniem. Po drugiej stronie barykady mamy Lidję - ta z kolei jest pyskatą, rezolutną gówniarą, która też doprowadza do szewskiej pasji swoim chamstwem. No i jak czytać, jak tu nie ma kogo lubić?
Jeśli w poprzednich książkach Troisi irytowało was hołubienie natury i pogarda dla nowoczesności, to tutaj osiągnęło to apogeum. Maszyny są ZUEEE! A drzewka są DOBLEEE! Najfajniejszy akcent, czyli mechaniczne wszczepy stosowane przez zwolenników Wielkiego Zuego Wiwerna, są zepchnięte na dalszy plan jako zuyyy rekwizyt. Ech, o wiele chętniej poczytałabym o Nidafjoll i jej bracie, mimo że sami też są strasznie nijacy i czarno-biali.
Ocena: 3/6

Licia Troisi "Dziedziczka smoka. Drzewo Idhunn"
Ych, czy w każdej trylogii jest tak, że środkowy tom jest najnudniejszy? Nie wiem, jak u innych, ale u Troisi drugi tom zawsze pełni rolę takiego zapychacza, w którym na dobrą sprawę niewiele się dzieje, no ale gdyby seria nie była trylogią, to nie byłaby TROO.
Sofia nadal emuje, choć trochę mniej, Lidja dalej jest bucem, a na horyzoncie pojawia się ochmójbożejakiprzystojny chłopak, w którym Sofia zakochuje się niczym Bella w Edwardzie - kompletnie go nie zna, wzdycha do niego mimo że on jej robi krzywdę i jej uczucie jest tak mistyczne i w ogóle, że dajcie torebkę na rzygi. I nadal coś mało tu smoków. Jestem zawiedzion.
Ocena: 2,5/6



Natalia Molenda "Anarion"
Nie spodziewałam się wiele po tej książce. Kupiłam opko i dostałam opko - rozkosznie opkowate do bólu. Świat fantasy, cudaczne imiona, idiotyczne nazwy (wioska Darckastlehill - wcale nie angielska, nope), piękne elfki walczące w pięknych sukienkach niczym piękniejsza wersja Bruce'a Lee. Bohaterowie robią coś, choć kompletnie bez przekonania, tak tylko żeby akcję popchnąć do przodu, bo żeby oni mieli w tym jakikolwiek interes, to tego w ogóle nie czuć. Wszyscy jak jeden mąż są dość płascy i nijacy, określa się ich na podstawie wyglądu (fiołkowooki, złotowłosa, ych) i tego, kto komu dokucza. 
No słabo jest, słabo. Ale... uroczo. Książka sprawia wrażenie, jakby sama nie traktowała się zbyt poważnie - vide rozdział zatytułowany "Kiepski zwrot akcji". Ta książka wie, że jest opkiem i nie próbuje udawać, że jest inaczej.
Ocena: 2,75/6

niedziela, 7 grudnia 2014

Somnamskrybizm: Syndrom sztokholmski

Z góry zaznaczam: fakt, że miałam taki sen i postanowiłam go spisać, nie znaczy, że podoba mi się jego treść. Znaczy, w pewnym sensie mi się podoba, ale jest to sens metaforyczny i samanieumiempowiedziećjaki, a nie dosłowny. Porywanie ludzi jest be i twierdzenie, że robi się coś dla ich dobra jest jeszcze bardziej be. Kontynuujmy.

Syndrom sztokholmski


Bezsens – pomyślała, cisnąwszy kamyk do stawu.
Usiadła na brzegu i objęła kolana ramionami. Wytarła łzy, choć w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby je zobaczyć i spytać: „Co się stało? Czemu płaczesz?”. A nawet gdyby był, nie wiedziała, co mogłaby odpowiedzieć. Owszem, mogła powiedzieć: „Wczoraj dostałam pałę z klasówki, którą – byłam pewna – napisałam dobrze”, albo: „Zgubiłam moje ulubione pióro, to, które dostałam od dziadka, nim umarł”, lub też: „Tak bardzo chciałabym mieć pieska, ale jestem uczulona na sierść”. Jednak żaden z tych problemów nie był tym, przez który czuła tak głęboki smutek.
Przełknęła ostatnie łzy i zmusiła się do wstania. Zapadał wieczór, powinna wracać do domu. Nocą w lesie bywało niebezpiecznie, lecz tak bardzo kochała noc!
Szła ścieżką, wpatrzona w gwiazdy. Nawet nie zauważyła, kiedy podjechał do niej granatowy samochód, ze środka wypadł jakiś człowiek, złapał ją na ręce i porwał do pojazdu.
Na początku wystraszyła się. Wyjrzała przez tylną szybę i zobaczyła oddalający się szybko las. Kierowca prowadził jak wariat, samochodem raz po raz rzucało na boki przy wtórze pisku opon. Kto ją porwał, dlaczego? Zdała sobie sprawę, że cały czas siedzi na kolanach porywacza. Z jakiegoś powodu... uspokoiło ją to. Skuliła się i wtuliła twarz w jego tors. Pogłaskał ją po włosach.
– Nie martw się. Teraz wszystko będzie dobrze.
Uwierzyła mu.
Nagle pojazd gwałtownie wyhamował. Usłyszała huk wystrzałów. Kierowca wyskoczył na zewnątrz i odpowiedział ogniem na ogień. Wtem drzwiczki z tyłu otworzyły się, ktoś uderzył pięścią w twarz jej porywacza i wyciągnął ją za rękę z samochodu. Ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że to jej znajomy ze szkoły. Uciekali wzdłuż drogi, wkrótce dołączyli do nich jeszcze jeden kolega i koleżanka. Gdy dobiegli na przystanek, wsiedli w czekający tam autobus, ciągnąc ją za sobą.
Wszyscy byli bardzo zadowoleni z przeprowadzonej akcji. Podnieceni adrenaliną, gratulowali sobie nawzajem.
– Nie martw się – powiedział ten kolega, który wyciągnął ją z samochodu. – Teraz wszystko będzie dobrze.
Skuliła się na siedzeniu i objęła kolana, jak jeszcze parę minut temu nad stawem. Była przeraźliwie smutna i teraz wiedziała, dlaczego – żałowała, że nie jest z tamtym porywaczem.
 ______________________________________________________________

Nie powiem, jak się czuję, bo wiem, jaka by była reakcja, ale załączę filmik.


Zaczęłam myśleć nad opkiem z Naveen w roli głównej. Jak na razie wszystkie pomysły są strasznie cheesy i nie mogę wpaść na lepsze, więc w tym tempie zacznę pisać za jakieś *liczy* pięć lat. Yay! Kocham blokady twórcze. Ich jedynym plusem jest to, że mam czas wszystko dokładnie przemyśleć i przeanalizować na miliard sposobów, tylko po to, by po spisaniu tego wszystkiego dojść do wniosku, że to się nijak kupy nie trzyma. C'est la vie.

Ziółta ziaba zwana Armageddonkiem ostatnio skuliła mi się w kłębuszek na dłoni, po czym nagle coś mu się nie spodobało i uciekł z głośnym KWAK! Poirytowane ziaby właśnie tak robią, skrzeczą, co brzmi bardzo podobnie do KWAK i jest przeurocze. Trochę mniej urocze było to, że potem próbował mi srujnąć na klawiaturę, ale to i tak fajna ziaba i rośnie jak na drożdżach, więc kto wie, może na wiosnę nam terrarium obrodzi w małe ziaby na sprzedaż w dobre ręce.

No, to to by było na tyle.



E: Ulala, aż się zapomniałam radosną nowiną podzielić. Zostałam copywriterem. Na razie idzie mi beznadziejnie, bo nie umiem lać wody, ale powoli nabieram wprawy (choć wizja pisania 20 tekstów dziennie wciąż wydaje mi się odległa i nierealna).
Jeżu w borze, edytowanie notki na telefonie sprawia, że odkrywam nieznane mi dotąd pokłady frustracji.