środa, 2 grudnia 2015

Smokiii

Mam nadzieję, że - podobnie jak ja - lubicie oglądać screeny z gier, bo będzie ich tu pełno. :3

Liczba gier MMORPG, w które grałam, można policzyć na palcach jednej ręki. Której właściciel miał nieprzyjemne spotkanie z piłą tarczową. Bo co z tego, że świat fajny, kiedy granie oznacza konieczność interakcji z OBCYMI LUDŹMI, brr. Były dwa przypadki, kiedy postanowiłam się przemóc i spróbować tej formy rozrywki. Pierwszym było The Old Republic, które jest ogólnie fajne, ale konieczność wykonywania niektórych questów w grupie mnie potrafi skutecznie odrzucić, no i nie wspominając o tym, że od kilkunastu miesięcy nie potrafię się zdecydować na postać i przechodzę w kółko te same początki na levelach 1-10, starając się podjąć jakąś decyzję. Drugim przypadkiem był Dragon's Prophet.

Kiedy próbowałam pograć w Dragon's Prophet po raz pierwszy, wrażenie było raczej negatywne. Już nawet pal licho idiotyczne kobiece zbroje, ale gra nie kwapiła się z wyjaśnieniem po prostu niczego. Jak oswajać smoki? Jak krafcić ekwipunek? Co mam właściwie zrobić, bo quest log jest napisany tak, że uja z tego można zrozumieć?! Zirytowana, odinstalowałam grę, nie zarobiwszy nawet pół expa (poza tutorialem). Zirytowana tym bardziej, że tyle mi obiecano: smoczych towarzyszy, latanie na smokach, smoki, smoki, wszędzie smoki... 

Niedawno postanowiłam dać prorokowi drugą szansę. Nadal nie mam zielonego pojęcia, jak tu działa system craftingu (mimo przeczytania kilku poradników), nadal miewam problemy z dojściem do tego, czego ode mnie chcą w questach, nadal nie rozumiem mnóstwa rzeczy... a rżnę w to dzień w dzień od ponad miesiąca, świetnie się bawiąc.

Miałam plan napisać o tym reckę na drugiego blogaska, ale TAK MI SIĘ NIE CHCE, że ograniczę się do chwalipięctwa screenami okraszonych opisami. xD

Imię Winifreda było zajęte, więc palnęłam pierwsze, co mi przyszło do głowy. Uofca to bohaterka pierwszego pobocznego questa, w którym, oczywiście, nie wiadomo, co zrobić. Baba mówi, żeby jej sprowadzić ucieknięte owce i że lubią zapach waniliowej trawy, ale żeby te barany zaczęły za tobą iść, trzeba jeszcze raz pogadać z babą, by cię spryskała tym zapachem, czego dziennik już NIE tłumaczy. Rozumiecie już, czemu poprzednim razem mnie szlag trafił?

Rimfax siedzi i dobrze robi, bo gdyby stała, zobaczylibyście, że jej zbroja w dolnej połowie składa się z MAJTEK. Tak, majtek. Kiedy znalazłam nowe gacie, które na miniaturce wyglądały na co najmniej legginsy, ucieszyłam się jak szczypiorek na wiosnę. Założyłam... i okazało się, że są to majtki w innym kolorze.

A to mój pierwszy smok - Indyk! Niestety, na niższych poziomach większość smoków wygląda jak przerośnięte, tęczowe indyki. Jeśli ktoś by chciał pograć, dam wam dobrą radę: rozglądajcie się za smoczymi jajami. Spawnią się losowo w dziczy i świecą, więc jak już gdzieś leżą, to raczej trudno je przeoczyć. Smoki wykluwają się z nich po 5-7 dniach i nigdy nie wiadomo na 100%, co z tego wyjdzie, ale można trafić na naprawdę fajnego gada, lepszego od tych ptasiorów.

Okolice levelu 15 i - Alleluja! - GACIE! W sumie to bardziej pończochy, ale i tak się cieszę, że zasłaniają doskonałą większość nóg. Co prawda wyglądam jak harcerka, ale lepsze to niż striptizerka. Chociaż w sumie to jest taka harcerka-striptizerka...

Przedstawiam nowego indora: Brutusa. Ten jest trochę mniej ptasi, ale nadal ma wielką, grubą dupę i prezentuje się średnio smoczo jak na moje standardy. Ale dzięki niemu ogarnęłam gdzieś tak w 60% działanie smoczych opiekunów (Lair Manager) i trenowanie smoków. Bo jak uczyć ich nowych skilli to nadal nie wiem. 

WJEWJUR! <3 Z darmowego starter packa miałam zwierzątko-towarzysza wyglądające jak duży niebieski świstak, a po ukończeniu wszystkich questów w krainie Puretii dostałam nowego. Prawda, że ma słodki pyszczek? :3 Zwierzęcy towarzysze nic nie robią poza byciem uroczym i łażeniem za bohaterem. Chyba że czegoś jeszcze nie odkryłam, co by mnie w przypadku tej gry absolutnie nie zdziwiło. W każdym razie, to kolejny powód dla mnie do lubienia DP mimo wszystkich jego wad. Żyjątka!

I w końcu udało mi się wymienić na coś innego ten okropny beret, uff.

A to dowód na to, że warto zbierać jaja. Takie cudo mi się wykluło z epickiego. :3 W pierwszym odruchu nazwałam ją Saphira, ale zastanawiam się, czy nie zmienić na Meseret. Musiał minąć miesiąc wytrwałego mordowania mobków, ale w końcu udało mi się zdobyć smoka, który wygląda jak smok, a nie indor albo bizon. 

W sumie nabijanie poziomów jest tu całkiem przyjemne. Nie ma takiego questa, którego nie dałoby się zrobić w pojedynkę (choć bywa naprawdę trudno), więc nie trzeba się martwić tym, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę. Wędrujesz sobie po kolejnych krainach, zbierając po drodze zadania, zgarniasz za nie kupę doświadczenia i złota, a często jakiś nowy element ekwipunku. Jasne, można sobie zawsze wykrafcić lepszy... GDYBY SIĘ WIEDZIAŁO JAK.

Siedzę na bancie.

Tak, to jest smok.

środa, 4 listopada 2015

Moja starwarsowa merysujka

Chyba nadciąga koniec świata. W Polsce ma być widoczna zorza polarna, w weekend po niebie śmigały meteory (WIDZIAŁAM!!! <3 Będę się tym jarać do końca życia), a ja zaczęłam pisać fan fiction do Gwiezdnych Wojen. Jeśli to nie są zwiastuny apokalipsy, to nie wiem, co nimi jest. Opko będzie traktować o mojej obecnej postaci z erpeżka, w którego pogrywamy weekendami przez Skypa: najemniczce Rebece J. Riddick, posiadaczce corelliańskiego ptaka banshee, Diesela. Zgadnijcie, na kim ją wzorowałam, hłe. Rebecca ma 30 lat, mhroczną przeszłość i sekret, którego strzeże jak skarbu. To najmniej kobieca postać, jaką kiedykolwiek stworzyłam i chyba dlatego tak mi się spodobała. Pragnę jej portretu w jakimś epickim stylu, ale sama za radzieckiego boga nie potrafię tego zrobić, a nie mam kredytów, by to zlecić komuś innemu, zatem smut i ograniczanie się do ubieranek na dolldivine.com.

Miał być badass, wyszła lampucera. Oh well... close enough?

W sumie to dawno nie zarzucałam żadną tfurczością, nie? Łapajcie fragment mojego pierwszego opka starwarsowego ever, nioch nioch! Jak zobaczycie jakieś babole, to dajcie głos.

I puśćcie sobie tę piosenkę (comic sans, aaa) w tle, bo strasznie ją utożsamiam z tą postacią. A poza tym jest zajebista.

Kapela przygrywająca w kantynie była okropna. Jeden z muzyków grał na instrumencie wydającym irytujące, brzęczące dźwięki, a wokalista sprawiał wrażenie, jakby bardzo mu zależało na tym, by wypaść jak najgorzej. Nikt jeszcze nie zaczął rzucać w ich stronę butelkami tylko dlatego, że ich zawartość była bardzo droga. Przybytek szczycący się tym, że był jedynym w promieniu kilkudziesięciu mil, mógł sobie pozwolić na astronomiczne ceny napitków.
Między innymi z tego powodu, Rebecca oszczędnymi łykami sączyła swoje piwo. Ruch był spory, ale miała szczęście zajmować stolik zarezerwowany przez jej potencjalnego klienta. Spóźniał się. Przesunęła dłonią po ogolonej głowie. Potrafiła być cierpliwa, ale każda kolejna minuta spędzona na słuchaniu tej kociej muzyki była jak najgorsze tortury.
Z zamyślenia wyrwał ją ewidentnie podchmielony cathar, który bez najmniejszych skrupułów rozsiadł się na wolnym siedzeniu naprzeciw Rebeki i zaczął wpatrywać w nią z rozanielonym wyrazem twarzy. Zerknęła na niego znad kufla. Zleceniodawca miał być corellianinem, więc to nie mógł być on... chyba że wysłał zastępstwo, co było częstą praktyką przy załatwianiu tego typu interesów. Udając brak zainteresowania, położyła kufel na stoliku i czekała na jego ruch.
– Byłaś kiedyś zakochana?
– Na zabój – odparła bez zająknięcia, obojętnie przyglądając się tłumowi.
Cathar pokiwał znacząco głową. Oparł podbródek na dłoni, niemal całym ciałem kładąc się na stoliku, i spojrzał na nią z dołu.
– Kim był?
– Jawą.
– Twi'leczki kochają najmocniej – perorował, nie zwróciwszy uwagi na odpowiedź Rebeki. – Fascynujące kobietki. W jednej chwili słodkie jak cukierek, w następnej... – Przymknął oczy w rozmarzeniu. – Najlepsze momenty swojego życia spędziłem właśnie z twi'leczkami. Za sam pocałunek warto oddać cały swój majątek.
– Mhm.
– Ty też jesteś niczego sobie – skonstatował. Rebecca przewróciła oczami, biorąc łyka większego niż do tej pory. – Założę się, że warto polecieć za tobą na koniec galaktyki... Taaak.
Umilkł na chwilę, kołysząc się na boki. Nagle wyprostował się i wyciągnął ku niej mały kartonik, wciąż z półprzytomnym uśmiechem.
– Zapraszam do mnie. Zapewniam wygody, dyskrecję... i dobrze płacę. Sprawiłoby mi to niewysłowioną przyjemność. Spotkać taką piękność to jak znaleźć tysiąc kredytów na ulicy.
Ręka z kuflem zamarła w połowie drogi do jej ust. „Znaleźć tysiąc kredytów na ulicy”. To było hasło. Spojrzała uważniej na swojego towarzysza. Cóż, odegrał swoją rolę doskonale: nawiązanie kontaktu pod przykrywką wynajęcia ladacznicy. Takiego scenariusza jeszcze nie odgrywała. Życie najemnika jest krótkie i pełne niespodzianek – jak mawiał jej stary towarzysz.
Uśmiechnęła się do niego i przyjęła wizytówkę.
– Z przyjemnością przyjdę.
Wstał, przytrzymując się stołu.
– Zatem będę czekał z niecierpliwością.
Odszedł, przesunąwszy palcami po jej przedramieniu, i zniknął w tłumie.
Oparła się o ścianę, odczytując adres z wizytówki. Znała to miejsce, choć nigdy w nim nie była: hodowla drapieżnych ptaków, szkolonych do łowów, lecz wykorzystywanych głównie w pokazach. Zaczynało się robić interesująco. Jakie zlecenie może dla niej mieć właściciel takiego przybytku?
Dopiła piwo i ruszyła w stronę wyjścia.
Parsknęła w głos, przypomniawszy sobie, co powiedział cathar. Piękność. Może w porównaniu z huttem...

Macie czasem takie uczucie, że bardzo chcecie pisać o czymś, co bardzo lubicie, ale tak się boicie, że to spaprzecie, że skutkuje to odczuwaniem wstydu przy pisaniu? Bo tak mam teraz. Uuu, spsuję coś, na pewno coś spsuję i walnę takiego epickiego babola, że mnie starwarsowe fanboye odsądzą od czci i wiary, nie dość, że podobały mi się epizody I-III, to jeszcze to. T_T

O, a przy researchowaniu odkryłam istnienie najbardziej creepy rasy w całym tym uniwersum. Serio, ci goście wydają mi się POTWORNIE przerażający w tym, co potrafią zrobić. Jak Rebecca umrze (co, mam nadzieję, prędko nie nastąpi), wybieram tę rasę dla nowej postaci, muehehe.

A poza tym to jakoś się życie kręci. Chodzę na wolontariat, liczę na pracę, dostaję piątki z anatomii i dwóje z paszoznawstwa i zapisałam się na kurs ratownika zwierząt, ale muszę czekać, aż się uzbiera dość chętnych. Może jest ktoś zainteresowany? Tutaj macie info o tym kursie, dryndajta do sekretariatu to wam wszystko powiedzą.

No, to tyle. Niech Moc będzie z wami, skoro już jesteśmy w gwiezdnowojennych klimatach.

piątek, 18 września 2015

Słodki zapierdziel

To będzie chaotyczny wpis, bo mam za mało czasu, żeby się silić na napisanie składnej i rozbudowanej notki. xD

Po pierwsze primo, jebłam se zwierzakowy fanpejdż na fejsbuku, a co, i będę na nim publikować statusy na temat moich przygód ze zwierzakami domowymi, wolontaryjnymi, praktykowymi i wszystkimi, jakie spotkam. Zapraszam do nabijania lajków!

Tu klikaaać.
Tłusta grzywka z okresu gimbazjum, joł.

Po drugie primo: miłośnicy smoków niech koniecznie obczają tą grę. Early access, póki co jest tylko tutorial i jeden level, ale MATKO, JAKIE TO ZAJEBISTE. Pierwsza gra o smokach od czasów Drakana, w której jestem bezgranicznie zakochana i nie zmieni się to nawet jeśli twórcy zwiną manatki i przestaną ją aktualizować. Latanie jest zrobione po prostu bezbłędnie (jak już się dostosuje czułość myszy i przestanie wpadać na budynki), śmiganie tuż nad murami zamków i burzenie ich w gruz przy pomocy ognia jest niesamowite. Dajcie developerom zarobić, żeby mieli za co dokańczać to cudo! 

Ciekawostka: level udaje mi się zaliczyć tylko i wyłącznie wtedy, gdy w tle puszczam tą piosenkę. Pszypadeg? Nie sondzem. Zresztą, obejrzyjcie dowolny let's play Dragonflighta i puśćcie to sobie w tle. EPICKIE.

Po trzecie primo: jeśli nie umrę z wyczerpania (i niewyspania, bo buc-królik nabrał zwyczaju budzenia mnie o trzeciej nad ranem i utrzymywania mnie w stanie czujności dopóki nie wstanę), w niedzielę wpadnę na Kapitularz. Jakoś po 14:00, bo wcześniej mam zajęcia. Chociaż pewnie nie będzie mi się chciało, bo nawet nie mam pieniędzy do przepierdzielenia na głupoty (wydałam na Dragonflight, hłe). Nie wiem. Zobaczę.

Po czwarte primo: jej, kto by pomyślał, że życie potrafi być piękne i bez antydepresantów. :3 Łapcie tapirzątko - urodziło się w ZOO pod koniec sierpnia! Na facebooku łódzkiego ZOO będzie zorganizowane głosowanie na imię dla malucha, jak już będzie wiadoma na 100% jego płeć, nie przegapcie tego.


sobota, 5 września 2015

Blondynka w ZOO

W sierpniu nadwyrężyłam sobie ścięgno Achillesa i z miesiąca wolontariatu zrobiły się niecałe dwa tygodnie, więc przedłużyłam swój pobyt tam do końca września. Roboty jest od zarąbania i bywa naprawdę męcząca, ale nawet jak budzę się o tej piątej nad ranem z myślą "Kuźwa. Nie chce mi się", to jak już dojadę na miejsce, jestem zachwycona. Myślę, że wreszcie udało mi się odkryć swoje prawdziwe powołanie (durr hurr). Gdy w gimnazjum przyszła pora wybrać szkołę mającą ułatwić start do nowej kariery, byłam przerażona. No bo kto to widział, decydować o całym swoim życiu w wieku, kurde, piętnastu lat. Myślałam o różnych technikach, np. leśniczym, ale, cóż... Nie wiem, czy teraz też tak jest, ale w moich czasach (kurde, jak to brzmi) słowo "technikum" było jak klątwa, bo panowało powszechne przekonanie, że do techników i zawodówek idą wszyscy ci debile i chuligani, którzy są za głupi na normalne liceum, i we wszystkich tego typu placówkach panuje powszechna patologia. Bujda na resorach, no ale nieważne. Skończyło się na tym, że poszłam do LO. Elitarnego. Nabawiłam się tam kosmicznej depresji i w klasie maturalnej - mimo tego, że prawie wszyscy mi to odradzali - zmieniłam szkołę. No i zaraz kolejny wybór: co zdawać na maturze, na jakie studia pójść? Cóż, w poprzednim liceum byłam na profilu humanistycznym, wszyscy najbliżsi znajomi wybierali się na filologię polską... więc poszłam za nimi. I znów był płacz i zgrzytanie zębów. Koszmar. Starocerkiewnosłowiański i Nowy (sz)Korbut do tej pory mi się śnią po nocach. Wtedy odkryłam, że na łódzkim kulturoznawstwie otworzyli nową specjalność: twórcze pisanie. Radość, euforia, no przecież zawsze chciałam zostać pisarzem! No to tam poszłam. I niby było fajnie... ale wciąż miałam jakieś takie poczucie, że nie do końca tam pasuję. Wokół sami Ahtyści przez wielkie Ah, ę, ą, teatry i opery, a ja nudzę się przeraźliwie w teatrach i na operach, i ogólnie jakoś mi ten specyficzny światek Ahtystów nie odpowiada, a jak miałam praktyki, to umierałam z nudów i z utęsknieniem patrzyłam na siedzące na parapecie gołębie.

Chyba już kiedyś o tym tu pisałam, że jednym z moich najszczęśliwszych wspomnień jest czas, kiedy przychodziłam na wolontariat do przytuliska dla zwierząt i tam razem z innymi dziewczynami wypuściłyśmy stado koni na łąkę, i biegałyśmy razem z nimi. I teraz, z tej perspektywy, jakoś ciężko mi ogarnąć, dlaczego mimo tego, mimo mojej miłości do zwierząt, mimo wypracowań w podstawówce, jak to będę weterynarzem, zamiast pójść w tym kierunku, poszłam w zupełnie innym - niby też pokrewnym moim zainteresowaniom, ale jednak nie aż tak bardzo. 

Uwielbiam czyścić terraria na wystawie, by zwierzęta pięknie się w nich prezentowały (mimo że niektórzy ludzie to chyba się z tymi szybami całują, tak ciężko je domyć). Uwielbiam sprzątać kupska i zapewniać zwierzakom dobre warunki. Uwielbiam robić sałatkę dla legwanów fidżijskich i karmić agamę brodatą bananem. Uwielbiam, jak za każdym razem, gdy otwieram terrarium kameleonów lamparcich, jeden z nich wyciąga łapki i wchodzi mi na rękę. Uwielbiam ten dreszczyk, kiedy w moim kierunku z szybkością błyskawicy rzuca się około 30-40 kilogramowy boa madagaskarski, gdy podaję mu na pęsecie szczura. 

I nie mam najmniejszego zamiaru się z tym rozstawać. Będę się starać o pracę w tym ZOO. Choćbym musiała czekać kilka lat albo tyrać przez ten czas za darmo. Płaca jest mizerna, ale zdecydowanie wolę pracować za minimalne wynagrodzenie w miejscu, do którego kocham przychodzić, niż zmagać się z niemijającą depresją za 3k golda, a potem dostać zawału w wieku 40 lat i umrzeć. Muszą mnie tam przyjąć, bo już sobie umyśliłam, że napiszę o tym książkę i w ogóle.

Niecałe dwa tygodnie temu podjęłam jedną z najbardziej spontanicznych decyzji w życiu: zapisałam się do szkoły policealnej na kierunku technik weterynarii. Umieram ze strachu, ale jestem pełna entuzjazmu. Kupiłam sobie zestaw słowników zoologicznych Juszczyka i teraz wszędzie z nimi jeżdżę, otwieram na losowej stronie i czytam, starając się jak najwięcej zapamiętać. I - matko świnto - sprawia mi to przyjemność. PIERWSZY RAZ W ŻYCIU NAUKA SPRAWIA MI PRZYJEMNOŚĆ.

No, to chyba muszę zaktualizować cutie marka Raindancer.

Cutie mark stąd, kucyk zrobiony tu.
Swoją drogą, co za debilny pomysł, dzielić sezon na dwie połowy? CHCĘ KUCYKI! :C

sobota, 8 sierpnia 2015

Najlepsze, co przydarzyło mi się w życiu

Pierwszy dzień wolontariatu w ZOO. Zostałam przydzielona do wiwarium (yay!), gdzie jest jeszcze bardziej duszno i upalnie niż na zewnątrz (nie yay!). Okazało się, że to, co jest na wystawach to jakieś 10% tego, co jest na zapleczu (jeśli liczyć każdego świerszcza z osobna, to będzie pewnie z 5%). Według statystyk, w całym budynku znajduje się 511 (!) zwierząt wymagających opieki. Challenge accepted!

Oprócz mnie do pracy w wiwarium przyszła jeszcze stażystka - Paulina. Najpierw było szkolenie BHP i takie pierdoły oraz oprowadzenie po całym budynku przez zastępcę kierownika ZOO, gdyż kierowniczka wiwarium była na urlopie. Z miejsca dał nam szlaban na kajmana i gatunek wyjątkowo trujących ropuch, ale to naprawdę trujących, zakaz dotykania kijem, wywołują halucynacje i w ogóle, mamy nawet nie myśleć o otwieraniu terrarium, śmiertelne niebezpieczeństwo. Trzy godziny sprzątania na zapleczu później, w ostatnim pokoju zostało duuuże terrarium. Zaglądamy do środka, a tu pełno tych ropuch-morderców. Eee, szefie Januszuuu (nie kierownik), te ropuchy też mamy czyścić? No pewnie, wszystkimi zwierzakami trza się zająć. Ale kierownik mówił, że one nas zabiją i mamy na nie szlabaaan. Pff, żeby coś wam zrobiły, musiałybyście je polizać. No więc terrarium zostało wyczyszczone przy przesadnej dozie ostrożności, jakby w środku była bardzo wrażliwa bomba. Zabiją czy nie, te ropuchy wyglądają dość paskudnie i nie widzi nam się ich dotykać. xD

Szybkie podsumowanie dnia: pierwszy raz trzymałam kameleona - świetne uczucie, tak uroczo obejmują łapkami paluchy i bardzo mocno trzymają, zezując jednocześnie na wszystkie strony. Karmiłam kijankami malutkie pończoszniki, absolutnie prześliczne, kolorowe wężyki z czerwonymi łebkami. Przy okazji odkryłam, że łapanie kijanek w pęsetę to rzecz trudniejsza niż się wydaje, te małe cholerstwa są strasznie śliskie i zwinne. Poznałam gatunek żab, które nie kumkają, nie rechoczą, tylko się nadymają i drą na cały budynek: TAK!!! Oczywiście nie pamiętam, jak się nazywają. Jak próbowałam wyczyścić terrarium warana szmaragdowego, buc rzucił się na mnie i jestem z siebie dumna, bo nawet się nie wzdrygnęłam, tylko ze stoickim spokojem zabrałam rękę z jego trajektorii lotu i zamknęłam terrarium.

Drugi dzień wolontariatu w ZOO. Skaleczyłam się nie wiem gdzie i o co, oparzyłam się o lampę grzewczą, oparzyłam się o pistolet na klej i przycięłam sobie dłoń dziurkaczem (dwa razy). Rano cała się uwaliłam zgniłą kapustą. Waran szmaragdowy z zaplecza chyba mnie nie lubi, jak próbowałam mu umyć terrarium, to warował przy drzwiach i nie pozwalał mi ich otworzyć. Ze cztery razy oblałam się wodą z żabimi gównami. Pod koniec dnia dowiedziałam się, że mieli wolny etat w wiwarium i pilnie kogoś szukali. Moja reakcja na tą wiadomość to wrzask na całą kanciapę: JA CHCĘ! 

Niestety, już następnego dnia okazało się, że zajęte i do pracy za niedługo ma przyjść jakaś dziewczyna. :c Cała nadzieja w tym, że będzie się bała węży i żab i długo nie wytrzyma, hłe hłe.
Nie no, i tak bym nie miała szans na tym etapie, nie mam wykształcenia, a doświadczenie zbieram od kilku dni. Ale może jak bym przyszła na kwartalny staż...

Moje ulubione płazy z zaplecza to żaby omszone. Jak się im wymienia wodę w basenikach, to trzeba je najpierw z nich powyjmować, a one się wtedy rozklapiają na palcach i nigdzie nie wybierają, i są takie mięciutkie i milutkie. <3

Wolontariatu w ZOO dzień trzeci. NIENAWIDZĘ ROŚLIN NIENAWIDZĘ PIELENIA NIENAWIDZĘ STRZYŻENIA KRZEWÓW CHCĘ WRACAĆ DO ŚRODKA SPRZĄTAĆ KUPY.

Bonus: otworzyłam terrarium z szarańczami i jedna radośnie kicnęła mi na ramię. Mówię jej: no i po co żeś wylazła, wracaj do środka, żarcie dostałaś. Popatrzyła na mnie, odwróciła się i wskoczyła z powrotem.

W tym tygodniu na tym się niestety skończyło, bo przy pracy w ogrodzie (cholernym ogrodzie z cholernymi roślinami, chwastami do wyrwania, krzaczorami do ścięcia, bukietami pokrzyw, girlandami pajęczyn, argh, argh, nienawidzę prac ogródkowych!!!) coś sobie zrobiłam ze ścięgnem w stopie i ledwo mogłam chodzić. Mam fajny opatrunek, ale nic poza tym. Ale to nic, w poniedziałek wracam i żadna obsrana szyba mi niestraszna! (Żaby uwielbiają przyklejać się do szyb i je przy tym obsrywać, potem trzeba to namaczać i zeskrobywać).

Tak... Chyba znalazłam swoje powołanie.

Jedyne zdjęcie, jakie miałam czas zrobić - roboty jest od zarąbania. Kameleonek. <3

PS Ostatnio bawiłam się ustawieniami bloga i najwyraźniej przez przypadek namieszałam w opcjach komentowania, teraz już wszystko wróciło do normy. ^^

piątek, 17 lipca 2015

Wieści z frontu wakacyjnego

Dobra wiadomość: umowa na wolontariat podpisana!
Zła wiadomość: dyrektor ZOO jest na urlopie, a bez jego autografu nie mogę zacząć, więc wolontariat dopiero od sierpnia. .__.

Oh well. Ale przynajmniej w końcu udało się to załatwić. Chorowanie w wakacje SSIE. Mogłabym już dawno zacząć, chlip. W międzyczasie zdobywam doświadczenie grając w... Młody Doktor 3: Lecznica dla zwierząt. Don't judge. :D Strasznie wciągająca gierka, mogę w niej miziać króliki, kłuć koty strzykawką w dupska i w ogóle. Taka sympatyczna przerwa między graniem w Skyrim i ARK. Obczajcie ARKa koniecznie, można oswajać dinozaury (co czasem trwa 12 godzin...) i na nich jeździć, ledwo toto u mnie chodzi, ale kocham tę grę. Tak, moda na survivale trwa w najlepsze i co chwilę na Steamie pojawia się jakiś szajs, ale TO nie jest szajs. Kaman, możesz JEŹDZIĆ NA TYRANOZAURZE. Z ARMIĄ RAPTORÓW U JEGO STÓP. Co prawda nie udało mi się jeszcze oswoić żadnego stwora poza jednym dodo, ale jestem na dobrej drodze.

A teraz zapraszam na show:

Asymilacja psa z królikiem

ETAP 1
Królik (Puchacz) jest nieufny wobec psa (Kajki). W końcu zawsze do tej pory uciekał w popłochu, jak tylko usłyszał na korytarzu odgłos jej łap, a potem siedział pod łóżkiem i tupał przez pół godziny. A tu nagle człowieki wprowadzają psa do jego pokoju i każą im koegzystować. O co im chodzi?
Kajka z początku bardzo chciała się z królikiem bawić poprzez gonienie go i pacanie łapą, co z jakiegoś powodu mu się nie podobało (głupi królik), ale została poinstruowana przez człowieków, że Puchaczowi taka forma zabawy może nie odpowiadać. Fochnęła się zatem i uwaliła na swoim posłaniu, udając, że ten głupi królik ją ani trochę nie obchodzi.
 
ETAP 2
Przyzwyczajony do bycia w pokoju z góra dwoma człowiekami naraz (i czterema jaszczurkami), królik nie ogarnia, co tu nagle robi ten rudy sierściuch. Ponieważ Kajka zaprzestała pacania go łapą, Puchacz postanawia przewąchać sprawę. Pies nadal ma focha, ale ciężko mu ukryć zainteresowanie, co to za biała puchata bulwa mu się pcha do posłania.

ETAP 3
Królik bezczelnieje, a pies baranieje. Od tej pory Puchacz zaczął biegać za Kajką, podgryzać jej futro i próbować wskoczyć jej na plecy. Gdy biedny pies próbował ratować się ucieczką do łazienki, zachwycony królik pokicał za nim. Biały buc tak jej dokuczał, że Kajka musiała szukać ratunku na łóżku człowieków, którzy przygarnęli rude biedactwo.

U jaszczurek zaś z grubsza nic nowego. Luna zniosła dwa jajka <3 ale okazały się być niezapłodnione. </3 Wredna żaba postanowiła je znieść akurat wtedy, gdy wyjechałam z domu na tydzień i nie mogłam być świadkiem tej wzniosłej chwili. Pozostałe samiczki coś się nie kwapią do jajcowania: Rancorek ma wszystko i wszystkich gdzieś i nie schodzi ze swojej ulubionej półki pod sufitem, ignorując wzrok stalkującego ją Armageddona, a biedna Moria nie chce jeść i chudnie, więc zabieram gadzinę na wycieczkę do weterynarza we Wrocławiu. Spytacie: czemu nie w Łodzi? Cóż, ostatni łódzki weterynarz stwierdził, że Rancor jest facetem, mimo ewidentnego przypadku ABJ (Absolutny Brak Jajec)... Zatem zamiast szukać i liczyć, że trafię na kogoś mądrzejszego, zabiorę ziabę do sprawdzonego weta, który wyleczył zbożówkę lubego z kataru (węże śmiesznie kichają). 

No to tyle, kumbaja.

środa, 24 czerwca 2015

Gad demyt, czyli Wydaje.pl

Nie jest to żadna notka interwencyjna, bo nie chce mi się bawić w takie dramy. Chciałam po prostu coś ogłosić, mianowicie: jeśli chcecie kupić mój zbiór opowiadań, nie róbcie tego przez portal Wydaje.pl. Wszystko wskazuje na to, że firma zdechła i teraz tylko dogorywa. Od prawie dwóch miesięcy nie mogę się doprosić o wypłatę, ja i mnóstwo innych autorów publikujących w serwisie, a odzew na maile jest zerowy. Zgłosiłam chęć wycofania "Bezgranicza" z obrotu i wyskoczyła mi informacja, że mam się skontaktować z Biurem Obsługi Klienta... tym samym, które ma mnie w dupie od dwóch miesięcy... Dlatego mimo że ebook cały czas jest dostępny do kupienia na Wydaje.pl, nie róbcie tego. Zamiast tego piszcie bezpośrednio do mnie (winkyyy@interia.pl), mogę sprzedać od ręki albo wystawić na Allegro czy cuś. O współpracy z innymi portalami pomyślę, jak zbiorę cztery litery na tyle, by poprawić byki w książce.

Tyle. Miłych wakacji wszystkim! :3


sobota, 30 maja 2015

Księżniczki i demony

Jeszcze nie pochwaliłam się całemu światu, jakie ładne fotoszopki sobie zmontowałam i uznałam, że trzeba to nadrobić. Geez, tylu selfie sobie przez całe życie nie strzeliłam, jak teraz. Z jednej strony chciałabym sobie zafundować sesję zdjęciową w tym wdzianku, ale z drugiej dostaję palpitacji na myśl o pozowaniu przed kimś obcym. Zresztą znajomym też.

Jaki mam stosunek do Eragona pisałam już wielokrotnie. Filmowa Saphira jest brzydka jak czarna noc listopadowa, ale to był jedyny realistyczny smok w odpowiedniej pozie, jakiego znalazłam w całym Google Images. :P I udało mi się tak udrapować pelerynkę na łbie, by wyglądała, jakby się romantycznie zsuwała, ale tak naprawdę trzymała się twardo na miejscu. ^3^

Szkoda, że nie widać większej ilości tej przepięknej sukni (i pelerynki ręcznie szytej, durr hurr), no ale czego się można spodziewać po fociach z rąsi. Za to włosy mi się ładnie ułożyły i nie mam pojęcia, jak to się stało. Also: JEDNOROŻEC!

To tyle jeśli chodzi o dzienną porcję narcyzmu. Z innej beczki: lubię grać demonami.

System RPG lubego (o którym szerzej tutaj) powoli się rozkręca, a my, jako chomiki doświadczalne, odgrywamy w nim coraz więcej sesji. Strasznie lubię tu zaczynać od nowa, bo to oznacza tworzenie nowego demonka! No, lub aniołka, ale serio, dlaczego miałabym chcieć grać człowiekiem ze skrzydełkami, podczas gdy mogę zmontować dowolnego stwora, jaki przyjdzie mi do głowy? Moje ostatnie postacie obejmują:
- Quiss, laskę wzorowaną na Wydownie Spider, której mocy nie pamiętam,
- Tuulaina, faceta, który przemienił się w ogromnego, antropomorficznego zająca z jelenimi rogami i jak tupnął, to wywoływał trzęsienia ziemi,
- Rimfax, stajenną, która stała się demonicznym koniem, o takim. Prawie. Nie na wszystko starczyło mi dusz. :c

No właśnie, bo walutą są dusze niewinnych wyznawców. Na dzień dobry dostaje się ich 300, ale potem trzeba się mocno namęczyć, by je zdobyć. Bo to muszą być TWOI wyznawcy. I muszą umrzeć. Albo nie muszą być twoi, ale muszą umrzeć w twoim imieniu. Także ten, składanie w ofierze i tego typu przyjemne rzeczy. Ech, a kiedyś wystarczyło spuścić lawinę na wioskę i było się bogatszym o 40 niewyznających cię dusz... Może ktoś chciałby dołączyć do beta-testów? Fajnie jest być demonkiem. Im więcej demonków tym zabawniej. :3

Ech... chędożone studia. Niech to już się skończy.

Idę spać.

czwartek, 7 maja 2015

Ta notka powstała wyłącznie z nudów

Parę plusów i minusów odnośnie wolontariatu w zoo:
+ Facet nie trzasnął słuchawką jak usłyszał, że studiuję kulturoznawstwo zamiast *tu wstaw nazwę dowolnego kierunku związanego z pracą ze zwierzętami*. Zbytnim entuzjazmem też się nie wykazał, ale z rozmowy wynika, że mnie tam chcą.
- Chcą mnie tam dopiero od czerwca, jak skończę studia.
- Co się równa kolejnemu miesiącowi czekania.

+ Chcą tak dlatego, że trzy dni w tygodniu ich nie urządzają, a traktują ten wolontariat całkiem poważnie: jak normalną pracę, z podpisywaniem umowy i w ogóle, tylko za tak zwany "wpis do portfolio/CV".
+ To rodzi nadzieję co do otrzymania zatrudnienia, jeśli się spiszę.
+ Duże nadzieje.

- Ciekawe, ile mi zajmie przyzwyczajenie się do codziennej pobudki o 5:00 (praca zaczyna się od 7:00, dojazd zajmuje mi godzinę... tralala).
Tak czy siak... BĘDĘ PRACOWAĆ W ZOO!!! <3 <3 <3

Z ogłoszeń parafialnych: sprzedaję ładny sukienek i ładny but, oba praktycznie nowe. Sukienek kocham, ale zgrubłam od czasów wesela, na którym go założyłam i nie chce mi się chudnąć (jeżu, serio kiedyś wchodziłam w 36?!). A but jest totalnie nowy, ale okazał się jednak niedobry, a w sklepie go nie chcą z powrotem. Kup ktoś, zbieram na My Little Pony CCG.


Mam fazę na kucyki i stwierdziłam, że pojadę w lipcu na kucykowy konwent: Vistulian. Zobaczymy, z czym się je kucykowe konwenty. Może spróbuję zrobić cosplay Zecory, akurat szyję brązową pelerynę, nadałaby się. Ale raczej nie będzie mi się chciało o tym myśleć w przerwach między krojeniem marchewki i zamiataniem owczych bobków.

Na zakończenie tej bezsensownej notki: mój najukochańszy na świecie gif z Angelem.


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Pyrkon!

Miesiąc temu byłam zła, że tegoroczny Pyrkon nie odbywa się jak zwykle w marcu - bo kolejny miesiąc czekania. Ale okazało się, że to była dobra decyzja ze strony organizatorów. Było milusio i cieplusio, słonko świeciło, deszcz nie padał i nic nie stało na przeszkodzie, by się cosplayowo roznegliżować. W tym roku podziękowaliśmy hali wspólnej na rzecz hotelu, ale podobno warunki na niej były wielce zadowalające (no ja myślę, w końcu nie pizgało mrozem i nie trzeba było spać w grubym swetrze). Teren konwentu był ogromny, dzięki czemu tłumy w ogóle nie przeszkadzały (a ja strasznie nie lubię tłumów). Było żarcie na miejscu i to nawet dobre.

W tym roku nastawiłam się na socjalizację ze znajomymi i doskonałą większość atrakcji po prostu olałam, czego powoli zaczynam żałować, ale i tak mi się cholernie podobało. Najbardziej żałuję, że wstydziłam się podejść do obozu Mandalorian, by zrobić sobie z nimi zdjęcie. Ale za to mam fotkę małego smoka (?) zżerającego mi rękę.

WAAAGH

Przed konwentem wpadłam na pomysł, by kupić sobie buty pasujące do mojej pomarańczowej sukni, bo na dobrą sprawę mam tylko adidasy i glany. Wybrałam śliczne buciki podobne do takich moich starych, które kochałam nad życie, ale się rozwaliły. Wydawały się ultrawygodne, więc nie zastanawiając się nad tym mocniej, pojechałam w nich na konwent, nie biorąc nic na zapas. Po pół dnia okazało się, że to był gargantuiczny wprost błąd. Do wieczora wydawało mi się, że w sumie dam radę wytrzymać, no bo kurde, nie po to kupowałam nowe buty, żeby wymienić je na byle klapki z Biedronki. Ale jak w hotelu zobaczyłam, że mam na każdym palcu po trzy bąble wielkości ziarna grochu, to od rana poleciałam do Biedry i kupiłam jakieś luźne laćki (które kolorystycznie pasowały do sukni zaskakująco idealnie). Niestety, było już i tak za późno na ratunek i trzeciego dnia zamiast latać po konwencie i wydawać ostatnie pieniądze, byłam uziemiona, bo nie byłam w stanie chodzić. Uwierzcie mi: zakażone pęcherze to nic fajnego, nawet jak gwarantują ci tydzień zwolnienia.

Pomijając tę fascynującą opowieść o krwawych pęcherzach, było naprawdę super. Poza graniem na zmianę w Cthulhu Wars i w erpegi, moim ulubionym zajęciem było oglądanie cosplayów. Najsłodsze były cosplaye rodzinne, jak tata Gandalf, mama Galadriela i małe Frodziątko. Była dziewczyna w szczerbatkowej bluzie, z ogonem i skrzydłami, i miałam ochotę ją z niej zerwać i zwiać, ale kurde bele, nie mogłam biegać, więc i tak by mnie dogoniła i cały misterny plan w pizdu. Wydawało mi się, że gdzieś w tłumie mignął Pożeracz Skał z "Niekończącej się opowieści". Było całe stado Ann i Els, od groma czarodziejów z Magicki, za to zaskakująco niewielu space marines. Ich brak zrekompensował olbrzymi Iron Man w zbroi, którą luby wziął za terminatora z Wh40k. Oczywiście włączył mi się jealous mode i postanowiłam, że na następny konwent zrobię minicosplay Brightwing z HotSa.

Luby za to znów oszalał i kupił mi absolutnie przepiękną, celtycką suknię. Jest taka piękna, że przed lustrem zachowuję się gorzej od Johnny'ego Bravo i Narcyza razem wziętych. Paczę i nie mogę wyjść z zachwytu. Przez nią (albo dzięki niej) postanowiłam, że spróbuję swoich sił w LARPie, bo czegoś tak pięknego nie można zakładać raz na ruski rok. Jestem tym faktem przerażona, ale i podekscytowana. 

*3*

No i co, Pyrkon, Pyrkon i po Pyrkonie. :c Uwielbiam tę konwentową atmosferę, w której wszyscy wydają się znać, nikt cię nie osądza i nie śmieje się z twojego przebrania (pff, przebrania, ja bym tak mogła na co dzień popierniczać, gdybym się nie bała), wszyscy są mili i kompletnie niepoważni. Do tej pory nie rozumiem, o co konkretnie chodzi z "- Zaraz będzie ciemno! - ZAMKNIJ SIĘ!", ale i tak zawsze się śmieję, jak ktoś to wrzeszczy. Pozdrawiam wszystkich, z którymi udało mi się spotkać i do zobaczenia następnym razem!

czwartek, 9 kwietnia 2015

Garść luźnych przemyśleń

Śniło mi się, że dostałam pracę w ZOO. Bawiłam się z wydrami i karmiłam pająki (i się ich nie bałam). Jak się obudziłam i stwierdziłam, że to wszystko nieprawda, to było mi bardzo smutno. Nie mogę się doczekać tego wolontariatu.

Zapragnęłam powiększyć moją małą kolekcję Monster Hajek. Nie mogłam się tylko zdecydować na żadną postać. Robecca i Lagoona to moje ulubione monsterki. Lubię Clawdeen, ale jej wariacje na temat ubranek i włosów są koszmarne. Rochelle też jest milutka, ale trochę... za różowa. Ostatnio bardzo polubiłam Cleo - w jej jędzowatym charakterze jest coś, co zaczęło mi się podobać, a wygląda po prostu pięknie. Avea Trotter to szczyt marzeń - od dziecka śniłam o lalce centaurze. Ale drogie toto jak skurczysyn... Neightan Rot na artach jest przesłodki, ale jako lalka ma strasznie krzywy ryj. 

No i tak sobie tkwiłam w niezdecydowaniu, aż tu nagle... bingo.

Wydowna Spider.




Pająk. Chędożony pająk. Nienawidzę pająków. Boję się tych monstrów. Boję się jak diabli. Jak nad łóżkiem zawiśnie mi kątnik - to takie gówno na cienkich nogach - to mnie paraliżuje ze strachu. W zeszłym roku była istna plaga krzyżaków: dosłownie wszędzie były rozpięte ogromne pajęczyny, na których siedziały te rozdęte skurczysyny, między każdą gałązką drzewa a źdźbłem trawy, krzyżak na krzyżaku. Miałam ochotę wychodzić na podwórko z miotaczem płomieni, bo nie dało się po prostu między nimi lawirować - trzeba było zgarniać miotłą. JA MIAŁABYM DOTKNĄĆ PAJĄKA MIOTŁĄ?! NOPENOPENOPE. 

Ale matko świnto, jaka ta Wydowna jest piękna!

Najpiękniejsza jest jako Webarella, ale niestety jest nie do zdobycia (na Allegro straszą podróby za 100zł). Jako zwykła uczennica ma szkaradną seledynową szminkę, którą trzeba będzie po bożemu przerobić na czerwień, no bo kurcze blade. 

Dlaczego mi się ona tak podoba, mimo że jest chędożonym pająkiem? Nie wiem, cholibka, nie wiem. Jest... inna. Jest dziwna. Ma trzy pary oczu i rąk. Jest fascynująca. Chcę ją.

Dorwałam w antykwariacie kolejną książczynę z Novae Res: "Związane dusze". Jakoś ostatnio nie jestem w stanie czytać nic choć odrobinę ambitniejszego. W zasadzie to w ogóle nie jestem w stanie czytać... Tak mi się cholernie nie chce, wszystko mnie nudzi już w połowie strony. I pomyśleć, że kiedyś pochłaniałam siedem książek miesięcznie. Mam ochotę na "Eragona".

Bum tralala chlapie fala.

poniedziałek, 23 marca 2015

Nieoficjalny dziennik praktyk

Dzień 1
Moje pierwsze ambitne zadanie: adresowanie kopert. Zepsułam nożyczki. Jedne już były zepsute, więc dostałam drugą parę, nowiutką i ostrą, i nieopatrznie zaczęłam jej używać do cięcia taśmy dwustronnej, a jest to czynność, która doprowadziła do kalectwa poprzednią parę nożyczek. 

Dzień 2
Awans: od adresowania kopert do pakowania egzemplarzy autorskich do nich. W ramach urozmaicenia: trzy godziny czytania wzorów wniosków o dofinansowanie i umów z wydawcami i takimi tam. Best day ever. Bonus: przygody ze współczesną poezją awangardową, czyli wtf, co ja czytam, o co tu, do cholery, chodzi, i to ma być poezja. To był dzień, w którym Winifreda zdała sobie sprawę, że to nie jest jej świat i z jeszcze większym wytęsknieniem zaczęła czekać na sezon na wolontariuszy w zoo (który zaczyna się, niestety, dopiero w maju).
Gołębie siadające na parapecie co parę minut sprawiły, że zdałam sobie sprawę, jak bardzo tęsknię za kontaktem ze zwierzakami, kiedy jestem od nich przymusowo odseparowana. Miałam ochotę otworzyć okno i wszystkie te gołąbki wyprzytulać.

Dzień... przerwy
Poszłam do zoo. Było świetnie. W całym parku tylko ze trzy rodziny z małymi dziećmi, cisza, spokój, można było bez przeszkód oglądać każde zwierzątko tak długo, jak się tylko miało ochotę. Tygrysy bawiły się ze sobą: skakały na siebie, machały łapami, biegały wokół. Chciałam sobie zrobić selfie z gepardzicą, ale była w ciągłym ruchu i nie wychodziła na zdjęciach. Granatowy bażant na mój widok podszedł do samych krat i wpatrując się we mnie jak w obraz, zaczął robić: bu, bu, bu? Dwa nieświszczuki kombinowały jak pingwiny z Madagaskaru, jak by się tu wyrwać z wybiegu: jeden kopał pod siatką, drugi nad nim stał i najwyraźniej wydawał rozkazy. Żbik spał w plamie słońca przy samiutkiej szybie i nic, tylko pogłaskać. Sępy z kolei chyba nie miały ochoty na towarzystwo, bo ustawiły się wokół miejsca obserwacji i z podniesionymi skrzydłami łypały na mnie spode łbów.

Tak, tak, wiem, zoo to zło, zwierzęta w klatkach i w ogóle. Łódzkie zoo wymaga sporo pracy (tak, też czytałam ten wpis byłego pracownika), ale już teraz widać, że sprawy zmierzają w dobrym kierunku. Chciałabym pracować w zoo, bo wydaje mi się, że pierwszym krokiem do poprawy jest zgromadzenie tam jak największej liczby ludzi, którym po prostu zależy na dobru zwierząt. Wiem, że na 90% nie dostanę normalnej, regularnej, opłacanej pracy, ale i tak chcę spróbować. Posikałabym się ze szczęścia, gdyby to się udało...

Hłe, to na tyle nieoficjalnego dzienniczka praktyk, bo nudy totalne na tych praktykach. Jak wspomniałam: wydawnictwa i redakcje (szczególnie skupiające się na poezji współczesnej) to nie mój świat. Dobrze, że miałam okazję się o tym przekonać.

Salamandra chińska pozdrawia. :3


środa, 4 marca 2015

Tu miał być nowy odcinek Somnamskrybizmu...

...ale dzisiejszy sen był starwarsowy i po całym dniu prób doszłam do wniosku, że za radzieckiego boga nie umiem napisać w tym uniwersum czegoś, co by nie brzmiało jak bardzo zły fanfik. Poza tym, główna bohaterka byłaby irytującym speszal snołflejkiem. Otóż śniło mi się, że byłam młodą padawanką i w towarzystwie dwóch innych, dziewczyny i chłopaka, zostaliśmy wysłani do jakichś Mistrzów Jedi na odludziu. Rezydowali w czymś w rodzaju piramidy na plaży, a nad wrotami był ogromny ekran z pereł (walały się w piachu jak szyszki w lesie). Byłam sceptycznie nastawiona do całego przedsięwzięcia, ciemna strona wyraźnie się o mnie dopominała, ale posłusznie robiłam, co mi kazali. Mistrzów było dwóch, wyglądali jak buddyjscy mnisi, tylko z brodami do pasa, i - jak to Jedi mają w zwyczaju - głosili nauki i prawdy życiowe w sposób tak wkurzający, że mnie szlag trafiał. Na jednej sesji medytacyjnej tak się zagłębiłam w tej czynności, że zaczęłam słyszeć jakiś dziwny śpiew w nieznanym mi języku. Był piękny i zastanawiałam się, co to może oznaczać. Wtedy druga padawanka głośno rzuciła jakiś głupi komentarz; śpiew w mojej głowie natychmiast ucichł. Byłam wściekła i już zamierzyłam się na nią kantem dłoni, by ją chlasnąć Mocą, gdy wtem jeden z Mistrzów krzyknął dramatycznie "NIE!" i posłał mnie na ścianę tak, że solidnie przyrżnęłam w nią potylicą. Od tamtej pory oficjalnie przysięgłam sama przed sobą, że będę podążać ścieżką Sithów.

No dobra, to był tylko pretekst do zarzucenia jakimś epickim gifem.

Jak ja lubię starwarsowe sny. Zawsze mi się podobają, nawet jak traktują o wyprawie z Vaderem do McDonalda, gdzie gubię swój miecz. 

Jakiś miesiąc temu kupiłam sobie karty "Magiczne Jednorożce" Doreen Virtue. Zdecydowanie nie należę do osób zawierzających swoje życie horoskopom, a jak ostatnio mi wróżka wywróżyła przystojnego chłopaka, to rzeczony chłopak przez całe spotkanie narzekał, że wolałby być w domu i się uczyć (palant [i wcale nie był taki przystojny]). Dlaczego wydałam na coś takiego trzydzieści złotych polskich? BO TO JEST ŁADNE. Poza tym, kocham karty Bella Sara: taką serię kolekcjonerską dla dzieci, gdzie na każdej karcie jest ładny obrazek i jakiś sympatyczny coelhizm. Ich kariera w Polsce szybko dobiegła końca (chlip), a doszłam do wniosku, że trzeba sobie jakoś umilać życie, więc czemu nie. 

Wszystkie ilustracje na kartach "Magiczne Jednorożce" są rozkosznie kiczowate, jedne w sposób zły, inne - zachwycający. Nie da się ich szybko potasować (zresztą i tak nie umiem), bo są wielkie i drukowane na grubej tekturze, ale za to mają POZŁACANE BRZEGI. Z racjonalnego punktu widzenia, nie są najbardziej obiektywną wyrocznią na świecie: wszystkie teksty głoszą prawdy życiowe w stylu: "Jesteś piękny taki, jaki jesteś!" "Na pewno ci się uda!" "Wszyscy cię kochają!" i tego typu huraoptymistyczne bzdety, niby dlatego, że jednorożce są z natury dobre i ich przesłania zawsze są pozytywne. Nie jestem ekspertem od wróżenia, ale coś tu jest chyba nie halo. Niemniej, ilekroć sobie z tych kart "wróżyłam", odpowiedzi były irytująco adekwatne. Ot: byłam wypompowana po sesji, a miałam jeszcze nawał obowiązków, których nie chciało mi się wypełniać. Co powiedziały jednorożce?

Chędożone jednorożce... :P

Ostatnio zakochałam się w jackalope'ach, więc będzie notka o jackalope'ach. Ale nie wiem kiedy, bo nie chce mi się jej pisać.

Na miłe zakończenie tego miłego dnia: Gnarek. Bo jest przesłodki.

Rawr!

wtorek, 24 lutego 2015

Not so glorious after all

Dzisiaj będzie spam viktorowy, bo muszę do końca lutego skończyć pierwszy rozdział licencjatu, jutro mam z niego prezentację, a boli mnie łeb, mam zawroty głowy i huśtawka nastrojów bujnęła mi się znowu w tę stronę, która każe mi wysłuchiwać od rana do nocy Adagio for strings Samuela Barbera, i potrzebuję jakiegoś wsparcia estetycznego.

Wanna feel your power, stun me with your laser...

W ogóle to smutek, bo mam fazę na Viktora, która nie może znaleźć ujścia, bo gra w LoLa znudziła mi się tak przezajebiście, że nawet nie chce mi się tego instalować. Gdyby ktoś zrobił moda do Fallouta z jego zbroją, I would be so happy.

Próbowałam skombinować, jak by tu zamknąć blogaska dla postronnych, bo w gruncie rzeczy zrobiło się tu trochę zbyt ekshibicjonistycznie, ale nie mogę znaleźć metody, która by była skuteczna i nie doprowadzała nikogo do szału. Blogspotowej opcji zamknięcia bloga dla wszystkich spoza listy wprost NIENAWIDZĘ - jak widzę ten tekst, że "skontaktuj się z autorem, to cię może wpuści", to dostaję białej gorączki, bo NIE MA żadnej opcji kontaktu z autorem. Niby ci, co mnie znają, wiedzą, jak się ze mną skontaktować, ale pozostaje problem, że nie każdy ma konto w Google. Próbowałam ustawić hasło, ale jedyny działający na blogspocie kod sprawiał, że blog darł się o nie przy każdym odświeżeniu strony i przy tym myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Seriously, kiedyś miałam bloga na blog.pl i tam jak ustawiłam sobie hasło, to można było wpisać raz i mieć spokój. Czemu teraz, po dziesięciu latach rozwoju internetów, nagle okazuje się to takie trudne? Cóż, jak nie znajdę żadnego lepszego sposobu, to pewnie w końcu skorzystam z tego, co oferuje blogspot, acz bardzo niechętnie...

#nobodycares

Tyle piękna. <3

Kojarzycie to zdjęcie z książki otwartej na rozdziale o tym, jak przejść przez uniwersytet, nie straciwszy wiary w życie? Powoli przekonuję się, że to nic innego, jak świnto prawdo. Pomijając psorów mówiących, że są mną załamani i studentów-snobów z pogardą prychających, że jak można nie wiedzieć tak podstawowej rzeczy, jak różnice kulturowe między Dearborn a Detroit w kontekście fabryki Forda i General Motors (no dobra, to też padło ze strony profesora [pff, profesora... magistra], ale rozumiecie, o co mi chodzi: studenci tak bardzo wykształceni, wszystkowiedzący, żadnej poprawki przez trzy lata, wow), pozostaje jeszcze kwestia tego, jak bardzo studia obrzydzają życie. Niedobrze mi się robi na widok jakiejkolwiek książki, zmuszam się do czytania, żeby tylko ruszyć coś do przodu i nie mieć wyrzutów sumienia, że zaczynam zaliczać się do tego straszliwego grona Polaków-co-nie-czytają-siedmiu-książek-miesięcznie, ale chyba przestanę, bo przyjemności nie czerpię z tego żadnej. To samo z całą resztą, grami, filmami, malowaniem, a im mniej powiem o pisaniu, tym lepiej. Niecierpliwie wyczekuję momentu, w którym pójdę się starać o wolontariat w ZOO, ale nie nastąpi to prędzej jak za miesiąc, bo muszę odbębnić praktyki... *headdesk*

W ogóle taka dość zabawna rzecz. Gdy kończyłam podstawówkę, wszyscy mówili: nie martw się, gimnazjum to najlepszy okres w życiu. Nie był. Gdy kończyłam gimnazjum, mówili: nie martw się, liceum to najlepszy okres w życiu. Nie był. Gdy kończyłam liceum, mówili: nie martw się, studia to najlepszy okres w życiu. Teraz kończę studia (bez wielkich nadziei, że zdobędę ten zasrany licencjat) i mam wszystkiego totalnie, absolutnie, serdecznie, z wisienką na wierzchu dość.

Poza Viktorem. I króliczkami. I przytulaniem.

niedziela, 8 lutego 2015

W poszukiwaniu sensu

Przede wszystkim, to pragnę podzielić się z całym światem moją miłością do pewnego zespołu, który niedawno odkryłam. Nazywają się The God Machine, mrrry, jak mogłabym ich nie lubić? I grają świetnego, nastrojowego rocka.


W tym semestrze sesja była dziwnie niewykańczająca. Dwa egzaminy zdane w pierwszym terminie (kto by pomyślał), trzeci też już praktycznie zaliczony, tylko tej cholernej liryki mi się nie chce uczyć na jutro do tego stopnia, że piszę o tym notkę. Nie cierpię liryki. Niech sobie poezja będzie, niech ją piszą ludzie, którym się wydaje, że potrafią to robić, ale ja tego pisać za cholerę nie umiem i nie lubię. Mój najlepszy wiersz, jaki kiedykolwiek napisałam, to "Oda do Detki", czyli miejscowego autobusu, którym przejeździłam pół życia, i rzeczony wiersz jest tak głupi, że żal go pokazywać komukolwiek poza hermetycznym gronem rodziny i mieszkających w okolicy znajomych. I niech tak pozostanie. A interpretacja to kolejna zmora, tym bardziej, że totalnie się nie zgadzam z poglądem pani doktor, jakoby interpretacja kategorycznie wykluczała własne widzimisię i była tylko jedna słuszna. Pff... A ja, głupia, myślałam, że interpretowanie z definicji oznacza czytanie czegoś po swojemu, no ale co ja tam wiem.


Eeenyłej... Nie pamiętam, kiedy ostatnio pisałam. W sensie: coś, co by nie było licencjatem/pracami na zajęcia/pseudorecenzjami na drugiego blogaska/notkami na tego blogaska. Ok, udało mi się popełnić ćwierć rozdziału tego mojego opka, którego nikt poza mną nie czyta, pierwszy raz chyba od pół roku, ale kurde bele, to jakaś kpina, a nie osiągnięcie. I to nie jest tak, że nie wiem, co pisać, mam ułożoną w głowie historię, mam notatki, mam wszystko włącznie z wyobrażeniami ekranizacji - durr hurr - ale... tak jakoś... nie wiem, jak się do tego zabrać. Czy coś. W ten deseń. A widmo licencjatu nie wróży dobrze poprawie tego stanu rzeczy... Tyle nudnych jak flaki z olejem lektur do przeczytania (co gorsza, sama je sobie wybrałam, więc nawet nie mam do kogo mieć pretensji, bu), tyle paragrafów gry o byciu pisarzem do napisania, a na samą myśl o sporządzaniu części teoretycznej chce mi się rzygać. Jak ja nienawidzę tego silenia się na powagę i profesjonalizm...


No niedobzie, niedobzie. Ale bywało gorzej. Moja taktyka opierająca się na życiu i nieprzejmowaniu niczym w zbyt wielkim stopniu sprawdza się nieźle. Nawet karma była na tyle dobra, że obdarowała mnie tylko dwoma dniami zajęć w nowym semestrze. Normalnie aż chyba do pracy pójdę.

Frrrrr!

wtorek, 27 stycznia 2015

Dla odmiany: narcystycznie

Cytując Rainbow Dash: ohmygoshohmygoshohmygoshohmygoshohmygosh! Mam diadem!

Focia z góry, żeby nie było widać sadła

Miałam robić za księżniczkę, ale jednak nie, księżniczkowanie do mnie nie pasuje. Jestem rejndżerem. Popylam po lasach w niewyprasowanej pelerynie, z łukiem w dłoni, sztyletem za pasem i białym królikiem kicającym mi u stóp. Walczę z nudą i szarością dnia codziennego. Hm, potrzebuję cierpliwego fotografa... I fortuny, żeby go opłacić... Udało mi się nie wstydziać na tyle, by walnąć sobie selfie, to już jakiś postęp. Czy wy też tak macie, że boicie się patrzeć w oczy ludziom na zdjęciach, bo macie wrażenie, że oni was widzą?

Pierwszy raz w życiu udało mi się zaliczyć nawet nie jeden, ale DWA egzaminy w pierwszym terminie. Pewnie zadziała zasada "do trzech razy sztuka" i ostatni uda mi się po bożemu oblać. Z tego wszystkiego nachodzą mnie różne głupie pomysły w stylu "w przyszłym roku akademickim pójdę na specjalność nowe media" (w domyśle: by za rok znowu płakać, że nienawidzę studiować i chcę do pracy). Składam następujące śluby: jeśli zaliczę ten semestr (z warunkiem czy bez), to w przyszłym semestrze zacznę chodzić na wolontariat do ZOO. Jak odwalę praktyki. Które powinnam mieć już odwalone, ale ćśś, może nikt się nie kapnie.

Coś jest nie tak. Sesja trwa w najlepsze, mam do zaliczenia jeden trudny egzamin i sześć przedmiotów, z których mam spore zaległości, a ja siedzę tu zadowolona z życia i nawet nie ryczę. Paczciepaństwo. Nawet tona śniegu za oknem mi nie przeszkadza, także wtedy, gdy muszę wyjść i z nią mieć do czynienia. 


Zbieram na czytnik ebooków. Ktoś chce, żebym mu uplotła kolczugę? :D

sobota, 10 stycznia 2015

Trochę zdjęciów

Już jakiś czas temu kupiłam sobie drugą monsterkę - wymarzoną Lagoonę. Co prawda ta z serii Skull Shores jest najpiękniejsza, ale moja też jest cudna, mimo obdartej tu i ówdzie farby i śmierdzących włosów (zbieram się do umycia jej już pół roku i coś się zebrać nie mogę). Ze wszystkich monsterek, Lagoona ma zdecydowanie najładniejszą twarzyczkę, taką słodką i pogodną. 

Muszę zainwestować w stojaczki, coby nie opierać lalek
o książki i słoiki z frykasami dla królika.

Call me maybe?

W sumie jak człowiek ogląda webisody Monster High to się nad tym nie zastanawia, ale czasem spadnie na niego takie olśnienie, że przecież połowa bohaterek jest na dobrą sprawę martwa. Niezły horror. Ale to jeden z czynników sprawiających, że tak mi się MH podoba. Jakie szczęście, że nie byłam młodsza, gdy to powstawało, bo inaczej istnieje duże prawdopodobieństwo, że darzyłabym monsterki szczerą nienawiścią.

Puchacz zaś przekracza wszelkie granice bycia bezczelnym królikiem. Śpi na moim łóżku, wyżarł mi ogromną dziurę w poduszce (drugiej już), od rana mi bzyczy nad głową* i mnie podgryza i wciąż próbuje wkicnąć wszędzie tam, gdzie go nie swędzi. Zdjął mi nawet z półki piankowy klocek do jogi i obgryzł mu krawędzie. To koza, a nie królik, wszystko zeżre. Ale nawet nie wyobrażacie sobie, jak słodko mu się daje całusy w to puchate czółko. On tego nie znosi. <3
*Zadowolone króliki wydają z siebie odgłos podobny do "ny ny", jednak w wykonaniu Pucha to bardziej "bzy bzy".

Mały szatan. <3

Armageddonek został oficjalnie przedstawiony dziewczynom. Najpierw wpuściliśmy każdą z osobna do jego kawalerki, by ogarnął, że tu w ogóle są inne gekony i by zobaczyć, czy się nie pogonią. Armageddonek najwyraźniej szczerze zakochał się w Rancorku, bo wodzi za nią wzrokiem jak za soczystym robalem i ciągle ją stalkuje. Ale ta małpa chyba go friendzonuje, bo go olewa i pierwsze co zrobiła, to subtelnie wygoniła go z jego własnego domku.

Ale... ale co się stało...?

Ziółta ziaba chyba się za bardzo napatrzyła na Puchacza, bo podobnie jak on - włazi na wszystko, byle było wysoko.

- Czego? Nie widzisz, że śpię?!
- Ale Rancor, ja cię kocham!
- Spadaj i przynieś mi robala!

Na koniec nie moje zdjęcie, ale nie mogę się powstrzymać, by nie wykrzyczeć tego całemu światu... BĘDĘ MIEĆ ELFICKĄ TIARĘ! SREBRNĄ I Z KAMIENIEM I W OGÓLE! I BĘDZIE MOJA! AAA! Nie mogę się doczekać! Marzę o takiej tiarze, odkąd zakochałam się w fantastyce, ale jedyne ładne elfickie tiary robili ludzie zza oceanu, co by mnie kosztowało fortunę, a tu bum! Polska artystka! I w ten sposób dorobiłam się wcześniejszego prezentu urodzinowego od lubego. *3* To znaczy, dorobię się jak już będzie wykonany i przyjdzie. Ale będę miała tiarę!!! Normalnie aż mnie narcyzm ogarnia i pożądam sesji zdjęciowej, ale a) nie mam kogo o takową poprosić, b) wstydziam się.

Moja będzie podobna, tylko z nocą kairu. <3

niedziela, 4 stycznia 2015

Życie o smaku kakałka

Źródło
Kakałko najlepiej smakuje przy płonącym kominku i choince. Opcjonalnie za oknem może być śnieg, ale kakałko najlepiej się pije po zmroku, więc śniegu i tak nie byłoby widać. W ramach rozrywki do wyboru: ulubiony film lub ulubiona książka.

Gdy piję kakałko, nie mam ochoty na nic nowego. Chcę spędzić czas przy czymś, co znam i mi się podoba. Lubię przy kakałku czytać setny raz "Wodnikowe Wzgórze" albo oglądać kilka razy pod rząd "Opowieści z Narnii". Coś, czego jeszcze nie czytałam/nie widziałam, natychmiast mnie nudzi i irytuje. No bo pff, jak to tak można nie wiedzieć, co się stanie i czy w ogóle warto poświęcać temu uwagę. Przy kakałku najlepiej cieszyć się starociami od nowa, przeżywać znów te same przygody, cieszyć się znajomym otoczeniem i chrupać ciasteczka.

Dobre kakałko ma smak miłych chwil. Ma puchatą piankę nostalgii i szczyptę narcyzmu. Dobrze się przy nim czyta swoje stare opka i obojętnie jak głupie są, zawsze będą się podobać. Nie, żeby od razu uznawać je za arcydzieła i pędzić do Novae Res, ale podobają się w taki... pobłażliwy sposób. Taki "O rany, jakie ja fajne bzdury kiedyś wypisywałam". Nikt inny nie uznałby tego za nawet odrobinę urocze, dla całej reszty świata to tylko zbiór nudnej grafomanii, ale dla autora lektura takich dzieł to zawsze świetna rozrywka. Najlepsza, gdy pod ręką jest kakałko - słodkie do bólu zębów i przyjemnie rozgrzewające. W ulubionym, wielkim kubku z fajnym nadrukiem. I łyżeczką wystającą ze środka na złość wszystkim, którzy z uporem maniaka usiłują wmówić mi, że wybiję nią sobie oko.

No dobra, a porzucając ten słodkopierdzący bełkot: trwam sobie w stanie mentalnego zastoju i bardzo mi z tym dobrze. Czytam znane mi książki, oglądam filmy oglądane już milion razy, gram w gry, w które gram od lat. Zima jest taką porą roku, że nie mam ochoty na rozwój i poznawanie świata. A teraz przepraszam, ale idę się zawinąć w kocyk i poczytać swoje stare opka. I pić kakałko, oczywiście.