poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Pyrkon!

Miesiąc temu byłam zła, że tegoroczny Pyrkon nie odbywa się jak zwykle w marcu - bo kolejny miesiąc czekania. Ale okazało się, że to była dobra decyzja ze strony organizatorów. Było milusio i cieplusio, słonko świeciło, deszcz nie padał i nic nie stało na przeszkodzie, by się cosplayowo roznegliżować. W tym roku podziękowaliśmy hali wspólnej na rzecz hotelu, ale podobno warunki na niej były wielce zadowalające (no ja myślę, w końcu nie pizgało mrozem i nie trzeba było spać w grubym swetrze). Teren konwentu był ogromny, dzięki czemu tłumy w ogóle nie przeszkadzały (a ja strasznie nie lubię tłumów). Było żarcie na miejscu i to nawet dobre.

W tym roku nastawiłam się na socjalizację ze znajomymi i doskonałą większość atrakcji po prostu olałam, czego powoli zaczynam żałować, ale i tak mi się cholernie podobało. Najbardziej żałuję, że wstydziłam się podejść do obozu Mandalorian, by zrobić sobie z nimi zdjęcie. Ale za to mam fotkę małego smoka (?) zżerającego mi rękę.

WAAAGH

Przed konwentem wpadłam na pomysł, by kupić sobie buty pasujące do mojej pomarańczowej sukni, bo na dobrą sprawę mam tylko adidasy i glany. Wybrałam śliczne buciki podobne do takich moich starych, które kochałam nad życie, ale się rozwaliły. Wydawały się ultrawygodne, więc nie zastanawiając się nad tym mocniej, pojechałam w nich na konwent, nie biorąc nic na zapas. Po pół dnia okazało się, że to był gargantuiczny wprost błąd. Do wieczora wydawało mi się, że w sumie dam radę wytrzymać, no bo kurde, nie po to kupowałam nowe buty, żeby wymienić je na byle klapki z Biedronki. Ale jak w hotelu zobaczyłam, że mam na każdym palcu po trzy bąble wielkości ziarna grochu, to od rana poleciałam do Biedry i kupiłam jakieś luźne laćki (które kolorystycznie pasowały do sukni zaskakująco idealnie). Niestety, było już i tak za późno na ratunek i trzeciego dnia zamiast latać po konwencie i wydawać ostatnie pieniądze, byłam uziemiona, bo nie byłam w stanie chodzić. Uwierzcie mi: zakażone pęcherze to nic fajnego, nawet jak gwarantują ci tydzień zwolnienia.

Pomijając tę fascynującą opowieść o krwawych pęcherzach, było naprawdę super. Poza graniem na zmianę w Cthulhu Wars i w erpegi, moim ulubionym zajęciem było oglądanie cosplayów. Najsłodsze były cosplaye rodzinne, jak tata Gandalf, mama Galadriela i małe Frodziątko. Była dziewczyna w szczerbatkowej bluzie, z ogonem i skrzydłami, i miałam ochotę ją z niej zerwać i zwiać, ale kurde bele, nie mogłam biegać, więc i tak by mnie dogoniła i cały misterny plan w pizdu. Wydawało mi się, że gdzieś w tłumie mignął Pożeracz Skał z "Niekończącej się opowieści". Było całe stado Ann i Els, od groma czarodziejów z Magicki, za to zaskakująco niewielu space marines. Ich brak zrekompensował olbrzymi Iron Man w zbroi, którą luby wziął za terminatora z Wh40k. Oczywiście włączył mi się jealous mode i postanowiłam, że na następny konwent zrobię minicosplay Brightwing z HotSa.

Luby za to znów oszalał i kupił mi absolutnie przepiękną, celtycką suknię. Jest taka piękna, że przed lustrem zachowuję się gorzej od Johnny'ego Bravo i Narcyza razem wziętych. Paczę i nie mogę wyjść z zachwytu. Przez nią (albo dzięki niej) postanowiłam, że spróbuję swoich sił w LARPie, bo czegoś tak pięknego nie można zakładać raz na ruski rok. Jestem tym faktem przerażona, ale i podekscytowana. 

*3*

No i co, Pyrkon, Pyrkon i po Pyrkonie. :c Uwielbiam tę konwentową atmosferę, w której wszyscy wydają się znać, nikt cię nie osądza i nie śmieje się z twojego przebrania (pff, przebrania, ja bym tak mogła na co dzień popierniczać, gdybym się nie bała), wszyscy są mili i kompletnie niepoważni. Do tej pory nie rozumiem, o co konkretnie chodzi z "- Zaraz będzie ciemno! - ZAMKNIJ SIĘ!", ale i tak zawsze się śmieję, jak ktoś to wrzeszczy. Pozdrawiam wszystkich, z którymi udało mi się spotkać i do zobaczenia następnym razem!

czwartek, 9 kwietnia 2015

Garść luźnych przemyśleń

Śniło mi się, że dostałam pracę w ZOO. Bawiłam się z wydrami i karmiłam pająki (i się ich nie bałam). Jak się obudziłam i stwierdziłam, że to wszystko nieprawda, to było mi bardzo smutno. Nie mogę się doczekać tego wolontariatu.

Zapragnęłam powiększyć moją małą kolekcję Monster Hajek. Nie mogłam się tylko zdecydować na żadną postać. Robecca i Lagoona to moje ulubione monsterki. Lubię Clawdeen, ale jej wariacje na temat ubranek i włosów są koszmarne. Rochelle też jest milutka, ale trochę... za różowa. Ostatnio bardzo polubiłam Cleo - w jej jędzowatym charakterze jest coś, co zaczęło mi się podobać, a wygląda po prostu pięknie. Avea Trotter to szczyt marzeń - od dziecka śniłam o lalce centaurze. Ale drogie toto jak skurczysyn... Neightan Rot na artach jest przesłodki, ale jako lalka ma strasznie krzywy ryj. 

No i tak sobie tkwiłam w niezdecydowaniu, aż tu nagle... bingo.

Wydowna Spider.




Pająk. Chędożony pająk. Nienawidzę pająków. Boję się tych monstrów. Boję się jak diabli. Jak nad łóżkiem zawiśnie mi kątnik - to takie gówno na cienkich nogach - to mnie paraliżuje ze strachu. W zeszłym roku była istna plaga krzyżaków: dosłownie wszędzie były rozpięte ogromne pajęczyny, na których siedziały te rozdęte skurczysyny, między każdą gałązką drzewa a źdźbłem trawy, krzyżak na krzyżaku. Miałam ochotę wychodzić na podwórko z miotaczem płomieni, bo nie dało się po prostu między nimi lawirować - trzeba było zgarniać miotłą. JA MIAŁABYM DOTKNĄĆ PAJĄKA MIOTŁĄ?! NOPENOPENOPE. 

Ale matko świnto, jaka ta Wydowna jest piękna!

Najpiękniejsza jest jako Webarella, ale niestety jest nie do zdobycia (na Allegro straszą podróby za 100zł). Jako zwykła uczennica ma szkaradną seledynową szminkę, którą trzeba będzie po bożemu przerobić na czerwień, no bo kurcze blade. 

Dlaczego mi się ona tak podoba, mimo że jest chędożonym pająkiem? Nie wiem, cholibka, nie wiem. Jest... inna. Jest dziwna. Ma trzy pary oczu i rąk. Jest fascynująca. Chcę ją.

Dorwałam w antykwariacie kolejną książczynę z Novae Res: "Związane dusze". Jakoś ostatnio nie jestem w stanie czytać nic choć odrobinę ambitniejszego. W zasadzie to w ogóle nie jestem w stanie czytać... Tak mi się cholernie nie chce, wszystko mnie nudzi już w połowie strony. I pomyśleć, że kiedyś pochłaniałam siedem książek miesięcznie. Mam ochotę na "Eragona".

Bum tralala chlapie fala.