piątek, 18 września 2015

Słodki zapierdziel

To będzie chaotyczny wpis, bo mam za mało czasu, żeby się silić na napisanie składnej i rozbudowanej notki. xD

Po pierwsze primo, jebłam se zwierzakowy fanpejdż na fejsbuku, a co, i będę na nim publikować statusy na temat moich przygód ze zwierzakami domowymi, wolontaryjnymi, praktykowymi i wszystkimi, jakie spotkam. Zapraszam do nabijania lajków!

Tu klikaaać.
Tłusta grzywka z okresu gimbazjum, joł.

Po drugie primo: miłośnicy smoków niech koniecznie obczają tą grę. Early access, póki co jest tylko tutorial i jeden level, ale MATKO, JAKIE TO ZAJEBISTE. Pierwsza gra o smokach od czasów Drakana, w której jestem bezgranicznie zakochana i nie zmieni się to nawet jeśli twórcy zwiną manatki i przestaną ją aktualizować. Latanie jest zrobione po prostu bezbłędnie (jak już się dostosuje czułość myszy i przestanie wpadać na budynki), śmiganie tuż nad murami zamków i burzenie ich w gruz przy pomocy ognia jest niesamowite. Dajcie developerom zarobić, żeby mieli za co dokańczać to cudo! 

Ciekawostka: level udaje mi się zaliczyć tylko i wyłącznie wtedy, gdy w tle puszczam tą piosenkę. Pszypadeg? Nie sondzem. Zresztą, obejrzyjcie dowolny let's play Dragonflighta i puśćcie to sobie w tle. EPICKIE.

Po trzecie primo: jeśli nie umrę z wyczerpania (i niewyspania, bo buc-królik nabrał zwyczaju budzenia mnie o trzeciej nad ranem i utrzymywania mnie w stanie czujności dopóki nie wstanę), w niedzielę wpadnę na Kapitularz. Jakoś po 14:00, bo wcześniej mam zajęcia. Chociaż pewnie nie będzie mi się chciało, bo nawet nie mam pieniędzy do przepierdzielenia na głupoty (wydałam na Dragonflight, hłe). Nie wiem. Zobaczę.

Po czwarte primo: jej, kto by pomyślał, że życie potrafi być piękne i bez antydepresantów. :3 Łapcie tapirzątko - urodziło się w ZOO pod koniec sierpnia! Na facebooku łódzkiego ZOO będzie zorganizowane głosowanie na imię dla malucha, jak już będzie wiadoma na 100% jego płeć, nie przegapcie tego.


sobota, 5 września 2015

Blondynka w ZOO

W sierpniu nadwyrężyłam sobie ścięgno Achillesa i z miesiąca wolontariatu zrobiły się niecałe dwa tygodnie, więc przedłużyłam swój pobyt tam do końca września. Roboty jest od zarąbania i bywa naprawdę męcząca, ale nawet jak budzę się o tej piątej nad ranem z myślą "Kuźwa. Nie chce mi się", to jak już dojadę na miejsce, jestem zachwycona. Myślę, że wreszcie udało mi się odkryć swoje prawdziwe powołanie (durr hurr). Gdy w gimnazjum przyszła pora wybrać szkołę mającą ułatwić start do nowej kariery, byłam przerażona. No bo kto to widział, decydować o całym swoim życiu w wieku, kurde, piętnastu lat. Myślałam o różnych technikach, np. leśniczym, ale, cóż... Nie wiem, czy teraz też tak jest, ale w moich czasach (kurde, jak to brzmi) słowo "technikum" było jak klątwa, bo panowało powszechne przekonanie, że do techników i zawodówek idą wszyscy ci debile i chuligani, którzy są za głupi na normalne liceum, i we wszystkich tego typu placówkach panuje powszechna patologia. Bujda na resorach, no ale nieważne. Skończyło się na tym, że poszłam do LO. Elitarnego. Nabawiłam się tam kosmicznej depresji i w klasie maturalnej - mimo tego, że prawie wszyscy mi to odradzali - zmieniłam szkołę. No i zaraz kolejny wybór: co zdawać na maturze, na jakie studia pójść? Cóż, w poprzednim liceum byłam na profilu humanistycznym, wszyscy najbliżsi znajomi wybierali się na filologię polską... więc poszłam za nimi. I znów był płacz i zgrzytanie zębów. Koszmar. Starocerkiewnosłowiański i Nowy (sz)Korbut do tej pory mi się śnią po nocach. Wtedy odkryłam, że na łódzkim kulturoznawstwie otworzyli nową specjalność: twórcze pisanie. Radość, euforia, no przecież zawsze chciałam zostać pisarzem! No to tam poszłam. I niby było fajnie... ale wciąż miałam jakieś takie poczucie, że nie do końca tam pasuję. Wokół sami Ahtyści przez wielkie Ah, ę, ą, teatry i opery, a ja nudzę się przeraźliwie w teatrach i na operach, i ogólnie jakoś mi ten specyficzny światek Ahtystów nie odpowiada, a jak miałam praktyki, to umierałam z nudów i z utęsknieniem patrzyłam na siedzące na parapecie gołębie.

Chyba już kiedyś o tym tu pisałam, że jednym z moich najszczęśliwszych wspomnień jest czas, kiedy przychodziłam na wolontariat do przytuliska dla zwierząt i tam razem z innymi dziewczynami wypuściłyśmy stado koni na łąkę, i biegałyśmy razem z nimi. I teraz, z tej perspektywy, jakoś ciężko mi ogarnąć, dlaczego mimo tego, mimo mojej miłości do zwierząt, mimo wypracowań w podstawówce, jak to będę weterynarzem, zamiast pójść w tym kierunku, poszłam w zupełnie innym - niby też pokrewnym moim zainteresowaniom, ale jednak nie aż tak bardzo. 

Uwielbiam czyścić terraria na wystawie, by zwierzęta pięknie się w nich prezentowały (mimo że niektórzy ludzie to chyba się z tymi szybami całują, tak ciężko je domyć). Uwielbiam sprzątać kupska i zapewniać zwierzakom dobre warunki. Uwielbiam robić sałatkę dla legwanów fidżijskich i karmić agamę brodatą bananem. Uwielbiam, jak za każdym razem, gdy otwieram terrarium kameleonów lamparcich, jeden z nich wyciąga łapki i wchodzi mi na rękę. Uwielbiam ten dreszczyk, kiedy w moim kierunku z szybkością błyskawicy rzuca się około 30-40 kilogramowy boa madagaskarski, gdy podaję mu na pęsecie szczura. 

I nie mam najmniejszego zamiaru się z tym rozstawać. Będę się starać o pracę w tym ZOO. Choćbym musiała czekać kilka lat albo tyrać przez ten czas za darmo. Płaca jest mizerna, ale zdecydowanie wolę pracować za minimalne wynagrodzenie w miejscu, do którego kocham przychodzić, niż zmagać się z niemijającą depresją za 3k golda, a potem dostać zawału w wieku 40 lat i umrzeć. Muszą mnie tam przyjąć, bo już sobie umyśliłam, że napiszę o tym książkę i w ogóle.

Niecałe dwa tygodnie temu podjęłam jedną z najbardziej spontanicznych decyzji w życiu: zapisałam się do szkoły policealnej na kierunku technik weterynarii. Umieram ze strachu, ale jestem pełna entuzjazmu. Kupiłam sobie zestaw słowników zoologicznych Juszczyka i teraz wszędzie z nimi jeżdżę, otwieram na losowej stronie i czytam, starając się jak najwięcej zapamiętać. I - matko świnto - sprawia mi to przyjemność. PIERWSZY RAZ W ŻYCIU NAUKA SPRAWIA MI PRZYJEMNOŚĆ.

No, to chyba muszę zaktualizować cutie marka Raindancer.

Cutie mark stąd, kucyk zrobiony tu.
Swoją drogą, co za debilny pomysł, dzielić sezon na dwie połowy? CHCĘ KUCYKI! :C