piątek, 30 grudnia 2016

Studium w metalu

Nudzi mi się. A jak mi się nudzi, to zaczynam analizować. *widownia wstrzymuje oddech, gotowa na analka jakiejś głupiej książki* I naszło mnie na analizę mojego uwielbienia dla robotów, cyborgów i wynalazców. *widownia wydaje z siebie jęk zawodu* I w sumie okazało się, że tak naprawdę to od najmłodszych lat czułam sympatię do postaci w tym stylu i Viktor wcale nie był pierwszy. A zaczęło się od...

1. Diodak i Wolframik
Aww, nostalgia. Zaczytywałam się w komiksach o Kaczorze Donaldzie przez całe dzieciństwo, a jak parę lat temu znalazłam stertę zakurzonych numerów na strychu, straciłam resztę dnia na lekturze. Moją ulubioną postacią (która miała dość mało czasu antenowego - niedługo okaże się, że to standard w przypadku lubianych przeze mnie bohaterów...) zdecydowanie był wynalazca Diodak wraz ze swoim robocikiem. Gdybym w tamtych czasach miała internet i znała zjawisko fanfików, pewnie bym ich trochę naprodukowała na temat tej dwójki, bo historyjek wymyśliłam miliony. I żadnej nie pamiętam. :c

2. Inspektor Gadżet i Dr Claw
Stanowczo odmawiam nazywania Doktora Claw jego spolszczonym nazwiskiem: Klauf. Za to jeśli kiedykolwiek doczekam się kota, totalnie nadaję mu imię Szalejot. Sama nie wiem, kogo tu powinnam wyróżnić bardziej. Za szczyla, oczywiście, najbardziej kibicowałam Gadżetowi, choć już wtedy mroczny antagonista budził u mnie bardziej ciekawość niż strach. Zdaje się, że w nowszych kreskówkach wychodzi na to, że Claw też jest cyborgiem, niemniej jednak laur pierwszeństwa należy się ciamajdowatemu inspektorowi, z helikopterem w głowie, którego zawsze mu cholernie zazdrościłam.

3. Andrew ("Człowiek przyszłości")
The uncanny valley levels are too high! AAA!!!
...A mimo to, w dzieciństwie to był mój ukochany film i oglądałam go zawsze jak tylko leciał na HBO. Żeby było śmieszniej, kiedy próbowałam go obejrzeć jakieś 10 lat później, umarłam z nudów. Niemniej, sam koncept pozostaje bliski memu serduchu: robot, który rozwija ludzkie uczucia i pragnie zostać człowiekiem, ze wszystkimi zadami i waletami takiego dealu. Co prawda ja preferuję motyw transformacji w odwrotną stronę (no bo serio, kto przy zdrowych zmysłach chciałby zmienić się w człowieka, ugh), ale założenie, że można pokochać robota/androida pozostaje. I mi się podoba.

Po tych trzech (czterech?) panach, na długi czas uległam propagandzie natury mówiącej, że MASZYNY SOM ZUEEE! a DRZEWKA SOM DOBLEEE! Więc śpiewałam "Kolorowy wiatr", bujając się w hamaku pod gruszą i karmiąc swoje NanoPuppy (jej, oddałabym fortunę za działające NanoPuppy, niebieskie, takie jak miałam w dzieciństwie *_*), a na WizjiTV oglądałam walki robotów (ten program był zajebisty). Lecz cóż, wkrótce wrodzone instynkty zaczęły brać górę, a ja - rzygać na samą myśl o ekooszołomach przekreślających wszystkie technologie i osiągnięcia ludzkości. Znaczy, jasne, nadal lubię przyrodę et cetera, ale porzuciłam te wszystkie gniewne myśli o rzuceniu cywilizacji i zamieszkaniu w lesie, bo to głupota i tyle. Ludzie, maszyny są ZAJEBISTE. Gdyby ten ekopierdolec przeszedł mi wcześniej, pewnie poszłabym studiować robotykę (i bym epicko wszystko oblała i skończyła tu gdzie teraz, czyli w szkole dla dorosłych na tech-wecie, ale ćśś). Niemniej, następnym cyborgiem, którego pokochałam i który na dobre rozpoczął moją manię był...

4. Viktor, the Machine Herald
Viiiktooor... Jego backstory zainspirowało mnie do przemiany jednego starego opka w powieść i nadania mu większej głębi - stali bywalcy blogaska mogą się domyślać, że chodzi o Tyrcia. Ale nawet pomijając to i jego badassowy wygląd, i wszystko inne, za co go uwielbiam, jest jeszcze jedna rzecz, którą się raczej z nikim nie dzieliłam do tej pory. Otóż jego gadaninę o "glorious evolution" przyjęłam za swoje motto. Jeśli coś we mnie szwankuje - a szwankuje duuużo rzeczy - "destroy, then improve". Idzie mi to jak po grudzie, ale hej, staram się.

5. Generał Grievous
Jeśli miałabym znaleźć postać, do której jak ulał pasowałoby określenie "maszyna do zabijania", to z pewnością byłby to Grievous. Zachwyca mnie to, że mimo swoich rozmiarów i ogromnej wagi, jaką zapewne posiada, jest tak cholernie zwinny i skuteczny. A trzeba pamiętać, że NIE jest użytkownikiem Mocy. No i dość smutne backstory pogłębia moją sympatię do niego. I ta maska kaleeshów...
No i żal dupkę ściska, że w filmie i serialu Clone Wars (tym w CGI) został przedstawiony tak nijako... więc w tym przypadku, źródłem zachwytów są głównie komiksy.

6. HK-47 (Knights of the Old Republic)
Hm, co to ja mówiłam o maszynach do zabijania...? HK-47 z miejsca został moim ulubionym towarzyszem w KotORze i szlag mnie trafiał, że nie jest jedną z opcji do romansu. Ok, czaję, nie wszyscy muszą być tak walnięci jak ja i chcieć się przytulać do droidów-asasynów, ale CZEMU DO WYBORU BYLI TYLKO NADĘTA BASTILA I BUCOWATY CARTH?! Jak ja ich obojga nienawidziłam! Wybrałabym nad nimi HK-47 nawet gdyby miał zamiar strzelić mi w łeb!
(Tu Winky ma nadzieję, że wszystkich graczy KotORa ogarnęła zbiorowa amnezja i nie pamiętają questa o droidzie, który chciał uciec od swojej napalonej właścicielki).

6. Adeptus Mechanicus
Wynalazcy, cyborgi, czciciele maszyn... Choć za cholerę nie jestem w stanie ogarnąć wszystkich niuansów tego uniwersum, to estetycznie robi mi bardzo. A miecz łańcuchowy to najbardziej epicka broń wymyślona przez ludzkość!

7. Flavius (Skyforge)
Jeden z najnowszych nabytków. Flavius na pewno jest wynalazcą. Czy cyborgiem? Ciężko powiedzieć: te ręce niby wyglądają na mechaniczne, ale równie dobrze to mogą być zwykłe, hm, rękawice...? W każdym razie, gra nie oferuje żadnego potwierdzenia dla tej teorii. Tak czy siak, Flavius jest słodki. :3 W stu procentach skupiony na swoich odkryciach naukowych, niby sympatyczny, ale w sumie to bardziej cyniczny i z postawą "mhm, tak, fajnie, jeszcze tu jesteś?".

8. K-2SO
Trochę się wahałam, czy go załączyć, bo jasne, jest świetny i go uwielbiam, ale mam wrażenie, że to próba zrobienia drugiego HK-47. No, ale dobra, niech będzie. K-2SO też jest słodki. I duuuży. Duuuże maszyny są fajne. Zwłaszcza jak strzelają sarkazmem.

No i tyle, no i cześć.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Hello darkness my old friend

Zastój za zastojem... Jakoś nie mam ochoty tu pisać. Niby mam co i czasem nawet mam wenę, i mam pełno pozaczynanych notek w narzędziach bloggera, ale za każdym razem dochodzę do wniosku, że nie, to nie działa.

Sama nie wiem, jak jest. Jak zwykle: raz dobrze, raz źle, nihil novi sub sole. Zmieniło się to, że mam W KOŃCU diagnozę i pracę, która nie sprawia, że codziennie idąc do niej modlę się o to, by potrącił mnie samochód. Serio, w poprzedniej byłam bliska całkowitego załamania nerwowego, powrót do niej po urlopie w Anglii to był koszmar. No i teraz pracuję w lecznicy weterynaryjnej, głównie zajmuję się sklepikiem zoologicznym, ale też ogarniam burdel i przyuczam się do zawodu. I niby mogłabym opowiedzieć, jak wygląda ta praca i zarzucić jakimiś ciekawymi anegdotkami, ale... nie mam ochoty. Zarzucam na bieżąco na fejsie i na więcej nie mam siły.

Wyszło, że jestem neurotykiem. Mówiąc w skrócie: gorzej znoszę stres. A ponieważ stresują mnie takie pierdoły, jak konieczność otworzenia do kogokolwiek gęby, to ten, no, zajebiście. Tak, tak, chodzę na terapię. Cudów nie ma. Jak już mi się zaczyna wydawać, że udało mi się coś zwalczyć i jest lepiej, to zaraz się okazuje, że jednak nie, albo coś innego dowala ze zdwojoną siłą. A inni ludzie machający na moje problemy ręką z nieśmiertelnym "inni mają gorzej" są tak jakoś umiarkowanie pomocni.

Lubię moją pracę, ale szkoła w co drugi weekend i pracujące soboty sprawiające, że mam czasem jeden dzień wolnego w miesiącu mnie wykańczają. W robocie nie mogę się doczekać powrotu do domu, a jak już wrócę... to nie wiem, co robić, bo nic mi nie sprawia przyjemności. Ani gry, ani filmy, ani twórcze zajęcia, a im mniej powiem o czytaniu książek, tym lepiej.


To jest Ripley. Ripley jest mieszanką srokacza olbrzyma i baranka miniaturki, przez co ma jedno ucho na Maroko, a drugie na Kaukaz. Puchacz zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, mimo że jak Ripley dorośnie, to będzie pewnie ze dwa razy większa od niego. Teraz mam dwa puchostwory do pocieszania. Niestety, Ripley nie dość, że jest przebrzydłym szczochem i psują, to jeszcze jest sprytnym szczochem i psują i musiałam zbudować Alcatraz dla królików. Koniec z budzeniem się z nabzdyczonym Puchacidłem na piersi. :c

niedziela, 2 października 2016

Antyporadnik: Jak NIE robić zbroi na cosplay

Pisałam jakiś czas temu, że chcę zrobić cosplay mojej postaci z Amberu. No więc prace w tym kierunku ruszyły, w sumie to kostium jest już na wykończeniu, poza zorganizowaniem sensownego miecza (kupiłam jeden, treningowy, ale okazał się być, kurde, dwuręczny i prawie tak wielki jak ja, i nie mam jak go zainstalować przy pasie) i tuniką, którą zamówiłam w Płaszczu i Sukni ponad miesiąc temu, ale uparcie mnie ignorują i nie odpowiadają na moje uprzejme ponaglenia, mimo że widzę, że je czytają, EKHEM, EKHEM. Główny problem nastręczał napierśnik. Na początku nosiłam się z zamiarem zamówienia stalowego, żeby był ładny i w ogóle, ale doszłam jednak do wniosku, że pff, robiłam już całą zbroję z pianki EVA, więc sam napierśnik nie powinien być wiele trudniejszy od tego, no i jestem już bogatsza o tamto doświadczenie. Co może się nie udać?

Dużo.

W formie pseudo-antyporadnika przedstawię wam cały proces twórczy. Enjoy!

Komedia w X krokach:
Winifreda robi napierśnik z pianki EVA

Na początek potrzebna jest forma. W tym celu należy szczelnie owinąć Winifredę folią spożywczą, a następnie obkleić szarą taśmą. Specjalnie założyła gruby stanik z push-upem, a cyc i tak wyszedł płaski. Oh well, pomyślała Winifreda, jak będę formować piankę na gorąco, cyc i tak zrobi się większy. Aby coś z tego cyrku wyszło, należy przeglądając się w lustrze, markerem nakreślić kontur napierśnika, zrobić to na tyle szybko, by nie zemdleć z niedotlenienia, a następnie rozciąć formę i się z niej wydostać (nie uszkadzając pięknego, nowego stanika).


Trochę mierzenia, trochę nieudolnych prób zachowania symetrii i włala - pattern gotowy do wycięcia. Pytanie do pro-cosplayowiczów: JAK wy to wycinacie z tej pianki nożem do papieru?! Jak ja próbuję, to tnę wszędzie, tylko nie wzdłuż linii!


Co to jest? Jak tego używać? Czy powinien z tego lecieć siwy dym? D:
Po całym dniu szukania odpowiedniego przedmiotu, na którym mogłabym uformować piankę tak, by nadać jej wypukłość na cycki, doszłam do wniosku, że najlepsze w tym celu będą moje kolana. Podmuchać z opalarki, poczekać, aż pianka będzie gorąca, mocno naciągać na kolanach, powtarzać do usranej śmierci lub do uzyskania w miarę zadowalającego efektu ("w miarę" to w tym przypadku słowo-klucz).

Ten klej jest polecany do klejenia nim pianki EVA. Okazało się, że ssie pałę. Albo nie umiem go używać, na jedno wychodzi. Wracam do Kropelki.

Tu zdałam sobie sprawę, że koncertowo spieprzyłam - piankę trzeba naciągać, by wszystko się zmieściło tam, gdzie powinno, bo jak nie... to skończysz z dziurami w cycach i trzeba będzie wszystko rozrywać.

Na tym etapie straciłam pewność, czy to, co odrywam sobie z palców to wciąż Kropelka czy już moja skóra. Ale katastrofa względnie naprawiona, więc dobrze jest.

No, to robimy przymiarkę ozdobnych pierdolników. :3 Zapowiada się całkiem, całkiem... Ciekawe, co spieprzę w następnej kolejności.

Tu zdałam sobie sprawę, że używanie pisaka do rysowania konturów na piance to ZŁY pomysł.


Wszystko przyklejone i nawet jackalope ma nosek. :3 Powinnam była skorzystać z ostatniej okazji i jeszcze uformować te-te dynksy, co na ramiona idą, żeby bardziej przylegały do ciała, ale dupa, teraz będą piać.

Kolejnym krokiem jest pokrycie wszystkiego kilkoma warstwami wikolu, żeby powierzchnia była ładna, gładka i lśniąca. Jak mi to wyszło - widać na powyższym obrazku... Oczywiście musiałam zacząć od przedniej części i tam pierwsza warstwa wyszła mi idealnie, ale każda kolejna - coraz gorzej i nijak nie byłam w stanie tego naprawić. Przy części plecowej stwierdziłam "fuck it" i nałożyłam tylko jedną warstwę. 
Tu prace stanęły na jakieś trzy tygodnie, bo okazało się, że kupiłam nie farbę w sprayu, tylko jakiś lakier i to na dokładkę gówniany i w odpustowym kolorze, o czym poinformowali mnie dobrzy ludzie z grupy cosplayowej na fejsie. Okazało się, że kupienie tego, o co mi chodzi, graniczy, kurde, z cudem - w najbliższych budowlanych tylko ten szajs, co go kupiłam i NIC więcej. Więęęc musiałam poczekać, aż nadarzy się okazja, by pojechać do Łodzi... Nie bez trudu, udało mi się kupić srebrny spray tej samej firmy, której mam lakier samochodowy (podobno trzeba kupować specyfiki tej samej firmy, bo wtedy lepiej się trzymają). 40, kutfa, złotych za puszkę farby, chyba kogoś popitoliło.

Coraz bliżej święta... :3 Oczywiście, mimo że się starałam, jak mogłam, nie udało mi się zamaskować śladów pędzla przy malowaniu złotą farbą. Dżizas.

Ostatni krok: montowanie pasów, rzepów i takich tam. Cudem odnaleziony glue gun był zbawieniem, dzięki niemu wszystko się trzyma i nie sprawia wrażenia, jakby miało ochotę się rozlecieć, a szczerze mówiąc, miałam obawy, że tak właśnie będzie. No więc mnóstwo przyklejonych do zbroi włosów, kilka poparzeń i wiele bluzgów później...

NAILED IT.
Kinda. 
Sorta.
Wyglądam grubo.
Ale kurde, to jest ZBROJA, to ma zapewnić przeżycie, a nie miejsce na wybiegu.
Co nie?
Co nie...?

UFFF. No, więc idealnie toto nie wyszło, do doskonałości mu baaardzo daleko, ale i tak jestem zadowolona. Cosplay progress: 75%. :3 Do zobaczenia na Pyrkonie.

środa, 24 sierpnia 2016

Dziń dybry

Mało brakło, a miałabym bezwakacyjne wakacje, ale praktycznie na ostatnią chwilę udało się kupić bajlety na samolot i poszłaaam w pizdu, znaczy do siostry, znaczy do Anglii. Siostra ma zwyczaj przemieszczać się kłusem zapierdalającym, a ja jestem stateczny, powolny człek, który nie lubi się spieszyć i woli poczekać godzinę na następny pociąg niż zrobić sprint na peron, więc po pierwszym dniu latania po Londynie byłam prawie pewna, że mam zniszczone w nogach mięśnie, ścięgna i w ogóle wszystko. Okazało się, że nie (trochę szkoda, nie pogardziłabym małym L4), ale choć doświadczenie wyczerpujące, to bardzo pozytywne.

Miałam okazję zobaczyć:
- martwego szczura przy wiejskiej drodze,
- parę fajnych muzeów, w tym nauki, historii naturalnej, zabawek,
- dużo zabytków natury architektonicznej,
- piękny park przed pałacem Buckingham, pełen pelikanów, kaczków i gołębiów,
- Brick Lane, coś jak Piotrkowska w Łodzi, tylko że nie,
- Camden Town, omg, omg,
- Thorpe Park, czyli lunapark, moje największe marzenie od kiedy grzdylem będąc, zagrałam pierwszy raz w Rollercoaster Tycoon.

Na Brick Lane żłopałam te słynne szejki ze słoika, choć bez słoika, bo napięty grafik wymusił opcję "na wynos", ale za to cupcake posypany brokatem był pyyyyszny i szejk też był pyyyszny. W muzeum zabawek był strasznie creepy zabawkowy królik w kapuście, który wyglądał jak truchło, a także KOLCZYKI Z ŁEBKÓW KOLIBRÓW. D: Byłam przekonana, że London Dungeon to też muzeum, a tu wszędzie aktorzy, scenki, efekty specjalne i na dobre zakończenie - symulator wieszania na szubienicy, czyli... cholibka, jak to się nazywa? Takie toto, że siadasz, zapinasz pasy jak na kolejce górskiej i robisz JEBUDU dziesięć metrów w dół. W Thorpe Parku najbardziej mi się spodobał najstraszniejszy rollercoaster, jaki mają: Saw the Ride, tematycznie związany wiadomo z jakim filmem. Fanką filmów nie jestem, ale jazda była zajebista, mimo że nie byłam w stanie utrzymać głowy w pionie i potem mnie strasznie bolała. Powinni do siedzeń zamontować takie pasy na czoła, to by było super, nie dość, że klimaty filmowe, bo człek uwięziony, to jeszcze by się tak ŁEB NIE TELEPAŁ, EKHEM EKHEM. Byliśmy na niej dwa razy i mam kompromitujące zdjęcia, których tu nie pokażę. Na pamiątkę kupiłam se długopis wyglądający jak strzykawka pełna krwi i chciałam go używać w pracy - przychodni alergologicznej - ale jednak się boję, że mi ktoś ukradnie, tam ciągle wszyscy kradną długopisy, a ten jest zbyt fajny, żeby jakiś burak mi go ukradł. A w Camden Town wreszcie miałam okazję odwiedzić sklep, o zakupach w którym marzyłam od lat... CYBERDOG. Bogu Maszyno, jakie to miejsce jest epickie, wszędzie rzeźby androidów, manekiny wyglądają jak cyborgi, jest futurystycznie i kosmicznie, i omg omg. <3 Kupiłam sobie top z mechajaszczurką, błyszczącą się jak psu jajca i z elementami, które świecą w ultrafiolecie, ale nie będę mieć okazji do wystawiania się na ultrafiolet, więc wsio ryba. Gdybym miała więcej funduszy, wyniosłabym stamtąd pół asortymentu. No, ale co się odwlecze to nie uciecze...

Kiedyś postawię sobie taki w sypialni,
czy się to lubemu podoba czy nie.

No. A poza tym to jestem częściowo podekscytowana (tylko, bo w drugiej części masakrycznie zestresowana pracą, i jak jeszcze raz ktoś powie, jaka to ona fajna i luźna, to dostanie w łeb czymś obuchowym), bo BENDE ROBIĆ KOSPLEJ! Pierwszy raz od tak dawna, ojej. I to z udziałem pianki EVA, sryliardem tutoriali, z których nic nie będę rozumieć, palcami sklejonymi kropelką i w ogóle. Mam zamiar zrobić przebranie mojej postaci z Amberu, córki Gerarda (jeśli nie wiecie, co to Amber: MARSZ DO BIBLIOTEKI WYPOŻYCZYĆ JEDEN Z NAJLEPSZYCH CYKLI FANTASY EVER). Mam już miecz (który po dotarciu do mego domku okazał się być dwuręczny i prawie tak wielki jak ja, ups), pluszowego królika i gacie, tunikę w odpowiednim kolorze już zamówiłam w Płaszczu i Sukni, potrzebuję jeszcze sensownej pochwy na ten wielki mieczor, napierśnika, jakichś butów i wahom się, czy robić puklerz. I się tak nie mogę doczekać efektu końcowego, omg. <3

Sesje RPG to ostatnio jedyny powód, dla którego mam ochotę dotrwać do końca tygodnia. Staram się znaleźć lepszą pracę, ale wszelkie wysiłki spełzają na niczym. A jak przerwę staż z powodu innego od  "znalazłam normalną pracę" lub ewentualnie "umarłam", to diabli wezmą wszystkie moje przywileje z urzędu pracy. A jest źle, bardzo źle. Znaczy, praca sama w sobie zalicza się do, jak to określił luby, górnych poziomów dna, więc nie jest NAJGORZEJ na świecie, ale dla mnie to jest nie do zniesienia. Nie śpię po nocach nawet w weekendy i inne dni wolne, bo się non stop zamartwiam, co będzie następnym razem w robocie, stres mnie wykańcza i nie pomaga nic, ani leki, ani dobre rady. Tylko sesje są fajne. I zwierzaki. Ale to krótkotrwałe ukojenie.

Żeby nie kończyć pesymistycznym akcentem, porównanie Puchacza właściwego z Puchaczem kosplejowym:

Wstrętny potwór mi zeżarł słuchawki. :c Ale i tak go kocham. <3

czwartek, 19 maja 2016

Łobosz

Zabieram się do napisania tej notki już chyba dziesiąty raz. Czemu? Jakoś tak... odzwyczaiłam się od pisania. I nie bardzo mi się chce myśleć o tych wszystkich treściach, które chciałabym przenieść na... ee, klawiaturę. 

W każdym razie, dwie wiadomości. Dobra wiadomość: mam staż!


Zła wiadomość: nie w ZOO.




No, ale na bezrybiu i rak ryba, jak to mówią. Pracuję w przychodni alergologiczno-psychiatrycznej (fajne połączenie, tak czy inaczej w poczekalni siedzi ktoś zasmarkany [głupi żart, lol]) jako rejestratorka. Ja. Skrajny introwertyk z fobią odbierania telefonów. No, odbierać już się nauczyłam, ale jak mam gdzieś zadzwonić to nadal serducho wali, zbieram się do tego pół godziny i zapisuję sobie to, co chcę powiedzieć. W każdym razie, paradoksalnie, nie jest źle. Siedzę tam już drugi tydzień, większość najważniejszych dupereli ogarniam, ludzi umawiam, karty zakładam, jestem uprzejma do porzygu i takie tam. Ino tylko zapierdziel jest taki, że czasem nie mam czasu czegoś zjeść przez tych osiem godzin, bo ciągle ktoś przyłazi albo doopę zawraca przez telefon. Także ten. Jest ok. Ale w ZOO byłoby lepiej.

Znalezienie pracy to doskonały moment na uzależnienie się od jakiegoś MMORPGa, co nie? No więc Winifreda odkryła Skyforge'a - grę, w której wcielasz się w postać nieśmiertelnego i dążysz do osiągnięcia boskiej formy, walcząc z zagrożeniami stwarzanymi przez inwazje obcych sił na piękną, futurystyczną planetę Aelion. Jest tu wszystko, co kocham (poza companionami, ale ci mają się pojawić w czerwcu): technologia, miasto wyglądające jak Coruscant, maszyny, epickie zbroje, fantastyczne stwory do utłuczenia... A także możliwość zmiany klasy w dowolnym momencie, rozbudowany, ale nie przyprawiający o ból głowy system rozwoju postaci, częste eventy, brak przymusu szukania drużyny i możliwość grania solo i no po prostu sam miód. Tak mi się spodobał Skyforge, że bez wahania złamałam swoje śluby niewydawania pieniędzy na system abonamentowy w grach online (no co, zarabiam, wolno mi) i jeśli mi nie przejdzie, to dalej będę je łamać, bo ta gra jest ZAJEBISTA.

Oczywiście, spróbuj zrobić ładnego screena, to ci się robale zespawnią w kadrze.
Siedzę na... ee, hammerheadzie.
Mam wyznawców! Kłaniają mi się i fokle. :3
Wreszcie odblokowałam klasę kinetica, w evencie wygrałam zacną zbroję, teraz mogę szpanować. <3
*tańcu tańcu*

wtorek, 12 kwietnia 2016

Pyrkon i takie tam

Łobosz. Tak dawno nie byłam na żadnym konwencie (dawno = rok), że zapomniałam już, jakie to zajebiste. Niby w trakcie Pyrkonu tęskniłam za swoim czystym sedesem i łóżkiem, ale jak w niedzielę wieczorem wróciłam do domu i natychmiast świat zaczął mi zawracać głowę tymi wszystkimi przyziemnymi duperelami typu lekarz, recepta, urząd pracy et cetera, to byłam gotowa odwrócić się na pięcie i wrócić na konwent. Szkoda, że zastałabym tylko bałagan. *sigh*

W każdym razie: omg, było cudownie. Kij tam z kilometrowym kolejkonem do wszystkiego z kiblem włącznie, bawiłam się świetnie. Zbiłam lubego w pojedynku na miecze larpowe, spotkałam wielu znajomych, wydałam trochę mniej pieniędzy na znajdźki niż chciałam, ale za to poczyniłam dużo planów na wydanie ich w przyszłości, pograłam w to i owo i w ogóle zajebioza. Teraz żałuję, że tak mało zdjęć zrobiłam, bo nie mam czego do notki wrzucać, lol.

Przed konwentem często śniło mi się, że biorę udział w LARPie i podświadomie zaczęło mnie to kusić, ale jak przyszło co do czego, I noped. To wszystko wygląda kusząco, ale się boję jak ja pierdziu. Ograniczyłam się do sesji RyPyGy i też było zajebiście. Na sesji Soul Marketu, systemu lubego o demonach (o czym szerzej możecie poczytać tutaj), zrobiłam sobie postać będącą maksymalnie stereotypową disneyowską księżniczką. Po przemianie w anioła zrobiła się jeszcze piękniejsza niż była i zyskała moc zamieniania w kamień tych, którzy spojrzą jej w oczy. Niemożność spojrzenia w oczy ukochanemu lordowi Przystojniakowi? Czarna rozpacz. O mało nie zakończył przez księżniczkę Amber żywota. Jej bajka nie skończyła się za dobrze, choć całkiem heroicznie: została zmiażdżona przez ogromnego gryfa, którego zamieniła w kamień, gdy atakował miasto.W ogóle to system przeszedł sporo zmian od kiedy walnęłam mu reckę, już nie jest tak trudny od samego startu (chyba że się gra w hardcore mode, czyli ludźmi) i dzięki trybowi sezonowemu łatwiej zarabiać wyznawców. Niedługo luby założy odpowiednią stronę na fejsie, więc będę go tu namiętnie reklamować, hłe.

Wracając do konwentu... Udało mi się uciułać trochę piniondza i chciałam zacząć kompletować strój na przebranie Winifredy - mojej postaci z Amberu. Potrzebuję do tego: miecza (najlepiej piankowego, żeby bezkarnie bić ludzi po głowach), stalowych naramienników i, no, nacycnika (znalazłam już idealną artystkę z Ukrainy na Etsy), skórzanych karwaszy z odpowiednim wzorem, jakiegoś gorsetu, koszuli, butów, pasa z kaletkami i pluszowego białego królika. Niestety, na konwencie nie znalazłam nic odpowiedniego. Jakoś tak strasznie mało było sklepików z takimi właśnie rzeczami. Ale różnych innych pierdół było od groma i udało mi się upolować KUCYKOWĄ SPÓDNICZKĘ! <3

Na urodziny mama wykupiła dla mnie cały asortyment ciuchów z kucykami z Cropp Town, będą jak znalazł. <3

A tak z rzeczy kompletnie nieważnych, to udało mi się zdobyć staż. Będę pracować w rejestracji w przychodni i w międzyczasie spamować lecznice weterynaryjne, bo wiem na 100%, że gdzieniegdzie biorą do pracy techników w trakcie nauki. Także ten, hurra.

poniedziałek, 7 marca 2016

Zwirzoki!

Ozdrowiałam po jakimś kataro-grypsku i postanowiłam zrobić w końcu praktyki. Niby mam jeszcze czas, bo trzy semestry, ale skoro i tak na razie nie mam pracy ani nic innego do roboty, to na co tu czekać. To była jedna z tych zajebiście spontanicznych decyzji: wstałam, przy śniadaniu powiedziałam mamie "podrzuć mnie do lecznicy, to załatwię se praktyki" i po południu miałam już podpisane skierowanie.


Pomysł okazał się być bardziej niż dobry. Poszłam do zaprzyjaźnionej lecznicy, gdzie pracują dwie panie weterynarz i jedna techniczka. Od razu popadłam w zachwyt, bo patrząc po tym, co robimy w szkole, to nastawiają nas bardziej na robotę przy hodowli krów i kur, a tymczasem technik weterynarii ma też całkiem ważną rolę w działaniu zwykłej przychodni psio-kocio-zwierzątko-towarzyszącej. A jednocześnie nie są to zadania, które wydawałyby mi się zbyt trudne. Bo, powiem szczerze, że na bycie weterynarzem to ja się jednak za głupia czuję... Pomijając oczywisty fakt, że póki co to i tak mało co wiem w tej dziedzinie, ale po prostu nie czuję się na siłach, by być w stanie ogarnąć wszystko to, co musi wiedzieć weterynarz. Ale technik? Spoko! Dam radę i będzie mi się to podobać. Od wycierania kurzy, przez dbanie o sprzęt, po asystowanie przy badaniach i dbanie o zwierzaki w szpitalu. To chyba nawet fajniejsze niż ZOO. A na pewno lepiej płatne. I jest szansa na trochę luzu, jak ostatnio, kiedy przez cztery godziny nie było ani jednego pacjenta i dostałyśmy głupawki na zapleczu. "- Wąż kaszle i nie chce jeść, jaka diagnoza? - Może jest głodny?" <3 Od samego początku mam same najlepsze atrakcje, jak np. pies z ropniem koło odbytu, z którego ropa tryskała na cały gabinet (i to NIE jest wyolbrzymienie) albo wycięte guzy, które przez pół godziny pulsują na stoliku, przywodząc mi na myśl jakąś totalnie porytą, lovecraftowską historię. Jakby ktoś miał ochotę na codzienną porcję lecznicowych przygód, to przypominam o istnieniu tego funpaga.

Inny przełom nastąpił w życiu królika. Otóż... wykastrowałam smroda.
Nie osobiście, of kors. Jak przyszłam go odebrać z lecznicy, to się ucieszył na mój widok tak, że chciał z koszyka wyskoczyć, ale zaraz sobie przypomniał, że to ja go tam zostawiłam i strzelił dwudniowego focha. :D Ale już mu przeszło, znowu mnie kocha i się przymila rano. Poranki to ostatnio moja ulubiona pora dnia: budzę się zawsze na tyle wcześnie, że nawet jak muszę gdzieś wyjść, to mam jeszcze dużo czasu na leżenie i pachnięcie, a Puchacz nabzdycza mi się na piersi i ze mną śpi. <3 To nic, że codziennie rano wokół mojej głowy jest aureola z bobków, ważne, że mój kochany króliś się do mnie przymila, a ja mogę wtulić nos w jego puchate futerko. Czasem nawet mnie wyręcza i rozsiada mi się na obojczyku, tak że leżę z nosem w jego dupsku. Aww. :3

Jeśli jeszcze nie byliście na "Zwierzogrodzie", to zachrzaniajcie w podskokach, bo jest świetny. Piosenka Shakiry/Gazeli już nigdy mi nie wyjdzie z mózgu. Chcę na to pójść jeszcze raz!

Moim ulubionym youtuberem jest ostatnio Weasel - koleś gra z PAPUŻKĄ NA RAMIENIU, AAA! Ona jest taka słodka! Zazwyczaj siedzi odwrócona kuprem do kamery, ale czasem mu dokucza, dziobie w kabel i kwacze do mikrofonu, i to jest takie... aaaw! A poza papużką, pan Łasic też jest bardzo sympatyczny i fajnie komentuje. Ale główne wyrazy miłości idą w kierunku papuśki. <3

O, a tak wracając do edukacji weterynaryjnej, to skończyłam kurs na ratownika zwierząt, dostałam dyplom w dwóch językach i oficjalny papir i w ogóle. Umiem zrobić sztuczne oddychanie psu i kotu i takie tam. Yay! Pierwszy raz od czasów liceum udało mi się coś SKOŃCZYĆ. xD Brawo ja.

środa, 3 lutego 2016

Złamane serce i koniki

ZOO nie wydało zgody na mój staż, bo nie ma wolnych miejsc pracy. Ech... Nie będę się na ten temat rozpisywać, żeby nie rozsiewać negatywnych emocji, ale powiem, że jest mi po prostu bardzo, bardzo przykro.

*rzekła, zapłakana i zasmarkana tak, że ledwo widzi ekran*

Cóż... Na wolontariat nie ma co wracać (choć moje serducho się rwie i pragnie pędzić do ukochanych wężyków, jaszczurków i żab), bo sytuacja jest taka, że mówiąc ogólnie, nie byłoby to dla mnie dobre. Praktyki trza robić, do pracy iść, a na wolontariacie wymogi są takie, że pon-pt 7:30-15:30, więc odpada. Pozostaje się im od czasu do czasu przypominać i posłuchać rady Dory.


*sigh* :c

Przejdźmy do przyjemniejszego tematu: mojego nowego uzależnienia, którym jest Star Stable Online.

O grach w singleplayerze z tej serii pisałam tu już kiedyś (bosz, kiedy to było) w notce o końskich grach: Stajnia Marzeń Wiosna/Lato/Jesień/Zima. Oprócz nich, istnieją jeszcze cztery bardzo krótkie gry z serii Starshine Legacy, które opowiadają historię czterech niezwykłych dziewczyn i ich koni. Pojawiają się one w Star Stable Online jako ważne bohaterki głównego wątku fabularnego, uwzględniającego obecność złej korporacji, zgromadzenia druidów i legendy o Garnoku, śmiertelnym zagrożeniu dla wyspy Jorvik, na której dzieje się akcja. Bohaterka gracza bierze w tym całym cyrku udział na grzbiecie swojego wiernego konia.

No, czyli kolejne MMO na mojej liście, o tyle mi odpowiadające, że a) nie wymaga ŻADNEJ interakcji z innymi graczami, b) są tu fajne elementy fantasy, c) KONIKI!!! <3 Gra jest przeznaczona dla małych dziewczynek, więc jestem tam trochę taka stara krowa (i zgred na dokładkę, bo żeby mi nikt nie zawracał gitary zaproszeniami do klubów, wydałam 50 piniondzów waluty kupowanej za prawdziwe piniondze, by założyć własny klub, w którym będę sama i szczęśliwa), ale za to bardzo szczęśliwa stara krowa. Grać można do 5 poziomu za darmo, potem trzeba sypnąć forsą. Konto założyłam ładnych parę lat temu, ale dopiero w te święta uznałam, że chcę od Świętego Mikołaja subskrybcję lifetime (bo idea subskrybowania gier mnie potwornie mierzi, grr, ja lubię zapłacić raz i móc grać kiedy chcę, a nie się pierdzielić z jakimiś głupimi abonamentami. A najgorsze są takie, że płacisz kupę forsy za grę, a potem JESZCZE musisz opłacać abonament, żeby móc grać. Buahaha, fuck you).

Questy bywają nudne i irytujące, bo w 90% są to typowe "idź, pogadaj, znajdź, przynieś" przez całą mapę, a w pozostałych 10% - wyścigi. Co je ratuje, co komiczne i sympatyczne dialogi; misja z zakładaniem restauracji doprowadzała mnie do furii lataniem wte i nazad przez pół mapy, ale wszystko jej wybaczyłam, kiedy na końcu młody chłopak zobaczył brzydką, obmierzłą babę, z którą się w jego imieniu użerałam, i przy wtórze romantycznej muzyki, zakochał się w niej bez pamięci. No i główny wątek, skupiający się na druidach, czterech Jeźdźcach Dusz i korporacji Dark Core (lol) jest bardzo fajny.

Ale najważniejsze są kunie! Pełno kuni! Rasy pamiętające sam początek gry są szpetne jak czarna noc listopadowa, ale wszystkie najnowsze dzieci cotygodniowych aktualizacji: araby, shire'y, andaluzy, fryzy, tinkery... AAA, TAKIE PIĘKNE, KCEM JE SYSKIE! <3 Niestety, jak w prawdziwym życiu, kunie są drogie i pozostaje albo dłuuugo na nie zbierać (subskrybenci co sobotę otrzymują kieszonkowe w wysokości 100 Star Coins, a ceny koni mieszczą się w granicach 300-990 SC) albo po prostu zajumać rodzicom portfel i wydać ich ciężko zarobiony hajs. Chyba że się jest starą krową jak ja, to wtedy wydać swój hajs.

Mój pierwszy kupiony kuń: tinker Dragonborn. :3

Starshine, jeden z mistycznych kuni.

W ramach urozmaicenia rozgrywki, można w przeznaczonych do tego miejscach robić pikniki z przyjaciółmi, piec kiełbaski nad ogniskiem albo być hipsterem i siorbać shake'a waniliowego w kawiarni.

Questy bywają przedziwne (od tych jeży dostałam w nagrodę kasę), ale i przeurocze. NIUCH NIUCH!

Willow Bunnyknight i jej wierny kuń Dragonborn, gotowi do akcji!

Jak wspominałam, dialogi bywają zajebiste.

Dzisiejszy nabytek: morgan Silvermane. :3

wtorek, 5 stycznia 2016

Bla

Pierwszy kwartał 2015
Z grubsza dół i depresja spowodowana sesją i szybko ubywającą ilością czasu na napisanie licencjatu. Do egzaminu z socjologii podchodziłam trzy razy. Facet za każdym razem zadawał pytania z coraz głębszej dupy i kompletnie nie na temat, na końcu miałam ochotę się rozpłakać i spytać "JEŻU, CZŁOWIEKU, CZEGO TY ODE MNIE CHCESZ", ale on, ostentacyjnie załamawszy się moją niewiedzą na temat różnic między Detroit i Florydą w kontekście fabryki Forda i wygłosiwszy wróżbę, że gówno z tych studiów wyniosę (to akurat dobrze trafił), łaskawie postawił mi tróję. Dzięki niemu i promotorce-psychopatce odkryłam, jakiego typu wykładowców nienawidzę najbardziej: młodych i ambitnych. Takich, co uważają, że jak mają mgr przed nazwiskiem, to pozjadali wszystkie rozumy, są najlepsi na świecie, a studenci powinni im buty lizać i za każdą pozytywną ocenę bić czołem o podłogę. A przy tym są zwyczajnymi chamami, którym słoma z lśniących pantofelków wyłazi.

Drugi kwartał 2015
Promotorka oznajmiła, że nie dopuści mnie do obrony. Z jakiegoś powodu, zamiast się załamać jak to mam w zwyczaju, uznałam, że... no właśnie. Walić to, olać, i tak tu nigdy nie pasowałam. Że rezygnuję w ostatnim semestrze? Walić to! Że szkoda tylu lat nauki? Walić to! Że licencjat niby uratowałby moje życie zawodowe? Walić, walić, walić po tysiąckroć i gówno prawda. Postanowiłam się przekwalifikować i co mnie najbardziej zdziwiło, to nikt specjalnie w tej sprawie nie protestował i wszyscy wspierali moje nowe plany. Huh.

Trzeci kwartał 2015

ZOO WOLONTARIAT ŻYJĄTKA WĘŻYKI KAMELEONKI GEKONKI WARANKI LEGWANKI ŻABKI PATYCZACZKI NAWET CHOLERNE PAJĄCZKI WSZYSTKIE MOJE WSZYSTKIE KOCHAM ZABIORĘ DO DOMKU I BĘDĘ TULAĆ NO MOŻE POZA PAJĄCZKAMI ODKRYŁAM SWOJE PRAWDZIWE POWOŁANIE GDYBYM BYŁA KUCYKIEM TO BY MI WŁAŚNIE WYRÓSŁ TATUAŻ NA TYŁKU MIŁOŚĆ SERDUSZKA SENS ŻYCIA

Plany na 2016
  1. Tatuaż. Nie ma takiej opcji, że nie. Już wybrałam artystkę i prawie wymyśliłam wzór, teraz tylko zbieram kasę.
  2. Dostać się na staż w ZOO. Koniecznie. Najlepiej w wiwarium, ale każdy dział będę kochać.
  3. Nie oblać semestru na tech-wecie, bo będzie siara. Ale lubię się tych przedmiotów uczyć, więc nie przewiduję porażki.
  4. Pójść na praktyki do lecznicy i NIE ZEMDLEĆ NAD ROZBEBESZONYM PSEM. Chyba tu o tym nie pisałam... Na zajęciach z anatomii kroiliśmy świńskie płuca i jako jedyna z grupy zemdlałam. Ja jebię. Całe życie oglądałam operacje na Animal Planet, martwe ptaki z flakami na wierzchu gołymi rękami znoszę z ulicy, kurde, w wiwarium KROIŁAM MAŁE MYSZKI NA KAWAŁKI dla młodych węży, i co? I jajco. Usprawiedliwiam się tym, że w laboratorium było naprawdę duszno i tłoczno, ale i tak się czuję głupio i boję się, że to się powtórzy. :C
  5. Machnąć jakiś fajny cosplay. Najlepiej starwarsowy. 

A propos Star Warsów: byliśmy na "Przebudzeniu Mocy" dwa razy. Bardzo fajne. BB-8 jest boski (a właśnie, ankieta: w scenie naprawiania przez Rey wycieku gazu na Sokole Millenium, czy zapalniczka była droidzim odpowiednikiem kciuka w górę czy środkowego palca? Ja myślę, że tego drugiego, ale luby twierdzi, że nie).  Kylo Ren z początku mi się nieprzyjemnie z kimś kojarzył, ale im więcej uroczych memów z nim oglądam, tym bardziej go lubię. Największe rozczarowanie filmu: Kapitan Phasma. Nie zrobiła kompletnie nic, a na końcu wyszła na nieporadną kretynkę. Mam nadzieję, że później rozwiną tą postać. A, i jeszcze Snoke to głupie imię. Ale Finn i Rey byli super. Choć głównie to BB-8 był super. <3

No, to ten, fajnego nowego roku życzę. :3