poniedziałek, 7 marca 2016

Zwirzoki!

Ozdrowiałam po jakimś kataro-grypsku i postanowiłam zrobić w końcu praktyki. Niby mam jeszcze czas, bo trzy semestry, ale skoro i tak na razie nie mam pracy ani nic innego do roboty, to na co tu czekać. To była jedna z tych zajebiście spontanicznych decyzji: wstałam, przy śniadaniu powiedziałam mamie "podrzuć mnie do lecznicy, to załatwię se praktyki" i po południu miałam już podpisane skierowanie.


Pomysł okazał się być bardziej niż dobry. Poszłam do zaprzyjaźnionej lecznicy, gdzie pracują dwie panie weterynarz i jedna techniczka. Od razu popadłam w zachwyt, bo patrząc po tym, co robimy w szkole, to nastawiają nas bardziej na robotę przy hodowli krów i kur, a tymczasem technik weterynarii ma też całkiem ważną rolę w działaniu zwykłej przychodni psio-kocio-zwierzątko-towarzyszącej. A jednocześnie nie są to zadania, które wydawałyby mi się zbyt trudne. Bo, powiem szczerze, że na bycie weterynarzem to ja się jednak za głupia czuję... Pomijając oczywisty fakt, że póki co to i tak mało co wiem w tej dziedzinie, ale po prostu nie czuję się na siłach, by być w stanie ogarnąć wszystko to, co musi wiedzieć weterynarz. Ale technik? Spoko! Dam radę i będzie mi się to podobać. Od wycierania kurzy, przez dbanie o sprzęt, po asystowanie przy badaniach i dbanie o zwierzaki w szpitalu. To chyba nawet fajniejsze niż ZOO. A na pewno lepiej płatne. I jest szansa na trochę luzu, jak ostatnio, kiedy przez cztery godziny nie było ani jednego pacjenta i dostałyśmy głupawki na zapleczu. "- Wąż kaszle i nie chce jeść, jaka diagnoza? - Może jest głodny?" <3 Od samego początku mam same najlepsze atrakcje, jak np. pies z ropniem koło odbytu, z którego ropa tryskała na cały gabinet (i to NIE jest wyolbrzymienie) albo wycięte guzy, które przez pół godziny pulsują na stoliku, przywodząc mi na myśl jakąś totalnie porytą, lovecraftowską historię. Jakby ktoś miał ochotę na codzienną porcję lecznicowych przygód, to przypominam o istnieniu tego funpaga.

Inny przełom nastąpił w życiu królika. Otóż... wykastrowałam smroda.
Nie osobiście, of kors. Jak przyszłam go odebrać z lecznicy, to się ucieszył na mój widok tak, że chciał z koszyka wyskoczyć, ale zaraz sobie przypomniał, że to ja go tam zostawiłam i strzelił dwudniowego focha. :D Ale już mu przeszło, znowu mnie kocha i się przymila rano. Poranki to ostatnio moja ulubiona pora dnia: budzę się zawsze na tyle wcześnie, że nawet jak muszę gdzieś wyjść, to mam jeszcze dużo czasu na leżenie i pachnięcie, a Puchacz nabzdycza mi się na piersi i ze mną śpi. <3 To nic, że codziennie rano wokół mojej głowy jest aureola z bobków, ważne, że mój kochany króliś się do mnie przymila, a ja mogę wtulić nos w jego puchate futerko. Czasem nawet mnie wyręcza i rozsiada mi się na obojczyku, tak że leżę z nosem w jego dupsku. Aww. :3

Jeśli jeszcze nie byliście na "Zwierzogrodzie", to zachrzaniajcie w podskokach, bo jest świetny. Piosenka Shakiry/Gazeli już nigdy mi nie wyjdzie z mózgu. Chcę na to pójść jeszcze raz!

Moim ulubionym youtuberem jest ostatnio Weasel - koleś gra z PAPUŻKĄ NA RAMIENIU, AAA! Ona jest taka słodka! Zazwyczaj siedzi odwrócona kuprem do kamery, ale czasem mu dokucza, dziobie w kabel i kwacze do mikrofonu, i to jest takie... aaaw! A poza papużką, pan Łasic też jest bardzo sympatyczny i fajnie komentuje. Ale główne wyrazy miłości idą w kierunku papuśki. <3

O, a tak wracając do edukacji weterynaryjnej, to skończyłam kurs na ratownika zwierząt, dostałam dyplom w dwóch językach i oficjalny papir i w ogóle. Umiem zrobić sztuczne oddychanie psu i kotu i takie tam. Yay! Pierwszy raz od czasów liceum udało mi się coś SKOŃCZYĆ. xD Brawo ja.