czwartek, 2 lutego 2017

Machnę coś po łacinie i nikt się nie jorgnie, czyli analiza "Poczekajki" okiem miłośnika zwierząt, część 1/2

Myśl o napisaniu takiej analizy chodziła mi po głowie już od dłuższego czasu, tak naprawdę to od kiedy pierwszy raz przeczytałam gniota, jakim jest „Poczekajka” Katarzyny Michalak AKA aŁtorkasi. Brednie na temat zwierząt, jakie w nim wypisywała, doprowadzały mnie do białej gorączki. Wprawiało to w stupor tym większy, że Michalak chwali się swoim wykształceniem weterynaryjnym...

Postanowiłam w końcu przysiąść nad tym tekstem właśnie pod tym kątem: okołoweterynaryjnym. Przy czym z góry informuję: nie jestem lekarzem, dopiero kończę szkołę policealną na kierunku technik weterynarii. Zdarzyło mi się za to odbyć wolontariat w ogrodzie zoologicznym, a ponieważ główna bohaterka podejmuje w takowym pracę, z pomocą posiadanej wiedzy, literatury i wujka Google myślę, że jestem w stanie spuścić tej książce srogi łomot.

Nie ma sensu, bym analizowała całą książkę od deski do deski – tego dokonała już na swoim blogu Królowa Matka, więc jeśli nie znacie fabuły „Poczekajki”, polecam najpierw zapoznać się z jej nierenalizą” w trzech częściach. Ja tymczasem skupię się tylko na fragmentach bezpośrednio dotyczących zwierząt.

Enjoy!



Patrycja w rewanżu nakupowała ptasich mleczek — paniom w prezencie i sobie na śniadanioobiadokolację, bo zrobiło się nieco późno, gdy ruszyła w drogę powrotną do Poczekajki. Po drodze opędzlowała połowę pudełka, drugą połową dzieląc się z przygodnie spotkanymi kawkami. Mijająca Patrycję kobieta na rowerze prychnęła: „Tym miastowym to się we łbie przewraca. Do czego to podobne, żeby wrony czekoladą karmić!”. Patrycja uśmiechnęła się, zmieszana, a potem, gdy kobieta zniknęła za zakrętem, z tym większą przyjemnością rzucała kawkom kawałki czekoladek.
Czekolada jest silnie trująca dla ptaków. Zawarta w niej teobromina powoduje u nich biegunkę i wymioty, uszkodzenie centralnego układu nerwowego i śmierć. Oczywiście, im bardziej „mleczna” czekolada (to jest z mniejszą zawartością właściwego kakao), tym mniejsze szanse zatrucia, jednakże ptaki są małymi stworzeniami i ilość czekolady, po której pies czy kot by się co najwyżej oblizały, ptaka może zabić. Praktykująca pani weterynarz powinna DOSKONALE zdawać sobie sprawę, że karmienie jakichkolwiek zwierząt czekoladą może się skończyć tragicznie.

Mówi ksiądz Plama, opowiadający Patrysi o tym, czym się zajmuje.
— Żyrafę Matyldę. W naszym zoo. Ja zootechnikę też kończyłem i kierownikiem hodowli w zamojskim zoo jestem — dodał, jakby to wszystko tłumaczyło. — Ten konował, co był ostatnio — miesiąc na szczęście — nie wiedział, co Matyldzie zaaplikować, a mnie to na niewydolność serca wygląda, więc jej naparstnicy podrzucam.
Więc w zoo leczeniem zwierząt zajmuje się ksiądz, który kiedyś tam zootechnikę (która mało ma wspólnego z weterynarią) kończył i żyrafie, która wydaje mu się, że ma niewydolność serca, aplikuje naparstnicę. Roślinę ozdobną, z grubsza trującą, choć, jak wiadomo, lekarstwo od trucizny różni się tylko dawką. Nie znam się na ziołach, ale po szybkim researchu dowiedziałam się następujących faktów:
naparstnica jest jedną z najbardziej niebezpiecznych roślin leczniczych,
– jest wykorzystywana do leczenia nerwic i niewydolności serca, ale niewłaściwa dawka może bardzo łatwo zabić – poprzez zatrzymanie akcji serca,
– leki z naparstnicy są dostępne wyłącznie na receptę,
z uwagi na wysoką toksyczność unika się jej stosowania w ziołolecznictwie,
– do leczenia wykorzystuje się wysuszone, sproszkowane liście.
W tekście nie pojawia się informacja, w jakiej formie ksiunc „podrzuca” nieszczęsnej żyrafie zielsko, więc czytelnik musi wierzyć na słowo, że nie luzem, świeżo zerwane, jako napar podawany per rectum albo jeszcze inaczej. I jak wylicza odpowiednią dawkę? Obchodzi go w ogóle taki drobiazg, czy wali do oporu licząc na to, że egzotyczne zwierzę się nie przekręci? I po czym właściwie stwierdza, że to, co dolega żyrafie, to akurat niewydolność serca, po czym mu to „wygląda”? Zbadał jej krew, zrobił EKG, osłuchał chociaż, czy po prostu stanął, popatrzył i wydał osąd? Niewydolność serca, bez żadnych badań, łatwo pomylić z czymś innym, pierwsze objawy są mało jednoznaczne: mała ruchliwość, senność, szybkie męczenie się, kaszel, biegunka... Ach, po grzyb szukać weterynarza-specjalisty od zwierząt egzotycznych, ksiunc mówi, że niewydolność serca, to niewydolność serca, niech sobie ładuje w żyrafę trującą roślinę na kilogramy! I ktoś taki jeszcze ma jeszcze czelność wyzywać innych od konowałów?

Praca w zoo była dla niej szczytem marzeń. Szczytem tak odległym, że nawet głośno się do tego marzenia nie przyznawała. Przerzucała w klinice pieski, kotki i chomiki, ale tak naprawdę chciała leczyć zebry z niewydolnością.
No, to zaraz zobaczycie, w jaki sposób Patrysia wykorzystuje swoje nadzwyczajne umiejętności i jak się bierze do „leczenia” egzotycznych zwierząt...

Westchnęła. Była dziewczyną. Żaden normalny zoodyrektor nie zatrudni baby w roli lekarza.
W mojej grupie na techniku weterynarii na początku roku było około dwadzieścia dziewczyn i dwóch facetów, teraz został jeden. Gdzie nie pójdę do lecznicy, tam widzę 90% kobiet; mężczyzn-weterynarzy, których spotkałam przez całe życie, mogłabym wyliczyć na palcach jednej dłoni. Jak byłam na wolontariacie w zoo, do chorego węża (wielkiego boa madagaskarskiego [przepiękna dziewczynka <3]) przyszły dwie kobiety i jeden facet – nie wiem, kto z nich był lekarzem, a kto tech-wetem. Tak więc uwaga wzięta z bardzo głębokiej dupy, mentalność sprzed ładnych kilku dekad.

Po pierwszym zaskoczeniu [dyrektor zoo] zaproponował Patrycji herbatę i wciągnął dziewczynę w niezobowiązującą pogawędkę o ogrodach zoologiczych. Podczas owej ,,niezobowiązującej" wyciągnął z rozmówczyni wszystko, co chciał wiedzieć o jej dotychczasowym doświadczeniu lekarskoweterynaryjnym (całkiem sporym, jak na młody wiek, bowiem zaczęła praktykować jeszcze przed studiami w zaprzyjaźnionej lecznicy)
To nie jest absolutnie nic, co czyniłoby z Patrysi osobę wyjątkową. WSZYSCY lekarze weterynarii (i technicy zresztą też) muszą odbyć wiele godzin praktyk (technik – 160h, lekarz, wg informatora Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu – 560h!!!), nie tylko w lecznicy, ale też w takich przyjemnych miejscach, jak ferma inseminacyjna i rzeźnia. Ba, nawet zdobycie pracy na tym etapie nie jest niczym nadzwyczajnym – przynajmniej tak jest z technikami, ale podejrzewam, że i studenci weterynarii mogą liczyć na jakiś etacik. Oczywiście, student nie będzie mógł robić wiele więcej od wykonywania rozkazów lekarza, bo nie ma uprawnień, ale nawet zatrudniony jako recepcjonista albo „pracownik techniczny” może się uczyć i zdobywać cenne doświadczenie.
[EDIT] Cenny komentarz od Spilled, studentki weterynarii! :)
Teraz pozwalanie studentom na praktykowanie jako pomoc w zakładzie jest możliwe tylko pod warunkiem podpisania umowy o praktyki (oficjalnie, nieoficjalnie i tak chodzimy do zaprzyjaźnionych lecznic, ale grożą im za to konsekwencje ze strony izby lekarsko-weterynaryjnej). Nie ma możliwości zatrudnienia studenta na etat, to jest nielegalne już bardzo. Chyba, że na etat sprzątacza ;)
Nie mam pojęcia jak wygląda wg autorki praktyka jeszcze przed studiami - chyba stojąc pod ścianą i niczego nie dotykając, zezwolenie na zrobienie zastrzyku chociażby to znowu łamanie prawa. Wiadomo, że przepisy nie zawsze są przestrzeganie, ale na chłopski rozum - masz swój gabinet, sygnowany własnym nazwiskiem i wpuszczasz byle gówniarę z liceum, żeby poćwiczyła iniekcje na Twoich pacjentach? Akurat będziesz miała pecha, w tym miejscu zrobi się ropień i w najlepszym wypadku stracisz klienta a w najgorszym prawo do wykonywania zawodu. Nawet przy założeniu, że ćwiczyła w gabinecie tatusia to raczej nie powinna tego wpisywać do CV ;)


oraz zoologiczno-weterynaryjnym (zerowym, jeśli nie liczyć wycieczek do zoo w charakterze zwiedzającej).
— Dużo czytałam — zapewniła Dyrektora żarliwie, bo bardzo pragnęła zostać tu już na zawsze, to znaczy nie w jego gabinecie, ale w Ogrodzie. — Czytałam o leczeniu gadów. I świnek morskich!
Niech ten cytat i fakt, że po takim tekście Patrysia DOSTAŁA pracę głównego (i jedynego) lekarza weterynarii w ogrodzie zoologicznym, mówią same za siebie...

— To dobrze — pokiwał głową — mamy tu sporo świnek morskich.
W pierwszej chwili myślała, że z niej kpi, ale nie — był śmiertelnie poważny. No, może nie tak śmiertelnie; w oczach miał uśmiech.
— Na karmę — wyjaśnił, nim zdążyła się stropić. — Dla gadów.
Primo: na wolontariacie w zoo byłam w wiwarium, czyli, wiecie, domku dla gadów. Wszystkie były karmione myszami, szczurami, kurczakami, rybami, większe gatunki mogłyby dostawać króliki martwe, bo to jest raz, że bezpieczniejsze dla gadów (ofiara drapieżnika, mimo że jest ofiarą, też może się bronić i poważnie go zranić), dwa – bardziej humanitarne dla tak zwanej „karmówki”. Nasze zoo zamawiało już martwe, mrożone, ale wiem, że gdzieniegdzie zwierzęta są humanitarnie zabijane na miejscu. Za to w życiu nie słyszałam o hodowaniu świnek morskich na karmę dla gadów, na pewno nie w zoo. Z szybkiego googla wynika, że to się zdarza, ale szczury, kurczaczki i króliki są o wiele tańsze i bardziej dostępne.
Secundo: och jejku, biedna Patrysia, ona tu przyszła leczyć zebry i pantery, a oni ją tu głupimi, nudnymi świnkami morskimi straszą. Notabene: też zwierzętami egzotycznymi (ciekawostka: królik w weterynarii też uchodzi za zwierzę egzotyczne!).

— Chyba nie boi się pani węży? — Dyrektor zajrzał ciekawie w pociemniałe źrenice dziewczyny i sięgnął do terrarium stojącego w rogu gabinetu.
— Nie, no skąd! - odparła, pilnując, by głos jej nie zadrżał. W życiu nie miała w rękach węża i wcale nie pragnęla mieć. To zimne, oślizgłe... nagle znalazło się na kolanach Patrycji. Dzielnie powstrzymała okrzyk zgrozy i odruch ucieczki.
Dziwne, że NIGDY do tej pory pani weterynarz nie zdobyła nigdzie wiedzy o tym, że węże nie są „oślizgłe”. Skóra gadów, w przeciwieństwie do płazów, nie wytwarza śluzu. To nie jest wiedza tajemna, dostępna wyłącznie na studiach i kursach specjalistycznych. To wiedza na poziomie podstawówki. To znaczy, że łgała jak z nut, kiedy mówiła, że dużo czytała o leczeniu gadów.

Decyzje zostały podjęte i wprowadzone w życie w tempie natychmiastowym. Z gabinetu Dyrektora wypadła, dzierżąc w dłoniach umowę na okres próbny.
I ona tam tak poleciała na rozmowę o pracę, bez żadnego umówienia się z dyrektorem, prosto ze szpitala, żadnego CV, świadectwa pracy... której jeszcze nawet nie rzuciła. Więc umowa w nowej pracy już podpisana, a poprzednia co? Jeszcze nawet nie poinformowała szefa o swoich planach i tak naprawdę nie dostajemy żadnej informacji na ten temat. Zobaczymy ją jeszcze tylko, jak melduje o wszystkim matce, ale stopy nie postawi w swoim dotychczasowym miejscu pracy. Równie dobrze możemy uznać, że po prostu przestała tam przychodzić i nikt się tym faktem nie zainteresował (mimo że została określona jako „wiceszefowa”).

Hanka przerywała manicure, znaczyło, że jest naprawdę poruszona.
— I co ty tam będziesz robiła? W bierki grała?
Patrycja posłała przyjaciółce pełne urazy spojrzenie.
— Nie wiem, czy pamiętasz, ale jestem lekarzem weterynarii i to całkiem niezłym.
Wrzucam to w ramach „cytatu, który później mocno ugryzie tę teorię w dupę”.

— Och — Patrycja machnęła niefrasobliwie ręką — bizon to jak większy pies, tygrys jak kot, a anakonda — tu opuściła ją wena twórcza — anakonda... no... jak chomik, tyle że bez łap.

Mały offtop od tematów okołozwierzęcych...
— Zamordują cię w tym lesie albo, co gorsza, zgwałcą — sapnęła Hanka, ale już bez przekonania.  Patrycja tylko się uśmiechnęła. Doprawdy, priorytety Hanki bywały mało zrozumiałe.
No bo gwałt to samo dobro, jak Michalak przekonuje w swoich powieściach. W jednej książce zua antagonistka została porwana i wielokrotnie zgwałcona, i to ją wyleczyło z bycia podłą suką (nie pamiętam, która to była książka, ale prawie na pewno czytałam o tym na blogu Królowej Matki), a w takim „Ferrinie” rozpisywała się na temat tego, jak to Gabriela (córka głównej bohaterki) z jednego wymiaru jest o tyle gorsza od Gabrieli z innego wymiaru, która została zgwałcona przez własnego ojca, Sellinarisa, bo ta pierwsza tego nie doświadczyła i nie zahartowało to jej duszy. Zresztą, macie cytat, smacznego. Za zarzygane biurka nie odpowiadam.

„Wychowana w czasach pokoju i dobrobytu, otoczona miłością i opieką, nie zaznała cierpienia ani gwałtu, który zahartowałby serce i umysł dziewczyny, a teraz kobiety. Rozpieszczana przez matkę i Karina, darzona chłodną miłością, ale jednak miłością Sellinarisa, otoczona uwielbieniem poddanych, którzy pamiętali w niej wybawicielkę ze słynnej Smoczej Przepowiedni była... nijaka.
Może w poprzednim życiu, gdy faktycznie ocaliła Ferrin przed smokami, miała charakter i osobowość wiedźmy - tego Sirden, sprowadzony tu z innego Wymiaru, nie mógł wiedzieć, znał tylko opowieści - te jednak wytrawił ogień smoczych płuc, lanorscy gwałciciele i mordercy z Przeklętej Wyspy, wreszcie - skutecznie jak nikt inny - sam Sellinaris.
K. Michalak „Pani Ferrinu

— Kompromitacja? O czym ty mówisz?! Nie wyjeżdżam do Irlandii na zmywak! Będę jednym z nielicznych specjalistów...
— ...w zoo — dokończyła matka jadowitym tonem.
Pff... wy wiecie, jakie wymagania musi spełniać opiekun zwierząt, tak zwany zookeeper, i jakie za to dostaje pieniądze człowiek w takim wrocławskim zoo? To już od jakiegoś czasu nie jest robota dla byle ciecia z pośredniaka (choć nie wszędzie jeszcze płaca jest równie światowa). A co dopiero lekarz weterynarii specjalizujący się w egzotycznych gatunkach! Toż to prestiż na całą Polskę!
To znaczy dla takiego weta, który faktycznie ma wiedzę na ten temat, a nie konowała pokroju Patrysi...

Patrysia spędza pierwszą noc w swojej świeżo zakupionej ruderze.
Przytuliła głowę do poduszki, gotowa wypełnić trzy Zet, zamknęła oczy i... czyjeś ciche, szybkie kroki po dachu sprawiły, że usiadła z wrażenia. (...) Znów! Jakby nad ich głowami przebiegł krasnoludek! Rany boskie, czyżby mieli tu krasnoludki? A może to włamywacz liliput? Liliput gwałciciel?! (...)
Patrycja siedziała do świta ze wzrokiem utkwionym w pociemniałym ze starości suficie, jedną dłonią zaciśniętą na zgasłej świecy, drugą na pogrzebaczu, mamrocząc: „Dwa staje się ilością, a trzynaście jedenaście", czy coś równie bezsensownego, a małe, bose stopki tupały i tupały...
Nawet największa idiotka świata, całe życie mieszkająca w penthousie w centrum metropolii, zwierzątka oglądająca tylko w kolorowych czasopismach, po przeprowadzce na wieś domyśliłaby się, że to jakieś polno-leśne żyjątko wesoło popitala po strychu, a nie, cholera jasna, LILIPUT GWAŁCICIEL. Nawet małe dziecko nie byłoby tak głupie. Zdaje się, że okazuje się później, że to kuna, ale serio, jak Bory Tucholskie kocham... Myszy. Szczury. Kot sąsiada. Ptaszek z rannym skrzydełkiem. NAPRAWDĘ nie przyszło jej do głowy, że to któreś z nich mogło spowodować hałas? Pani weterynarz?! I zamiast olać i poczekać z interwencją do rana, ze strachu nie może zmrużyć oka?! SERIO?!
Ja wiem, że to miał być Element Komiczny, tylko że on wcale, kurwa, śmieszny nie jest!

Wąż to taka rurka pusta w środku, przemknęło jej przez myśl.
Noż kuźwa, rzeczywiście...
Gdybym była weterynarzem piszącym książkę o innym weterynarzu... prędzej bym umarła z zażenowania, niż pozwoliła sobie wciskać takie myśli do głowy bohaterki. Spędziłabym na researchu więcej czasu niż potrzeba, byleby tylko nie napisać debilizmów. Ale aŁtorkasi takie pierdoły nie stoją na drodze do bycia pisarkom bestseleruf...

Gdy tylko przekroczyła próg gadziarni i stanęła jak urzeczona przed pierwszym z pacjentów, usłyszała od Kierownika krótkie:
— Nie je.
Po pierwsze: czemu każdy pracownik zoo jest opisywany wielką literą?! To doprowadza mnie do szału niemal tak, jak aŁtorzy i aŁtoreczki opek „fantasty” piszący nazwy ras typu elf, krasnolud czy niziołek wielkimi literami!
Secundo: pozwolę sobie na anegdotkę. :D Jak robiłam praktyki w lecznicy, zdarzył się wyjątkowo nudny dzień, kiedy przez cztery bite godziny nie przyszedł żaden pacjent, i wszystkie byłyśmy zaspane, wynudzone jak mopsy i rozkojarzone. Przyszedł do mnie sms od lubego i mówię do dziewczyn:
– Ej, wąż nie chce jeść, podajcie diagnozę.
– Może jest głodny...?
:)

— Od pół roku nie je — sprecyzowała opiekunka. Ramiona same Patrycji opadły. Właściwie to wszystko jej opadło.
— To jak on żyje?! — zdziwiła się zdziwieniem czysto ludzkim, a nie lekarskim. — Karmimy go na siłę — wyjaśnił Kierownik — ale wolałbym, żeby sam zaczął jeść.
Lekarz weterynarii, twierdzący, że dużo czytał o chorobach gadów, który dziwi się, że wąż nie je i żyje...
No to spieszę z wyjaśnieniami: węże mogą nie jeść bardzo długo. Nawet pół roku, choć tak długi okres źle się odbije na ich zdrowiu i kondycji. Na tym polega ich tryb życia: zeżrą całą mysz/szczura/kurę/sarenkę, trawią ją jakiś czas i potem są syte na kilka tygodni, zależnie od gatunku i wielkości. WETERYNARZ, nawet bez specjalizacji, powinien o tym wiedzieć. A jak nie wie, to nikt nie powinien mu dawać chorego węża do ręki!

— No, facet — zmrużyła zielone oczy, patrząc na węża — albo ja, albo ty.
Pyton (Kierownik chyba też) znienawidził mnie od pierwszego wejrzenia. A ja — między Bogiem a prawdą — wcale mu się nie dziwię. Od pół roku, co parę dni łapano go za łeb, wyciągano z miło ogrzanej klatki, ciskano na zimną kamienną podłogę i zaczynano się znęcać na wszelkie możliwe sposoby. Na dzień dobry sondowanie żołądka z podaniem leku o konsystencji i barwie biegunki (o smaku się nie wypowiem, bo nie próbowałam). Potem kilka zastrzyków. Tak od serca. A co jeden to boleśniejszy. Na do widzenia pobranie wymazów z najróżniejszych otworów cielesnych. Sama bym siebie na miejscu pytona znienawidziła...
Ja wiem, że ten fragment ma na celu zdyskredytować dotychczasowego lekarza i pokazać, jaka to Patrysia nie jest mądra i bystra, ale omg. Co parę dni sondowanie żołądka? Bolesne zastrzyki (czyli, jak mniemam, drażniące, a nie bolące tylko dlatego że igłą podawane)? Wymazy? Co parę dni? Ok, więc wunsz miał robione badania o wiele częściej niż potrzeba. Czy coś z tych badań wynika? Sondowania i wymazu nie robi się ot tak, żeby zwierzątko pomęczyć, to ma na celu sprawdzenie, czy coś jest nie tak w pobranym materiale, czy wszystko wygląda, jak należy. Nikt nie pokazał Patrysi wyników tych badań? Skoro były robione od pół roku co kilka dni, te papiery muszą się walać po całym ogrodzie!
I jeszcze... Pyton był wyciągany z miło ogrzanej KLATKI?! Gady się trzyma w TERRARIACH! Ze SZKLANYMI szybami! Albo z pleksi, nieważne, ale NIE W KLATKACH!!! Pomijając kwestię utrzymania odpowiedniej temperatury i wilgotności, o możliwości UCIECZKI nie wspominając, weźcie to na chłopski rozum: wąż w zoo, w klatce, i małe dziecko pchające paluchy do środka... Zajebisty pomysł! No po prostu genialny! Nic dziwnego, że wąż od pół roku nie je, jak przebywa w skrajnie nieodpowiednich warunkach i jest chronicznie zestresowany!

Po chwili jednak otrząsnęła się i pochyliła nad pytonem. Trzymany przez trzech pielęgniarzy i opiekunkę zwisał smętnie pół metra nad ziemią.
Nie pielęgniarzy, tylko techników weterynarii. No chyba że zoo zatrudnia ludzkich pielęgniarzy do pomocy weterynaryjnej...
Poza tym, wąż, który trzymany przez ludzi „zwisa smętnie”, a nie się wije i próbuje wydostać, to martwy wąż.

Nowo mianowana pani doktor pochyliła się z ciekawością nad rozwartą paszczą. Zawsze myślała, że wąż to taka rurka pusta w środku, a tu proszę: ma i tchawicę, i przełyk. Całkiem podobny do rozciągniętego na parę metrów jamnika, któremu odjęło łapy. Ciekawe, jak się toto leczy...
Jeżu drogi, zabijcie ją, póki ona nie zabiła całego inwentarza zoo.

Pyton zebrał się w sobie i wystrzelił jak sprężyna, za nic mając uwieszonych u jego ciała trzech mężczyzn.
Że ona jest kretynką to rozumiem, ale że trzech ludzi od lat pracujących przy gadach, trzymających tego biednego węża do szeregu badań, które miał co parę dni, nie wiedziało, że trzeba go trzymać tuż za łbem, to mi się w głowie nie mieści. Bo żeby wąż mógł „zebrać się w sobie i wystrzelić jak sprężyna”, to musi mieć możliwość wygiąć szyję w tą charakterystyczną eskę, czyli przybrać postawę agresywną. Gdyby ktoś go trzymał jak trzeba, nie miałby takiej możliwości. No chyba że by się wyrwał, ale nie ma o tym ani słowa.

Celował w moją dłoń i nie wierzę, że brał ją za świnkę morską (kurczę, nie mam tak owłosionych dłoni). Nie. On brał ją za to, czym była. I miał szczere chęci pożreć mnie w całości, od tej ręki poczynając.
Węże zaczynają połykać ofiarę, zaczynając od głowy. Pomijając niektóre kretyny, które wolą od dupy strony. ;D
Bajdełej: tak, narracja w tym fragmencie sobie przeskakuje od pierwszoosobowej do trzecioosobowej, bo czemu by nie.

Do teraz nie wiem, jakim cudem zdążyłam cofnąć dłoń.
Właśnie dlatego do badania przytomnych drapieżników używa się narzędzi. Nawet Steve Irwin nie pakował wężom gołych paluchów do paszczy. Żeby otworzyć pysk wielkiego pytona (swoją drogą, dokładnej nazwy gatunku nie dane nam poznać), dobrze by było mieć grube rękawice i coś do rozwarcia paszczy, np duże metalowe pęsety – właśnie tak wyposażeni byli lekarze, którzy przyszli podać tej ogromnej boa lek do pyska, kiedy byłam na wolontariacie.

No i w końcu nie dowiadujemy się, jakie leczenie zastosowała wielka pani dochtór Patrysia, specjalistka od egzotycznych zwierząt. Za to poznajemy innych pacjentów...

— Jakby to był kot, to miałby coś więcej niż ogon — mruknęła, pochylona nad Księgą leczenia zwierząt, do której usiłowała wpisać pierwszych pacjentów: pytona, makaka z czymś dziwnym na tyłku
Z czym dziwnym? Odleżynami? Ropniem? O to, jak próbuje tajemnicze „coś” wyleczyć, nawet nie będę pytać...

— Hej tam! — Czyjś głos, dobiegający z podwórka, odwrócił uwagę Fachowca od przybijania piątki. — Zamawiał ktosik krowę z dostawą do domu?
Rany Boskie! Jaka krowa?! przemknęło Patrycji przez myśl. Wypadła przed dom. Wprawdzie wspomniała Dziadkowi, że chętnie napiłaby się co rano mleka prosto od krowy, bo Sklepikowa nadal była obrażona, ale to była ot, taka uwaga, rzucona mimochodem, a nie żadna samospełniająca się przepowiednia!
Owa przepowiednia stała teraz uwiązana do płotu, żując w zamyśleniu pąki pnących róż, i patrzyła na Patrycję przepastnymi oczyma rasowej dżersejki. Wyglądała wypisz wymaluj jak krówka z kreskówki Disneya. Beżowa, długorzęsa, sarniooka. Czy takim oczom można odmówić? Wprawdzie cena, jaką zaśpiewał sobie hodowca rodowodowej żywizny, przyprawiła Patrycję po raz drugi tego dnia o palpitację serca, wprawdzie nie bardzo było gdzie nowej mieszkanki ulokować, bo stareńka obora groziła wzorem Chatki zawaleniem, a w kuchni letniej we trzy mieszkać nie będą, mimo to Patrycja nie oparła się pokusie posiadania — nie wiadomo tylko, czy mleka, czy krowy.
Okej, po kolei.
Patrysia, faktycznie, wyznała dziadowi, że chciałaby „krówkę mleczną”. Dobry sąsiad zatem przysłał do niej rodowodową jerseykę, wartą co najmniej dobrych 5 tysięcy, mimo że dobrze wie, jak wygląda sytuacja finansowa kretynki. Czyli źle.
Krówka, żeby mogła dawać mleko, musi regularnie rodzić cielaczki. Rozumiem, że z braku buhaja, Patrysia będzie regularnie bulić sąsiadom za możliwość pokrycia? Ależ skąd! W powieści jej nowy nabytek daje mleko jak maszyna do kawy stojąca na uniwerku, bez byka, bez cielaka, ot, taka to zajebista krowa.
Nawet nie chce mi się wypowiadać na temat tego, jak skrajną nieodpowiedzialnością wykazuje się ta słodka idiotka, przygarniając KROWĘ, doskonale zdając sobie sprawę, że nie może jej zapewnić podstawowych warunków bytowych, to jest:
– schronienia przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi,
– pożywienia (Patrysia mieszka w ruderze w środku lasu, nie ma tu żadnej łąki, żadnej trawy, a na siano, pasze etc jej zwyczajnie nie stać),
– zabiegów pielęgnacyjnych (korekcja racic, środki dezynfekujące do wymion – wszystko kosztuje!),
– ruchu (ogrodzenia nie ma, ino chałupa i las, więc co, luzem po lesie ją będzie puszczać?),
– opieki weterynaryjnej... W czasie praktyk może i widziała krowę, może nawet jakiejś dotknęła, ale przypomnijcie sobie, jak ona leczy JAKIEKOLWIEK zwierzęta. Poza tym, znów, to wszystko kosztuje, a Patrysia nie ma na wyłączność pełnego wyposażenia gabinetu weterynaryjnego.
Poza tym, oczywiście, to nie mogła być bardziej wydajna mlecznie holsztyńsko-fryzyjska, musiała być najpiękniejsza krówka na świecie jerseyka...
[EDIT] Parę osób przypomniało mi o kilku sprawach. Primo: krowa mogła się niedawno wycielić, więc w takim wypadku mogłaby dawać mleko jeszcze przez kilka miesięcy. Secundo: niekoniecznie buhaj, bo istnieje jeszcze inseminacja. Tertio, co mi samej przyszło do głowy: Patrysia równie dobrze mogła próbować doić zasuszoną krowę, nie mając o tym zielonego pojęcia. ;)

Krowa zjada Patrysi telefon, haha, Boże, jak śmiesznie.

Patrycja dała sobie spokój z odreagowywaniem i zajęła się rozpakowywaniem nowiutkiej akumulatorowej dojarki.

Kretynizmów ciąg dalszy... Raz, że kolejny wydatek rzędu kilku tysięcy złotych (najtańszy aparat na Allegro, używany: 1000zł), dwa... po kiego pioruna jej dojarka dla JEDNEJ krowy? No po kiego?! Nie wspominając o tym, że dla krowy, która, z braku cieląt, w życiu by mleka nie dała, ale cóż, najwyraźniej się bez sensu czepiam!?

Włączyła dojarkę, sprawdziła ssanie i zręcznie — tak jak ją uczono na zajęciach z mleka — podłączyła zwierzę do urządzenia.
Krowa stała spokojnie, czekając widać na odpowiednią chwilę. Ten pozorny spokój uśpił czujność Patrycji i w tym właśnie momencie... Zwierzę wierzgnęło w bok, trafiając swą panią w kolano, i wyprysnęło na podwórze, ciągnąc za sobą warczącą cicho i groźnie dojarkę. Tłumek wydał kolejne „Ooooch", dżersejka zaś runęła przez uchyloną furtkę prosto w las.
Właśnie dlatego skrajnie nieodpowiedzialni ludzie powinni się trzymać z daleka od zwierząt. Bo to nie był wypadek losowy, który mógł się zdarzyć każdemu: kretynka doskonale zdaje sobie sprawę, że nie ma gdzie i jak dobrze trzymać krowy, a mimo to upycha biedne zwierzę do obory grożącej zawaleniem i nawet nie zadbała o jakiś uwiąz, o zamknięciu furtki czy zorganizowaniu porządnego ogrodzenia czy nawet głupiego pastucha nie wspominając.

W almanachu na temat weterynarii zoologicznej dobrnęła właśnie do rozdziału o małpiatkach, a ten temat interesował ją bardzo — od tygodni leczyła sparaliżowaną małpkę, używając więcej magii niż leków, bo na niedowład nóżek prędzej cud pomoże niż medycyna konwencjonalna.
Ani słowa o badaniach przeprowadzonych przez nieomylną panią doktor: jakieś RTG, nic... Dupa, jak spojrzenie na zwierzaka nie pomaga, to już tylko magia pozostaje.

Teraz też sparaliżowana pigmejka leżała na piasku wyściełającym dno klatki i pogryzała kawałek winogrona.
Owoce utytłały się w piasku, małpka je zjadła, zapchała sobie piachem jelita i zdechła, the end.
Zwierzę na obserwacji powinno mieć podłoże z czegoś, co a) łatwo uprzątnąć, b) można na nim zaobserwować wygląd wydzielin, c) NIE POGORSZY JEGO STANU.

— Co ona taka cicha? — indagowała Aga. — Zwykle, gdy ciebie widzi, to nawet my na gadach słyszymy.
— Dzisiaj jest dzień fizjoterapii. Wiesz: masaż erotyczny i solarium.
Żarty o zoofilii są takie śmieszne...

— Dobra. Rezygnuję. Niosę ci żółwia na sekcję. — Pomachała Patrycji przed nosem torbą, której zawartość woniała podejrzanie. — I pytona na cesarkę. — Podniosła ramię, na którym zwinięty był wąż.
Patrycja spojrzała z odrazą na śmierdzącą coraz bardziej reklamówkę.
— Żółw: zwyrodnienie tłuszczowe wątroby.
Aga się roześmiała.
— Jasnowidz jakaś czy co?
— Nie, Agatko — odparła słodko Patrycja. — Każdy żółw, którego zwłoki mi przynosisz, ma otłuszczoną wątrobę, bo je przekarmiacie.
I co, nikt z tym nic nie zrobił? Regularnie znoszą jej do gabinetu martwe żółwie i nie podjęto ŻADNYCH kroków, by żadne więcej nie umierały? Ten dialog brzmi tak, jakby Patrysia pierwszy raz powiedziała na głos, co jest przyczyną zgonów, więc... co, do tej pory machała ręką z myślą „zdechło to zdechło, na uj drążyć temat”? Nie zarządziła żadnych zmian w diecie ani nic? *przeklina długo i szpetnie*
Poza tym, z tego, co udało mi się wyczytać, żeby żółw nabawił się śmiertelnego otłuszczenia wątroby, musiałby być nie tyle przekarmiany, co karmiony czymś, czego jeść nie powinien. Np mięsożerny żółw musiałby mieć dietę złożoną w 90% z owoców. NIKT w całym wiwarium nie zainteresował się, jaka dieta jest odpowiednia dla poszczególnych gatunków?!

A tego kroić nie będę, bo pływa.
— To wodny żółw. Musi pływać.
— Źle się wyraziłam: on w środku pływa, jest w stanie płynnego rozkładu. Przyniosłaś mi żółwia w płynie. A ja uprzedzałam, że przyjmuję tylko świeże trupy. Nie będę go kroić.
Och, jaka mimoza, nie zrobi sekcji zwierzęcia, bo brzydko pachnie... Słuchaj, ty tępa pindo, to jest twój ZASRANY OBOWIĄZEK, choćby i miało się pięćdziesiąty raz okazać, że przyczyna zgonu jest taka sama, jak przy poprzednich czterdziestu dziewięciu. Jesteś WETERYNARZEM, nie ma, że boli. Moja poprzednia szefowa opowiadała, jak musiała zrobić sekcję zwłok dzików, które od tygodnia gniły w stawie, żadnej taryfy ulgowej nie było. Tak więc zakasuj rękawy i DO ROBOTY.

— A co z nią? — wskazała pytonkę.
— Jajek znieść nie może — właściwie to dobrze, po cholerę nam następne pokolenie pytonów? — ale męczy się biedaczka.
W ogrodach zoologicznych istnieje coś takiego, jak wymiana zwierząt. Jeden ogród da drugiemu pytony, a tamten w zamian – żaby. Albo sprzedadzą te pytony/żaby. Taki jest między innymi cel ogrodów zoologicznych, zwłaszcza w przypadku zwierząt zagrożonych wyginięciem. Narodziny to zawsze jest powód do radości i nikt nie stęka, że łojeeezu, znowu aksolotle się rozmnożyły, co my z tym tałatajstwem zrobimy, nie ma gdzie tego upchać... Nie wspominając o tym, że MOGĄ i MUSZĄ kontrolować, które zwierzę zaciąży i żeby przypadkiem nie ze swoim rodzeństwem albo rodzicem.
Poza tym, ta laska tak sobie łazi po ogrodzie z tą pytonką w bolesnym połogu, narażając ją na stres i urazy...

Ciekawostka dla zainteresowanych: filmik z cięciem cesarskim przeprowadzonym na wunszu.

Kolejny offtop:
— To taka tam grafomania...
— Skąd wiesz? Wydawca ci odrzucił?
Patrycja się roześmiała.
— Wydawca? Nikomu tego nie posyłałam! Polonistka w liceum powiedziała, że jestem grafomanką. Nigdy z żadnego wypracowania nie dostałam więcej niż trzy z minusem. 
A to akurat jest święta prawda i fakt wyjęty wprost z życia aŁtorki, o którym lubi wspominać w kontekście „ha! pokazałam jej, podłej hejterce, niszczycielce marzeń!”. I w świetle tego zaczynam odczuwać silny niepokój o pacjentów Michalakowej, kiedy jeszcze była weterynarzem...

— Wiem, o czym mówisz... — Aga pokiwała głową, zawijając zszytą pytonkę w bawełniany koc, by wężowi po operacji było cieplej. Wyszły przed ambulatorium
Inkubator...? Nic...? Fragment każe nam myśleć, że po prostu zawinęły nieprzytomnego węża w kocyk i zostawiły tak na stole... podczas gdy zwierzęcia pod narkozą NIE WOLNO zostawiać bez zabezpieczenia/poza zamknięciem ani na sekundę.
Poza tym, ja rozumiem, że dla każdego jest pierwszy raz, ale operacja na wężu, na gadach w ogóle, to nie jest takie hop siup. Skąd Patrysia wiedziała, jaka jest odpowiednia dawka narkozy? Podała ją iniekcyjnie czy wziewnie? Jeśli to pierwsze, poniosła spore ryzyko, bo gady źle znoszą narkozę i wziewna jest o niebo bezpieczniejsza. Nie umierała ze stresu, że zwierzę się nie wybudzi i zostanie pociągnięta do odpowiedzialności? Nie bała się kroić zwierzęcia, co do którego jeszcze parę dni wcześniej była przekonana, że jest rurką pustą w środku?!

— Przyprowadziłem zgubę — rzekł miękko, wskazując Wiedźmę, która za wszelką cenę usiłowała zagarnąć jęzorem cholewę jego buta.
— Moja krowa — skonstatowała Patrycja niezbyt mądrze
Więc krowa uciekła i Szalenie Odpowiedzialna Patrysia pozwoliła jej się włóczyć po lesie i wsi cały dzień, kiedy ona była w pracy, i ani pół myśli nie poświęciła drogiej, rodowodowej krowie, która mogła w tym czasie zrobić sobie krzywdę na tysiąc sposobów. Mój były hodował krowy, jedna z nich padła, bo chciała się napić wody z rowu; wpadła, nie mogła się wydostać i się utopiła – W PŁYTKIM ROWIE MELIORACYJNYM. Jak widać, o wypadek szalenie łatwo, nawet przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności. A ta idiotka nie podjęła ŻADNYCH. To cud, że to zwierzę jeszcze żyje albo ktoś go nie ukradł.

— Mam do ciebie prośbę. — Dziadek zignorował te pozory niechęci.
— Już ja znam te twoje prośby — mruknął Holender w odpowiedzi. — Mam uratować kolejną chabetę. Zgadłem? wiesz, ile mnie kosztuje utrzymanie tych bydlaków?
— Daj spokój, Gabrielu, przecież ty je kochasz.
Jakby się kto pytał, to Gabriel ostatnio był opisywany jako największy miłośnik koni na świecie, i vice versa: konie były największymi miłośnikami Gabriela, słuchały się go, wpatrzone z wyrazem bezbrzeżnej miłości na pyskach, bla bla... No, to właśnie wyłazi z niego ta cała „miłość”.
Ale przynajmniej wydaje się być bardziej odpowiedzialny od Patrysi, która na pewno bezzwłocznie by przygarnęła konika, mimo że jej na to nie stać ani nie ma warunków, ale tylko rasowego... ups, spoiler.

Samych kobr gnieździ się na zapleczu siedemdziesiąt sześć sztuk (po cholerę nam tyle kobr?) i nie wiadomo, co z nimi zrobić — żadne normalne zoo tego badziewia nie chce od nas wziąć nawet za dopłatą, bo żeby mieć kobry czy inne jadowite, trzeba mieć w zanadrzu i surowicę przeciwko ich jadowi, a surowica pochłania miliony złotych. No,setki. I trzeba je wszystkie karmić, sprzątać i w ogóle, a spróbuj włożyć rękę do klatki z siedemdziesięcioma sześcioma kobrami.
KLATKA Z SIEDEMDZIESIĘCIOMA KOBRAMI.
*wstała, wyszła na dwór, wsadziła głowę w hałdę śniegu, wróciła, usiadła*
Ok, już jestem spokojna.
Gratulacje dla opiekunów, że trzymali razem samce i samice i dopuścili do tak masakrycznego rozmnożenia. To i fakt, że teraz efekty tego działania są trzymane w jednej *głęboki wdech* klatce to poważne znęcanie się nad zwierzętami. Te węże, stłoczone w małej *głęboki wdech* klatce, nie dość, że srają na siebie, to pewnie jeszcze zagryzają się nawzajem, może nawet zjadają – bo w takiej kupie ciężko zapanować nad tym, który osobnik dostał myszę, a który nie, nie wspominając o agresji wynikającej ze stresu w związku z przebywaniem w takich warunkach. Właśnie dlatego na zapleczu obowiązuje zasada: samce osobno, samice osobno, i w większości przypadków: KAŻDY WĄŻ OSOBNO. 
Nie wspominając o tym, że kobry wsadzone do *głeboki wdech* klatki NATYCHMIAST by z niej pouciekały. Więc gdyby ta książka miała cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, zoo zostałoby pociągnięte do odpowiedzialności za niedopilnowanie 76 jadowitych węży, które dały dyla i stanowią zagrożenie dla lokalnej fauny i ludności.

Ten-Którego... [kierownik herpetarium] jest zatem na każdym moim obchodzie i podważa każdą diagnozę, opinię tudzież ordynację leków.
No pojąć nie mogę, dlaczego!

— Nie je od kilku dni — zagaiła Aga.
— Nooo... — mruknęła Patrycja, dogłębnie badając żółwia oczyma przez ową szybę.
— Zdechnie, jak nie zacznie jeść.
— Nooo...
— Sama też bym przestała żreć i zdechła, gdybym miała pływać w takich zlewkach.
— No? — Pani doktor nagle się ożywiła. Każde światełko w tunelu, które rozjaśniłoby pomroczność jej umysłu, było cenne i pożądane. Każda wskazówka mogła poprowadzić do zwycięstwa. — Co masz na myśli, mówiąc „zlewki"?
— To żółwie akwarium jest strasznie duże, jak widzisz. Wymiana wody na czystą, dosalanie jej, odpienianie i tak dalej kosztowałoby majątek, więc przy okazji wymiany w akwariach morskich, zlewamy ją z tamtych akwariów do karetty, a w nich wymieniamy na nową. I mamy połowę kosztów z głowy.
— A żółw karettuje w zlewkach i właśnie ogłosił strajk głodowy — podsumowała Patrycja.
— Nooo...
*bezradnie wali łbem w blat*
Zoo, które dopuszcza się takich zaniedbań, w trymiga wypełniłoby się obrońcami zwierząt, dziennikarzami Polsatu i inspektorami weterynaryjnymi, a głównym hashtagiem na ich fanpejdżu byłby #tematdlauwagi. Oczywiście, akcja się dzieje w czasach prefacebookowych, ale i bez mediów społecznościowych taki ogród zoologiczny nie postałby długo. Ale to jeszcze nic... patrzcie na reakcję Wielkiej i Najmądrzejszej na Świecie Pani Doktor.

Ha! Miałam rozpoznanie: zatrucie czymśtam (żeby ładnie wyglądało nagryzmoliłam coś po łacinie, tylko nieczytelnie).
A lekarz weterynarii, który obejmie stanowisko po tym, jak tą debilkę w końcu wyleją, zajrzy do księgi leczenia i zobaczy diagnozę: „ciężkie zatrucie stabat mater dolorosa”...
Więc tak: nie wie, czy zwierzę faktycznie się czymś zatruło, dowiedziała się tylko, że pływa w zlewkach z innych akwariów. Nie zrobiła żadnych badań, tylko popatrzyła na niego przez szybkę. Mimo to, wpisała w księdze leczenia, że przyczyną jest zatrucie, ale ponieważ nie wiedziała czym, wpisała bzdury po łacinie, bo przecież to wieś, tu ludzie głupi, łaciny nie znają, nikt się nie jorgnie!

W zaleceniach dla gadziarni wpisałam: wymieniać wodę na CZYSTĄ (tu podwójne podkreślenie).
I zaczęło się piekło.
Najpierw wezwał mnie na dywanik Ten-Którego-Nikt-Nie-Lubi, by zapytać, czy wiem, co piszę, na jakie koszty narażam jego dział, i czy rzeczywiście zbadałam pacjenta na tyle dokładnie, by ordynować takie zalecenia.
O ile złość kierownika o podniesienie kosztów przez – zgrozo! – zapewnienie zwierzęciu PRAWIDŁOWYCH i niezagrażających jego zdrowiu warunków do życia jest faktycznie głupia, o tyle oskarżanie Patrysi o brak jakichkolwiek badań – jest bardzo, ale to bardzo uzasadnione... Kto wie, może zna łacinę?

koszty mnie nie interesują, tylko zdrowie powierzonych mi zwierząt, a pacjenta zbadałam dokładnie, naocznie i przez szybę.

I środki finansowe na odsalanie, czy tam dosalanie, zostały skądś wytrzaśnięte.
A Patrysia-kretynka nigdy się nie zainteresowała, czy gatunek, który leczy, jest słodko- czy słonowodny...

Dziewczyna, wyglądająca raczej na uczennicę liceum niż panią doktor, nucąc miłym dla ucha, dźwięcznym głosem Ląly, aj mister ląly, mydliła... krowę. Dżersejka, znana w całej okolicy z podłego charakteru, stała nad podziw spokojnie, wsłuchana — tak jak teraz i on — w aj hew nołbady ooł majn oooooołn. Dookoła unosił się zapach truskawkowej piany.
Używanie ludzkich szamponów – zwłaszcza takich mocno zapachowych i z innymi udziwnieniami – dla zwierząt może się skończyć łojotokiem, infekcjami skóry, alergią, swędzeniem...

Sięgnęła po różową butelkę. Ręka trafiła na nicość. Krowa zaś spojrzała na właścicielkę wielkimi zdziwionymi oczyma. Z nozdrza zwierzęcia uniosła się banka mydlana. A potem druga.
— Wiedźmo, jesteś debilką — oznajmiła uroczyście Patrycja.
Słodka na pierwszy rzut oka dżersejka okazała się upiorem, z satysfakcją pożerającym wszystko, co niejadalne (telefon komórkowy: sztuk 2; trzepaczka druciana: pół sztuki — sama rączka; kalosze: sztuk 3 — jak na razie; sznur do bielizny: 3 metry + spinacze: ilość nieodgadniona).
I jaka była reakcja Patrysi na to wszystko? Widzieliśmy tylko scenkę zjedzenia telefonu, pani doktor nie zareagowała WCALE. Od tamtej pory krowa zeżarła wszystko powyższe, ale nie dowiadujemy się, czy nastąpiły próby wydobycia z jej wnętrzności tych skarbów. Choćby DRUCIANEJ TRZEPACZKI, która może krowie poprzebijać narządy wewnętrzne!!!

Patrycja pobiegła do kuchni, sięgnęła na półkę z lekami po jakiś odpieniacz
Jakiś odpieniacz. Bo krowa puszcza bąbelki nosem, więc dostanie „jakiś odpieniacz”, no logiczne przecież, no.
Z opisu wynika, że krowa wchłonęła całą butelkę szamponu. Grozi jej zatem zatkanie przewodu pokarmowego, plastikowa butelka jest spora i soki żołądkowe sobie z nią nie poradzą (jeśli butelka w ogóle do nich dotrze, a nie zatrzyma się w połowie przełyku). Nie wspominając o samym szamponie. Wygooglałam skład losowego szamponu truskawkowego dla dzieci (takiego użyła Patrysia):
– dietanoloamid, silne działanie alergenne, niebezpieczny dla kobiet w ciąży,
– kokamidopropylobetaina, może przesuszać skórę wrażliwą,
– lecytyna, zagęstnik,
– substancje zapachowe, alergenne, mogą być silnie drażniące i toksyczne,
– bronopol, substancja silnie uczulająca, może uwalniać formaldehyd, przez co działać toksycznie i rakotwórczo, nie jest zalecany w kosmetykach dla dzieci (no popatrzcie, a w takim właśnie się znajduje!), niebezpieczny dla kobiet w ciąży,
– alkohol lanolinowy, uczulający,
– kwas cytrynowy, drażniący.
Oczywiście, stężenie wszystkich powyższych składników jest bezpieczne dla ludzi przy stosowaniu na skórę... ale obawiam się, że zwierzę, które wydudliło całą butelkę szamponu, mogłoby dostać co najmniej niezłej sraki, o innych konsekwencjach (np wzdęciu żwacza, dość niebezpiecznym zjawisku) nie wspominając.

Ale zaraz wzięła się w garść i dzielnie pozwoliła się wsadzić bokiem na grzbiet Ofira. Łukasz usiadł za dziewczyną objął ją w pasie i mocno przycisnął do siebie. Cmoknął na zwierzę, a ono ruszyło żwawym stępem.
Dwóch dorosłych ludzi na koniu rasy arabskiej. Araby to raczej filigranowe konie, góra 155cm w kłębie, wykorzystywane głównie w skokach, ujeżdżeniu, wyścigach... Wsadzenie na takiego dwóch dorosłych osób, z czego jedna to rosły, dobrze umięśniony facet, i zmuszanie go do jazdy w terenie, podchodzi pod znęcanie się nad zwierzętami.
[EDIT] O użytkowym wykorzystaniu arabów przepisałam na szybko info z wiki i nie zagłębiałam się w temat, ale jedna z Czytelniczek zwróciła uwagę na fakt, że do skoków i ujeżdżenia to jednak nie bardzo. ;) #kajamsię






I to na razie tyle. Miałam plan rozprawić się z całą książką na raz, ale okazało się, że debilizmów jest tu więcej, niż mi się wydawało i raz, że anal robi się za długi, dwa: od takiego stężenia głupoty trzeba odpocząć. Ciąg dalszy zapewne w przyszłym tygodniu. Stay tuned!

 

63 komentarze:

  1. Winkyyyyy!! Wróciłaś, tęskniłam za Twoimi analizami <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Oesu, oesu... Nie będąc młodą lekarką, ani weterynarzem, dostaję palpitacji od tych kilku fragmentów. Rasowa krowa zżera przedmioty a weterynarz ma to w nosie, haha... żarcik. Co ałtorka tej ksiażki ma w głowie??? Przy każdej recenzji się nad tym zastanawiam. Ciekawe, czy ona czasem czyta te recenzje i coś myśli?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja pierdolę. Fragmenty z ałtorkasi językowo nie powalają (między Bogiem a prawdą, serio, redakcjo? chociaż tam pewnie było co robić...), ale to, że takie kretynizmy pisze ktoś, kto jest dyplomowanym lekarzem weterynarii, powinno skutkować odebraniem mu tytułu - bo może serio szkodzić, nawet jeśli to fikcja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już szukałam, gdzie tu się lajkuje komentarze

      Usuń
  4. To była taka dobra i merytoryczna analiza. <3
    Ach, gdyby tak głównej bohaterce książki się zachorowało i ktoś zaproponował jej leczenie taką terapią z dupy wziętą *rozmarza się*

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie mam żadnego wykształcenia weterynaryjnego, ale lubię zwierzęta i te kretynizmy mnie dobijają... Porównać bizona do psa? Do krowy to bym jeszcze zrozumiała. To było straszne i z niecierpliwością czekam na drugą część :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Boli straszliwie, że taka osoba pisze książki. Dzięki za analizę, podczas czytania dostawałam drgawek z nerwów...

    OdpowiedzUsuń
  7. O, jakie fajne, jak przeczytam, będę szerować^^

    " Ja zootechnikę też kończyłem i kierownikiem hodowli w zamojskim zoo jestem "
    Mam przeczucie, ze autorkasia nie odróżnia zootechnika od technika weterynarii...

    "Żaden normalny zoodyrektor nie zatrudni baby w roli lekarza."
    Ja tu jednakowoż widzę tylko podkreślanie (kretyńskie co prawda), jakim to nasza bohaterka jest jedynym takim płatkiem śniegu, że jednak ją przyjęli. (Acz śmiem twierdzić, że po wsiach rzeczywiście większośc wetów to jednak panowie (uwaga na nisko latające anegdoty), tylko że to się nijak ma do zatrudniania wetów w miejskich ogrodach zoologicznych.

    "Czytałam o leczeniu gadów. I świnek morskich!"
    Nopaczpani, nie wiedziałam, że świnki morskie to takie niespotykane i egzotyczne zwierzęta, że wetka z długim stażem jedynie o nich czyta...

    Jeśli chodzi o świnki jako karmówkę, to, szczerze mówiąc, częściej hodują je amatorzy niż ogrody. Świnki po prostu za mało wydajnie się rozmnażają, za to jak ktoś hobbystycznie trzyma węża i karmi żywymi ssakami, to ponoć w przypadku świnek jest mniejsze prawdopodobieństwo poranienia gada przez posiłek.

    "Rozumiem, że z braku buhaja, Patrysia będzie regularnie bulić sąsiadom za możliwość pokrycia?"
    Nie no, jeszcze sztucznie inseminować może.;)
    Akurat tutaj może dostała krowę świeżo po ocieleniu, ale w takim razie mleko byłoby góra przez rok (a najprawdopodobniej przez 9-10 miesięcy).
    Oraz pożywianie się kolczastym krzewem różanym raczej krowie na zdrowie nie wyszło... Choć nasze krowy nawet co większe osty i pokrzywy skrupulatnie omijały, więc raczej trudno mi sobie wyobrazić zwierzę (rodowodowe i wymuskane, a więc nie zagłodzone raczej) jedzące krzak róży...

    Ej, a takie pytanie, bo mnie to zastanawia od dawna: zoo może sprzedać zwierzę osobie prywatnej? (na przykład takiego pytona do trzymania w mieszkaniu w charakterze domowego ulubieńca?)

    "Jak widać, o wypadek szalenie łatwo, nawet przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności."
    Nawet rowu nie potrzeba. Wystarczy jabłko. Takie nieduże. I po krowie.

    "(telefon komórkowy: sztuk 2; trzepaczka druciana: pół sztuki — sama rączka; kalosze: sztuk 3 — jak na razie; sznur do bielizny: 3 metry + spinacze: ilość nieodgadniona)."
    Nopaczpani, a u nas się skrupulatnie wszystkie kawałki folii z pastwisk zbierało, żeby krowy nie zjadały, bo może zaszkodzić... Głupi my.
    Oraz: autorkasi chyba się koza z krową pomyliła. Też daje mleko, nawet rasowa (nie jakaś fikuśna co prawda, ale rasowa) byłaby w zasięgu finansowym bohaterki no i to kozy są znane ze zjadania wszystkiego, nie krowy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wpisanie w Google frazy "czy zoo może sprzedawać zwierzęta" dało kilka artykułów o polskich ogrodach sprzedających osły, króliki i chyba nawet ary, więc myślę, że tak. Choć w przypadku gatunków objętych CITES może to wyglądać inaczej, ale do dokładnych przepisów nie udało mi się dokopać.

      O tej mleczności krowy i jeszcze o skaczących arabach ktoś też zwrócił uwagę w komentarzach pod postem NAKWy - o kwestii krowy dopisać zapomniałam (jak i o tym, że Patrysia mogła próbować doić zasuszoną krowę, nie mając o tym zielonego pojęcia xD), a o wykorzystaniu arabów w skokach zobaczyłam krótkie info na jakiejś stronie i przepisałam na szybko, nie wgłębiając się w temat. Kajam się. ^^

      Usuń
    2. Lepiej popraw, zeby nikt z nowych czytelnikow sie nie zasugerowal :)

      Usuń
  8. Czy ta kobieta NAPRAWDĘ ma za sobą jakąkolwiek praktykę weterynaryjną i stosowny dyplom? Bo nie wierzę, że można produkować podobne dyrdymały. Wetem nie jestem, ot, sporo czytam i szukam, myślę też o pójściu w Twoje, Winky, ślady w temacie szkolnym, ale takich bzdur nawet nie pomyślałam, nie mówiąc o przelaniu na papier.

    OdpowiedzUsuń
  9. Winky,przestań,bo sobie zaszkodzisz.Co za stek bzdur! Naparstnicą to się w kryminałach Agathy Christie morduje bogatych wujków.Nie jestem weterynarzem ani w ogóle biologiem,ale do jasnej cholery miałam w ręku gady!Były suche i ciepłe ( gdy się je wyjęło z terrarium).
    To ma być śmieszne?!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  10. Straszne, po prostu straszne... Nie będę powielać powyższych komentarzy, więc na tym zakończę ;P

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie wiem czy wiedza weterynaryjna Patrycji przekłada się na wiedzę Ałtorkasi, ale po przeczytaniu tej książki na pewno nie pozwoliłabym Michalakowej leczyć mojego zwierzęcia. Ma ona MNIEJSZĄ wiedzę o zwierzętach niż ja, randomowy wielbiciel zwierząt, który interesuje się tematem czysto hobbystycznie, ale jakaś wiedzę posiada. Lecę do ZOO aplikować o posadę ordynatora, bo przeczytałam wczoraj w internecie artykuł o tygrysach. Po za tym uważam, że większość ludzi nie powinna zbliżać się do zwierząt. Mam w domu szynszyle, powiem nieskromnie, że znam się na nich całkiem dobrze (podstawy - dieta, choroby, dobrostan itp. Oczywiście jak ze zwierzem jest coś nie tak to idę z nim do WYKWALIFIKOWANEGO weterynarza, nie że próbuję leczyć w domu na własną rękę). Niestety, mimo że wszędzie jest dostęp do dobrej literatury na temat tych zwierząt w internecie nadal powstają takie kwiatki. (Ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia o szynszylach mogą nie zrozumieć mojego bólu dupy, ale autorka bloga zrozumie na pewno) http://psypsy.blog.pl/2013/10/26/szynszyle-2/ . Ałtorkasia to jest właśnie taki, blogowy, ekspert od zwierząt...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale żem "zwierząt" nasadziła w tym komentarzu. Musze popracować nad synonimami. Przepraszam, ale pisałam pod wpływem dużego wzburzenia :P

      Usuń
    2. Uu, akurat na szynszylach się nie znam ni w ząb, ale co najmniej kilka pozycji z listy na tym blogasku wydaje mi się mocno podejrzanych... Założę się o moje oba króliki, że autoreczka ma góra 14 lat i uważa, że wszystko, co podsunie sprzedawca w zoologicznym jest dobre. ;P Żal tylko doopę ściska, że znajdzie się sporo ludzi (pewnie nawet i dorosłych...), którzy się na takie coś natkną, łykną jak gęś kluski i bez żadnej próby weryfikacji faktów, będą karmić, dajmy na to, królika samą marchewką, kapustą i chlebem...

      Usuń
    3. No to tak w celach edukacyjnych, :)
      Szynszyla je:
      - Duuuuużo siana
      - Suszone zioła
      - Gałęzie niektórych drzew liściastych (np. jabłoń, brzoza)
      - EWENTUALNIE profesjonalny granulat jako dodatek
      - Jako przysmak można dać topinambur i suszone kwiaty malwy albo nagietka, a raz na ruski rok suszone jabłko albo suszonego pomidora (w małych ilościach)
      Powyżej jest wszystko (jeśli nawet nie za dużo) co szynszyla potrzebuje do szczęścia.
      !!! Nie powinno się podawać żadnych zbóż. Słonecznik pestki dyni, rodzynki i orzechy otłuszczają wątrobę. Mięso i nabiał to w ogóle chyba jakiś żart... Ogólnie nie podaje się świeżych warzyw, owoców i liści bo szynszyla tego nie strawi i może dostać eksplodującej, śmiertelnej biegunki.
      Pozdrawiam ^^

      Usuń
    4. P.S Miałam znajomą co szczury serem karmiła bo przecież na kreskówkach jedzą...

      Usuń
    5. Śmiem twierdzić, że autorka linkowanego wpisu skopiowała listę żywieniową ze strony o chomikach (adnotacja przy buraku "zabarwia mocz CHOMIKA"). W końcu co za różnica, i to gryzoń, i to gryzoń...

      Usuń
    6. Nawet jeśli, to chomik też nie powinien jeść połowy z wymienionych rzeczy.

      Usuń
    7. Dlatego też nie napisałam, że to była godna zaufania strona o chomikach (swoją drogą, ciekawam, skąd jej pierwotny autor czerpał inspirację - bo gdyby z książek sprzed dwudziestu lat, nie byłoby awokado a gdyby z nowych mundrości internetu to raczej nie byłoby o chrabąszczach...)

      Usuń
    8. Podejrzewam, że ktoś przeleciał po pięćdziesięciu stronach o chomikach (starych, nowych, rzetelnych i tych mniej) i po prostu zrobił spis wszystkich artykułów spożywczych jakie tam występowały.

      Do Ałtorkasi wracając. Ja nie mam pojęcia skąd ona te farmazony bierze. Przecież większość ogrodów zoologicznych jest ściśle monitorowana. Ona chyba myśli, że ZOO to się buduje dla uciechy gawiedzi, żeby bachory mogły sobie pooglądać żyrafy i tygrysy. Tak naprawdę placówki te służą rozmnażaniu zwierząt zagrożonych wyginięciem, leczeniu i ratowaniu. Tłumy ludzi mają tam wstęp tylko po to żeby zebrać fundusze na karmę i rachunki, w końcu pieniądze nie rosną na drzewach. No ok, zgadzam się, że niektóre ogrody zoologiczne mają problem ze standardami (małe klatki, za dużo zwierzaków na jednym wybiegu), ale chyba jeszcze nie widziałam żeby było AŻ TAK ŹLE w jakimkolwiek ZOO, w którym byłam -.-
      Już bym wolała żeby Michalak pisała jakąś słabą fantastykę osadzoną w krainie z d*py, bo przynajmniej trudno byłoby się przyczepić do niektórych bzdur. byłoby po prostu "Jesteśmy w Krainie z d*upy - tu węże są pustymi rurkami, kropka."
      Wybaczcie, ale zwyczajnie nóż mi się w kieszeni otwiera, jak mam świadomość że ten grafomański twór został zaakceptowany przej jakieś wydawnictwo, wydany na papierze i ktoś to traktuje jako dobrą literaturę.

      Usuń
  12. Gdy ałtorkasia pisze bdury o mafijnych porachunkach, naprawdę mnie to bawi - to jej zmaganie się z czymś, o czym nie ma pojęcia, ale w sumie bronić się mogłaby nieudolnie jakimiś niestety mylnym wyobrażeniem. Tu tak jakby ma przygotowanie, podobno zdobyła jakieś tam doświadczenie, co tylko jeszcze gorzej ją skompromitowało w moich oczach.
    Wąż jako rurka pusta w środku... Chodzaca skóra i zęby!

    OdpowiedzUsuń
  13. Taki mnie szlag trafil w polowie lektury, ze musialam sobie zrobic przerwe na oddychanie w papierowa torebke ;) Dobra robota, Winky, bardzo dobra. Tylko to o krowach prosze sprostuj, zeby ludzie nie niesli tego dalej jako faktu :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ktoś poza mną ma jeszcze wrażenie, że ta idiotka pisała to na ostrym haju?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorzej.Po prostu jest arogancką ignorantką.

      Chomik

      Usuń
  15. Jak tak czytam tę analizę to cieszę się, że Michalak porzuciła weterynarię na rzecz pisarstwa. Tym barachłem, dla niepoznaki nazywanym książkami, przynajmniej nikogo nie skrzywdzi.

    OdpowiedzUsuń
  16. RURKA PUSTA W ŚRODKU
    Staram się nie irytować na fikcję, więc nie jestem zirytowana, a może trochę jestem?
    Te przeskoki w narracji z trzecioosobowej na pierwszoosobową udowadniają, że nikt tego nie przeczytał przed wydaniem. Mamy nowę Michalag, drukujemy, ze szkodą dla lasów i zwierząt zarówno gospodarskich jak i egzotycznych.
    Badanie żółwia przez szybę cudne, it's just like my Japanese animes!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy niby pierwszoosobowa jest wtedy, kiedy Patrysia pisze list do wyimaginowanego Amrego i opowiada mu o swoim dniu, tylko że czasem w TRAKCIE listu narracja znowu wraca do trzecioosobowej...

      Usuń
  17. Właśnie jestem na końcówce studiów weterynaryjnych we Wrocławiu (ostatni semestr). Odmawiam uwierzenia, że wysmarowała to później niż na drugim roku studiów. To już nawet przez przypadek by się dowiedziała, że wąż to nie jest rurka pusta w środku ;) Nie mówiąc już o dużym nacisku kładzionym na zwierzęta gospodarskie - NIE MOŻNA NIE WIEDZIEĆ, CZYM GROZI KROWIE ZJEDZENIE CIAŁA OBCEGO, już nie mówiąc o wybitnie spieniającym szamponie (a nie, dała "jakiś" odpieniacz, no to gra gitara).

    W sumie wszystkie debilizmy dobrze wypunktowałaś, jedyne co mi się rzuciło w oczy to sprawa praktykowania przed i w czasie studiów. Teraz pozwalanie studentom na praktykowanie jako pomoc w zakładzie jest możliwe tylko pod warunkiem podpisania umowy o praktyki (oficjalnie, nieoficjalnie i tak chodzimy do zaprzyjaźnionych lecznic, ale grożą im za to konsekwencje ze strony izby lekarsko-weterynaryjnej). Nie ma możliwości zatrudnienia studenta na etat, to jest nielegalne już bardzo. Chyba, że na etat sprzątacza ;)
    Nie mam pojęcia jak wygląda wg autorki praktyka jeszcze przed studiami - chyba stojąc pod ścianą i niczego nie dotykając, zezwolenie na zrobienie zastrzyku chociażby to znowu łamanie prawa. Wiadomo, że przepisy nie zawsze są przestrzeganie, ale na chłopski rozum - masz swój gabinet, sygnowany własnym nazwiskiem i wpuszczasz byle gówniarę z liceum, żeby poćwiczyła iniekcje na Twoich pacjentach? Akurat będziesz miała pecha, w tym miejscu zrobi się ropień i w najlepszym wypadku stracisz klienta a w najgorszym prawo do wykonywania zawodu. Nawet przy założeniu, że ćwiczyła w gabinecie tatusia to raczej nie powinna tego wpisywać do CV ;)

    Chyba poczytam sobie tę książkę i pośmieję się z tych głupot, tak jak śmieję się z romansów, które ogląda moja teściowa - mam wrażenie, że bohaterką co drugiego jest weterynarka i ich praca jest równie realistycznie przedstawiona, co w tej książce :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za info, dopiszę w analizie. :)

      Usuń
  18. Nie. Po prostu nie wierzę, żeby autorka studiowała kiedykolwiek cokolwiek okołozwierzęcego. Nie ma żadnej wiedzy o ich fizjologii, zerowe wyczucie i - wygląda na to - zerową empatię wobec zwierząt.

    OdpowiedzUsuń
  19. To jeszcze miałoby jakiś miligram więcej sensu, gdyby Patrysia została przedstawiona jako osoba, która nie jest żadnym weterynarzem, pojęcia nie ma o leczeniu zwierząt, ale z jakiejś przyczyny jest zmuszona weterynarza udawać i ratuje się tymi bazgrołami po łacinie. Tyle, że dyrekcja powinna się skapnąć po pierwszej akcji, że tu jest coś niehalo. No ale skoro dyrekcja pozwala na podawanie żyrafie naparstnicy, bo księdzu się wydaje, że ona ma niewydolność serca...
    Swoją drogą, na miejscu zoo w Zamościu rozważałabym jakieś kroki prawne, przecież ich oszkalowała. Już faktycznie mogła umieścić akcję w nieistniejącym zoo w Lublinie.
    Ach, i ta składnia Yody w wypowiedzi księdza, mająca zapewne obrazować, że to prosty człowiek z prowincji...

    OdpowiedzUsuń
  20. Wiem czemu ten pyton nie jadł od pół roku; nawiedził go Narrator Profetyczny i ostrzegł przed przybyciem Patrycji. Dzielny wonsz zdecydował się poświęcić dla dobra ogółu i wszamać ją zanim zrobi komuś krzywdę XD

    OdpowiedzUsuń
  21. Wait a sec... mam rozumieć, że martwy żółw leżał w wiwarium tak długo, że zaszły już zaawansowane procesy rozkładu i nikt się nie zorientował?

    OdpowiedzUsuń
  22. Znakomita (choć koszmarnie smutna) analiza. Powinna zawisnąć na wieki wieków na stronie wydawnictwa...
    Dziękuję
    Balamuk

    OdpowiedzUsuń
  23. Jako studentka weterynarii i człowiek myślący czuję się wstrząśnięta tymi wypocinami. Co ta kobieta miała w głowie, wypisując te bzdury?!
    Podziwiam Cię za chęć przeczytania tego w całości. Mi od samych fragmentów robi się słabo.
    Analiza bardzo ciekawa :)
    W pewnym momencie miałam ochotę skomentować kilka sytuacji, ale stwierdziłam, że musiałabym wrócić i przeczytać to jeszcze raz. To skutecznie mnie od tego odwiodło.

    OdpowiedzUsuń
  24. Baba PO WETERYNARII nie ma za grosz wiedzy o zwierzętach? O ich fizjologii, anatomii, środowisku, wymaganiach??? Nasuwa mi się koszmarne wytłumaczenie tego fenomenu: otóż polazła na weterynarię nie po to, żeby czegokolwiek się nauczyć, ale by zdobyć papierek, dostać jakąś pracę przy zwierzętach i móc się nad nimi znęcać. Z satysfakcją patrzeć, jak umierają niewłaściwie karmione żółwie; podniecać się widokiem żyrafy metodycznie zatruwanej digitaliną, czerpać radość z męczarni kobr, upchanych w jednej "klatce" na zapleczu; oblizywać się na samą myśl o cierpieniach krowy, której podtyka się pod pysk gumę, plastik, druty i elektronikę...
    Ciekawam, czy aŁtorzyna choć jeden dzień przepracowała w zawodzie. A przedtem - jakim cudem zdała przynajmniej jeden egzamin?

    OdpowiedzUsuń
  25. Są autorzy, którzy piszą tylko o tym, na czym się znają; są i tacy, którzy piszą o tym, na czym się nie znają. Ałtorkasia zaś nie tylko pisze o tym, na czym się nie zna, ale pisze nawet o tym, na czym powinna się znać, a się nie zna. I nie jest jej głupio. Ja bym chyba zapadła się pod ziemię ze wstydu, napisawszy takie pierdoły.

    Zgadzam się z @kometax - lepiej, że Michalak wzięła się za "literaturę" i zostawiła weterynarię. Przynajmniej nie zaszkodzi żadnemu biednemu zwierzęciu. Co prawda drzew i tak szkoda, tyle ich poszło na druk tego szajsu...

    Wybaczcie mi przydługiego posta, ale jak przeczytałam zamieszczone fragmenty, to nie wytrzymałam. Nie jestem wetem, zoologię miałam tylko dwa semestry na studiach z ochrony środowiska;), moja wiedza zoologiczna jest mocno wybiórcza i amatorska, zero profesjonalizmu. Mimo to nawet ja widzę, jak koszmarne głupoty wypisuje Michalak. Nie potrafię uwierzyć, że skończyła ona studia - nie tylko z weterynarii, ale w ogóle jakiekolwiek. Każdy zwykły człowiek, który cokolwiek ogarnia z zoologii, miał choćby psa, rybki, ogląda programy przyrodnicze, chodzi do lasu, no cokolwiek - każda taka osoba przyzna mi rację.

    Ale po kolei.
    1. Czekolada. Z tego co wiem, czekolada szkodzi na pewno psom i fretkom (o tych zwierzętach mam najwięcej wiedzy;). Krótkie zerknięcie do Wikipedii i proszę: "Teobromina jest szczególnie toksyczna dla koni, psów, papug, królików, nornic i kotów, ponieważ nie są one zdolne do jej efektywnego metabolizowania." Skoro papugi mogą się zatruć, to pewnie i kawki też. Brawo, Pati. Właśnie otrułaś stado ptaków.
    2. Stosunek do zwierząt protagonistki (alter ego ałtorkasi?) jest okropny. Baba nie pała sympatią do zwierząt. Wyczuwam tu pogardliwe i nieprzyjemne podejście.
    "Przerzucała w klinice pieski, kotki i chomiki" - PRZERZUCAŁA? To tak się mówi o leczeniu zwierząt?!
    "żadne normalne zoo tego badziewia nie chce od nas wziąć"
    BADZIEWIE. Tak według Michalakowej lekarz mówi o swoich pacjentach (!). BADZIEWIE. W głowie mi się to nie mieści.
    Chciałabym, żeby ałtorkasia zobaczyła przy pracy panie weterynarz, które zajmują się moimi fretkami - z jaką empatią, zainteresowaniem i delikatnością traktują swoich małych pacjentów. Michalakowej nie powierzyłabym nawet kamienia, a co dopiero żywe, czujące, cierpiące zwierzę.
    3. Nie wiem, skąd ten stereotyp o zmaskulinizowaniu zawodu weta. Z tego, co widzę po moim regionie, proporcje płci są albo równe, albo ewentualnie nieco na korzyść kobiet. Więc jak już, to stereotyp powinien dotyczyć mężczyzn...
    4. "Czytałam o leczeniu gadów. I świnek morskich!" Hmm... "Świnka morska" to raczej potoczne określenie. Myślę, że fachowcy użyliby oficjalnej nazwy, czyli "kawia domowa".
    5. Zimny, oślizgły wąż. Wąż - rurka (!!!). Ręce mi opadły. Pati (weterynarz!) nie odróżnia gadów od płazów - żaba może być zimna i "oślizgła" (nie jest to najszczęśliwsze określenie, ale niech już będzie), ale już jaszczurka jest sucha i szorstka. Piszę akurat o tych zwierzętach, bo te miałam w ręce, węża nie tykałam;), ale to przecież i tak podstawówkowy poziom - odróżnianie gadów od płazów. Skoro Pati nie ma o nich tak podstawowej wiedzy anatomicznej, to jak może je leczyć? Skąd wie, gdzie np. wąż ma płuca (czy w ogóle je ma? a może ma jedno? - tyle wątpliwości;) albo tygrys - wątrobę? Przecież bez wiedzy o organach i częściach ciała, o funkcjonowaniu organizmu nie można nic zrobić. (Ciekawa jestem, jak Pati wyobraża sobie wnętrze ciała żółwia - pewnie jako gigantyczny żołądek okryty pancerzem;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świnki pomorskiej bym się nie czepiał się, bo książka została wydana w roku 2008, a reforma nazw ssaków, która wprowadziła oficjalnie "kawię domową", miała miejsce całkiem niedawno, bo dopiero w 2015. Dzięki niej mamy również pięknosusła kaskadowego, kotka bengalskiego, szarytkę morską i suwaka tłustego.

      Usuń
  26. c.d. (za długi post;)

    6. "— Och — Patrycja machnęła niefrasobliwie ręką — bizon to jak większy pies, tygrys jak kot, a anakonda — tu opuściła ją wena twórcza — anakonda... no... jak chomik, tyle że bez łap."
    Co za idiotyzmy. Jak już tak głupio porównywać, to przecież nie roślinożercę (bizon) do drapieżnika (pies) czy gada (anakonda) do ssaka (chomik).
    Podejrzewam, że aby dostać pracę w ogrodzie zoologicznym, trzeba mieć odpowiednią specjalizację, a na pewno dużą (kolosalną) praktykę. Powiem coś z własnego doświadczenia. Mam dwie fretki, które nie są tak popularnymi zwierzakami domowymi jak psy czy koty, ale też nie są jakimiś białymi krukami. Otóż jeżdżę z nimi na wizyty do dwóch pań weterynarzy, które specjalizują się w tych zwierzętach. Wiedzą, na jakie choroby zapadają fretki, znają specyfikę tych zwierzaków. Oczywiście na pewnym wspólnym dla ssaków drapieżnych poziomie fretki są podobne do psa czy kota, więc każdy wet z grubsza poradzi sobie. Ale mając na co dzień do czynienia właśnie z psami czy kotami, może nie wychwycić specyficznego dla fretki symptomu. Musiałam kiedyś jechać z fretką (awaryjna sytuacja) do weterynarza "od psów". Nie do końca wiedział, co dolega zwierzakowi i dzwonił do koleżanki, by się skonsultować. Czemu o tym piszę? Skoro nie mając do czynienia z jakimś gatunkiem, lekarz tylko z grubsza wie, co robić, to to samo, co fretek, tyczy się pytonów czy tygrysów. I weterynarz w ogrodzie zoologicznym to musi być naprawdę praktyk-specjalista, a nie (z całym szacunkiem, nie jest moim celem nikogo obrażać, mam mnóstwo podziwu dla weterynarzy) lekarka, która "przerzucała pieski, kotki i chomiki" (cytat z ałtorki). Przecież weterynarze też mają specjalizacje, prawda? "Psiarz" nie musi znać się na tropikalnych wężach, tak jak "ludzki" dentysta też operacji na mózgu nie przeprowadzi. Nie ma lekarzy, którzy znają się na wszystkim.
    7. "Rany boskie, czyżby mieli tu krasnoludki? A może to włamywacz liliput? Liliput gwałciciel?!" Yyy, że co? Ale to na serio są myśli dorosłej kobiety, a nie pięcioletniej, mało rozgarniętej dziewczynki?
    Jeśli coś tupie po strychu/dachu, to na pewno kuna. Swoją drogą, przepiękne, wspaniałe stworzenia. ^_^ #Uwielbiam-Łasicowate
    Poza tym nie rozumiem tej przerazy. "Nie śpię, bo słucham, jak kuna tupie po dachu" ? :P
    8. "Ciekawe, jak się toto leczy..."
    A dopiero co była mowa o wielkim doświadczeniu Pati.
    9. "zawijając zszytą pytonkę w bawełniany koc, by wężowi po operacji było cieplej" Spoko, co prawda gady są zmiennocieplne i nie ogrzeją się ciepłem własnego ciała, ale co tam. Bawełniany kocyk pomoże.
    10. Widzę, że Pati strasznie przejęła się faktem, że jej krowa zjadła telefon, szampon i inne przedmioty. Gdy kiedyś mój zwierzak dorwał skarpetkę i wygryzł dziurę, o mało nie padłam na zawał, że mógł połknąć strzępki wełny i w najgorszym razie poranić sobie jelita. A Pati pełen luz.

    Z niecierpliwością czekam na kolejny odcinek analizy - pozdrawiam Winkyyy! Dobra robota (że też masz nerwy do tych michalaczych bzdur, mnie by krew zalała).

    OdpowiedzUsuń
  27. Najbardziej uderzający (pomijam brak profesjonalizmu) jest brak empatii. Myślę, że ludzie, którzy pracują ze zwierzętami powinni być wrażliwi na ich krzywdę, a to co prezentuje Michalak jest po prostu przerażające.

    OdpowiedzUsuń
  28. z tom krowom to sie czepiacie dobry człowieku. krowy mojego dziadka cieliły sie raz na 2-3 lata - im rzadziej tym lepiej, bo na czas ciazy i jakis czas po porodzie krowa staje sie bezuzyteczna, bo siara to nie mleko. wiec krowie kołowano byka dopiero kiedy wyjscia nie było i wyraznie sie tego domagała wykazujac symptomy rui (? nie wiem jak to sie u krów nazywa) cielak praktycznie od razu po narodzinach był od niej oddzielany i pojony z wiadra :( wiec spokojnie mozna nabyc mleczna krowe bez przychówku i pozyskiwac mleko dlugi czas nie przejmujac sie buhajami. do wymion wystarczy umycie raz na jakis czas woda z mydłem, weterynarz potrzebny tylko jak krowa zachoruje a korekcja racic? kto o takich cudach słyszał? do tego wypas odbywał sie na stalowym łancuchu ktorego koniec zaopatrzony szpikulcem wbijano w ziemie. wiem ze w nowoczesnej hodowli wyglada to inaczej, ale tak było i bywa na wsi u chłopa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisząc, że krowa powinna "regularnie" się cielić nie miałam na myśli, że jak tylko jedno odchowa, to zaraz zapładniać, ale już nie chciałam zanudzać innych pierdołami, które sama musiałabym sobie przypominać - no ale gdyby krowa NIGDY nie miała cieląt, to i mleka by nie było i o TO mi chodziło. :)

      Tak samo mój sąsiad chował swoje krowy przez jakieś 15 lat, póki się ich nie pozbył jakieś 10 lat temu. Nie wiem, czy było im jakoś super źle, wyglądały ładnie i zdrowo, tylko wkurwiało mnie, że dziad zostawiał je na cały dzień bez cienia w 35-stopniowym upale. Niemniej, utrzymanie krowy i zapewnienie jej dobrych warunków to nie jest kwestia zamknięcia jej w rozpadającej się, grożącej zawaleniem oborze (jej "ruderowatość" jest podkreślana przez samą autorkę kilka razy...) i mycia ludzkim szamponem... a o tym, co krowa dostaje do jedzenia i w jakiej ilości się w sumie nie dowiadujemy. Może samowystarczalna, who knows.

      Usuń
    2. mój dziadek krowe trzymał bardziej hobbystycznie (bo krowa w gosporadstwie musi byc!) póki miał siłe sie nia zajmowac. w porzadnej fabryce mleka pewnie opłaca im sie cielic te krowy własnie z raz do roku zeby utrzymac wydajnosc mleczną, ale generalnie jak raz ocielisz to wystarczy regularnie doic i mleko pare dobrych lat poleci. wiem po sobie :P nasza krowa w sezonie zywiła sie wyłacznie trawą, znam tez historie krowy buntowniczki (Angora opisywała) co 4 lata ukrywała sie w lesie po tym jak zbiegła z gospodarstwa

      Usuń
    3. analiza urocza w kazdym razie. dała mi sporo radosci. az mi wstyd ze tyle czasu poswiecam wypocinom kasi zamiast poczytac cos prawdziwego, ale ciezko sie powstrzymac. gilty pleżer

      Usuń
  29. Jako hobby interesuję się toksykologią, ale naparstnica jako zioło wrzucane ot tak sobie? Podawane zwierzętom?? Bez żadnych dawek ani niczego takiego? I jestem pewna, że Zamojskie zoo na pewno by tego nie poparło. Irytuje mnie kiedy osóbki z "wielkiego miasta" wrzucają mniejsze jako symbol zaściankowości.
    E.

    OdpowiedzUsuń
  30. "Ciężkie zatrucie stabat mater dolorosa" unieszkodliwiło mnie na ładnych 5 minut :D W ogóle główna bohaterka albo na niczym się nie znała, albo miala wszystko gdzieś ("zatrucie czymśtam", "makak z czymś dziwnym na tyłku", "jakiś odpieniacz").

    OdpowiedzUsuń
  31. Nawet nie wiesz, jak sie cieszę że wróciłaś do analiz :D
    A krowa połykająca szampon... Ja wychodzę z siebie, żeby zamykać drzwi do pomieszczeń, gdzie są niebezpieczne dla mojej suni rzeczy, nigdy nie zostawiam czekolady ani żadnego innego żarcia w miejscach, do których sięga... A, pardon mj frencz, jebana Patusia to wszystko zlewa.
    P.S. Czy tylko ja mam podejrzenie, że Kejt nie praktykuje już weterynarii, bo jej zabrali prawo wykonywania zawodu?
    Duslawa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że to intrygująca myśl? ;o Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było. No ale raczej się tego nie dowiemy - wątpię, by ałtorka zechciała chwalić się tym faktem, gdyby rzeczywiście takowy zaistniał.

      Usuń
  32. To chyba jakiś fanfik do Karino był popełniony przez autorkasię w liceum na polskim bo ta wredna polonistka znowu tróję z minusem dała, pokażę zołzie, bo ja w ogóle to kiedyś weterynarzem zostanę to taka fajna bezstresowa zabawna praca jest ze zwierzętami. Ja kocham zwierzęta, miałam kiedyś kota ale mi uciekł.
    Tylko to mogłoby tłumaczyć tak koszmarny brak podstawowej wiedzy weterynaryjnej tego jak funkcjonują studia i praktyki, przekonania że pracę ordynatora w zoo dostaje się w zasadzie z przypadku po jednej rozmowie i te ach och super zabawne kawałki że napiszę coś po łacinie nikt się nie tropnie. Założę się że to twórczość radosna nastoletnia jest. Jakim cudem wydawnictwo to puściło oto jest pytanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na samym początku żadne - aŁtorkasia wydała toto własnym sumptem. :D

      Usuń
  33. Jak by powiedzial Shrek do Fiony: to wiele tlumaczy....

    OdpowiedzUsuń
  34. Borze wszechlistny.
    Żadna ze mnie profesjonalna miłośniczka zwierząt, w życiu nie byłam u weterynarza, nawetz żadnym nie rozmawiałam, w ogóle medycynę znam tylko z seriali (i to głównie sądową, bo kocham seriale kryminalne ze śmiesznymi patologami). A nawet ja wiem, że węży nie trzyma się w klatkach, że krowa to nie koza i nie je byle czego (a jak zje to zdechnie), że każde zwierzę musi mieć odpowiednią dietę (żółwi nie karmi się sałatą), że ludzkie kosmetyki nie nadają się dla ludzi, a nade wszystko, że zwierząt nie karmi się czekoladą. Żadnych. Nawet jeśli im nie zaszkodzi, lepiej nie dać niż zabić. Pałam nienawiścią do aŁtorkasi i jej ignorancji od pierwszej analizy jej dzieUa. Ale tu przechodzi samą siebie, nawet w książkach dla dzieci nie wypisują takich rzeczy.
    Nie mieści mi się w głowie, dlaczego ktoś ją wydaje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja przepraszam, ja wiem, że tematyka komentarza jest raczej poważna, ale zdanie "ludzkie kosmetyki nie nadają się dla ludzi" mnie urzekło <3 :D

      Lynx

      Usuń
    2. Jeżu kolczasty, co tu się wydarzyło xDDD
      Tak to jest, jak myślisz o tysiącu rzeczy na raz xD

      Usuń
  35. Nie wiem, czy to się przekłada na praktykę pani Michalak (chociaż wygląda na to, że większość jej dzieł to albo jej poglądy, albo wyobrażenia, albo doświadczenia - jak z tymi wypracowania mi), ale jeśli ona uważa, że to zabawne, to już za samo to bym dała jej zakaz zbliżania się do zwierząt w ogóle... Btw, ktoś kto się zna, jak to jest z tym krowim mlekiem?
    Jak mój kot kiedyś zeżarł sznurek, a pies jeszcze wcześniej kangura, to rozgrzebywałam każdą kupę (ozdobnym sztyletem brata), żeby sprawdzić czy wyszło. A że wioskowy głupek może myśleć, że wąż jest pusty w środku to rozumiem, ale weterynarz? To nie jest śmieszne. Chociaż mam koncepcję, że Ałtorkasia uważa, że przeciętny czytelnik tak myśli i chce go pouczyć. To by znaczyło, że kieruje swoje książki do przedszkolaków, ale zawsze lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  36. "(...) I po czym właściwie stwierdza, że to, co dolega żyrafie, to akurat niewydolność serca, po czym mu to „wygląda”?"
    Bo mu sam pan Bóg szepnął z nieba, że żyrafie naparstnicę aplikować trzeba... czy jakoś tak.

    "Przerzucała w klinice pieski, kotki i chomiki (...)"
    CO? Co to znaczy: "przerzucała"? Łopatą, widłami? Bardziej mi to przypomina opis ładowania zwłok do pieca krematoryjnego, niż leczenia... może zresztą dokładnie o to chodziło, wnioskując po dokonaniach Pati w zawodzie.

    "Dziwne, że NIGDY do tej pory pani weterynarz nie zdobyła nigdzie wiedzy o tym, że węże nie są „oślizgłe”. Skóra gadów, w przeciwieństwie do płazów, nie wytwarza śluzu. (...) To wiedza na poziomie podstawówki. To znaczy, że łgała jak z nut, kiedy mówiła, że dużo czytała o leczeniu gadów."
    Nie no, niekoniecznie, skoro to wiedza "podstawówkowa", to pewnie w specjalistycznych książkach o leczeniu gadów nie umieszcza się takich informacji, jako oczywistych oczywistości...

    "A ja — między Bogiem a prawdą — wcale mu się nie dziwię."
    Tak tylko dodam, że "między Bogiem a prawdą" jest błędne i bezsensowne, oraz daje świadectwo kompetencjom językowym zarówno aŁtorki, jak i korekty.

    "Poza tym, wąż, który trzymany przez ludzi „zwisa smętnie”, a nie się wije i próbuje wydostać, to martwy wąż."
    To by tłumaczyło brak apetytu ;)

    Zawędrowałam tu przywiedziona linkiem z NAKWy, ale chyba zostanę na dłużej :)
    Pozdrawiam i czekam na drugą część analizy!

    Lynx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja tam uzywam 'miedzy bogiem a prawda', ale jestem prosta ateistka a nie pisarka roku empiku ;)

      Usuń
    2. Wiadomo, w języku mówionym robi się (i akceptuje) dużo więcej błędów czy niezręczności, ale język pisany - i to w KSIĄŻCE! O.o - to coś zupełnie innego. FstyT i CHańba dla wszystkich związanych z tym nowotworem, a już zwłaszcza dla Wydawnictwa Literackiego.
      Ja też jestem ateistką, ale przy tym fascynatką języka polskiego i jeśli używam tego zwrotu, to w poprawnej formie (czyli bez "między") ^^

      Lynx

      Usuń
  37. Tak więc mamy jasność, dlaczego Michalakowa pisze, jakby chciała, a nie mogła - nie doświadczyła jeszcze błogosławionego cudu gwałtu, który napełniłby ją wiedzą i natchnieniem!
    Nie no, sorry, nie mogłam inaczej.

    OdpowiedzUsuń
  38. Ale to jest obrzydliwe, wiesz? I nie ma sorry, na gwałt nie zasługuje NIKT.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Anonimowy, bez spiny, bo to było zapewne nawiązanie do innych książek Ałtorkasi, gdzie gwałt przedstawiany jest jako środek terapeutyczny i niezawodne remedium na wszystko =.=

      Usuń