piątek, 10 lutego 2017

Zdechło to zdechło, na uj drążyć temat, czyli analiza "Poczekajki" okiem miłośnika zwierząt, część 2/2

Pretensjonalny tytuł kolejnego rozdziału rozpoczyna się następująco:
O zaginionej kobrze z dwunastki
HMM, NO CIEKAWE, JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE KOBRA UCIEKŁA Z KLATKI.
Dziwne jest w tym jedynie to, że tylko jedna, a nie wszystkie siedemdziesiąt sześć.

Najdroższy Amre!
Ależ się dzisiaj działo... Main Gott,
MAIN?! Jeżu w borze, czy ta idiotka (i bohaterka, i aŁtorka) może się pogrążyć jeszcze bardziej?
Ekhem, przepraszam, zapominam się, że miałam się skupiać na zwierzęcym aspekcie. To trudne, jak widać.

Czarna pantera — jak zwykle płuca, tak właśnie brzmiał fachowy wpis skreślony ręką Plamy, kierownika hodowli, w urzędowym dokumencie, jakim była Księga leczenia zwierząt (zwana potocznie Księgą skarg i zażaleń). Westchnęła. Jaga — jej ulubienica — znów miała zapalenie płuc...
Teraz Patrycja zdążała ku wybiegowi pantery, by potwierdzić precyzyjną diagnozę Plamy i zastanowić się, jakim lekiem tym razem (a wypróbowała już niemal wszystkie) będzie do biduli strzelać.  
A może byś się tak zainteresowała, DLACZEGO pantera ustawicznie choruje na zapalenie płuc? Nawet w dzisiejszych czasach i wśród ludzi zapalenie płuc to nie jest takie hop-siup, na to MOŻNA umrzeć. ZWŁASZCZA, jak się ma pod ręką tylko konowała-idiotkę, która najwyraźniej tylko udaje weterynarza i „strzela” (dosłownie i w przenośni) w zwierzęta losowymi lekami, nie interesując się w ogóle, co jest PRZYCZYNĄ takiego stanu rzeczy!
Poza tym, diagnozę wydał ksiunc Plama, li tylko popatrzywszy na panterę, bo nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek pozwolił mu do niej podejść i zbadać. Z opisów, jakie dostajemy, nie widać ŻADNYCH objawów: ani kaszlu, ani wydzielin, no nic po prostu, kot leży i macha ogonem. Nikt nie przeprowadził żadnych badań mających na celu potwierdzenie diagnozy głupiego KSIĘDZA, a mimo to wielka pani weteryniorz ładuje w nią kolejne leki i się dziwi, czemu nie działają. 

— Ponoć nieźle pani sobie radzi z tym zwierzyńcem. Andrzej bardzo panią chwali jako lekarza.

Wyżej stoi, że Patrysia idzie potwierdzić diagnozę, tak? No, to przyszła, pośliniła się na widok przystojnego Gabryjela, panterę zaszczyciła spojrzeniem i od razu poszła po leki i strzelbę.

Patrycja też miała dość.
— Wiesz co, Kuba — zmrużyła oczy, patrząc na miotającą się po klatce panterę i usiłującego wcelować w nią pomocnika — następnym razem chcę wiedzieć, co tak naprawdę leczę. Gdy tylko ją wyciągnę z tego zapalenia podamy Jadze narkozę i zrobimy komplet badań. Łącznie z rentgenem.
A może zrobisz to TERAZ?! Nie no, nie wierzę po prostu! To już któryś raz z kolei, kiedy pantera jest chora i NADAL nie miała zrobionych żadnych badań?! Ok, czaję, z półdzikimi drapieżnikami to nie jest takie proste, trzeba uśpić i w ogóle, ale... skoro już TERAZ wiesz, że ma nawracające chujwieco, bo tak naprawdę NIE WIESZ, czy zapalenie płuc, to zrób kompleksowe badania TERAZ!!! Bo do następnego razu pantera może się przekręcić! Nie, wiecie co, spoiler, właśnie tak się stanie: PANTERA SIĘ PRZEKRĘCI. Gratulacje dla wielkiej pani doktor! Jest najlepszym lekarzem weterynarii ever! Animal Planet powinno nakręcić program o jej działaniach i puszczać go codziennie o 9:00 i 17:30!

Kuba nacisnął spust. Strzykawka śmignęła w powietrzu i wbiła się w zad zwierzęcia, w ułamku sekundy detonując swą zawartość. [Znaczy co, wybuchła?] W następnym ułamku została wyrwana z wściekłością i zmiażdżona w panterzych zębach.
— Następna z głowy. Na same strzykawki wydamy fortunę — westchnął zootechnik.
Ona chyba naprawdę nie wie, że zootechnik i technik weterynarii to dwa kompletnie różne zawody. Co prawda zootechnicy też się uczą różnych praktycznych rzeczy typu inseminacja, ale zdecydowanie nie robią tego wszystkiego, co technicy weterynarii.
Po drugie: kolejne zwierzę zżerające to, czego nie powinno zżerać i kolejny raz zostaje to zbyte machnięciem ręki...
Co do samych strzykawek-lotek, wyczytałam, że mogą być sterylizowane w autoklawie (bez igieł, oczywiście), a więc są wielorazowego użytku. Dokopałam się tylko do amerykańskich cen: od 16 do 44 dolców za JEDNĄ strzykawkę. Więc tak, strata może boleć. I właśnie dlatego nie robi się tego na środku wybiegu, tylko w miejscu, w którym łatwo w zwierzę wycelować, a strzykawkę potem strącić i odzyskać... Popatrzcie, jak to robią ludzie na tym filmiku. Mała przestrzeń, mięsko na zachętę, zastrzyk z dmuchawy, kijem odzyskujemy strzykawkę, mięsko w nagrodę. Patrysia, ogromna miłośniczka wielkich kotów, nawet nie pomyślała o tym ostatnim...

Blabla, gabinet w zoo nie ma aparatu rentgenowskiego i Patrysia kombinuje, gdzie zawiezie panterę na zdjęcie. Hej, taki pomysł... wypożyczcie przenośny! Tak, istnieją przenośne aparaty rentgenowskie! Ten podlinkowany na samej górze jest przeznaczony też dla koni, więc pantera spokojnie się załapie w polu widzenia. 

Jedyny aparat rentgenowski znajdował się w klinice doktora Lewandowskiego, który przez długie lata zajmował się zwierzętami w zoo, ale z braku czasu i rozrastającej się prywatnej praktyki musiał zrezygnować z zoologicznych pacjentów. Nadal jednak służył Patrycji pomocą i wsparciem w trudniejszych przypadkach. To właśnie doktora Lewandowskiego stawiał dziewczynie za wzór Ten-Którego-Nikt-Nie-Lubi, gdy chciał ją wkurzyć.
To ten sam doktorek, którego ksiunc Plama na początku powieści opisywał jako konowała...?


Patrycja wiedziała, czego technik się obawia. Dzikie koty, oprócz wielu innych właściwości, równie dziwnych, miały i tę, że były nieobliczalne i budziły się z narkozy w zupełnie nieoczekiwanych momentach. Minutę wcześniej znarkoryzowane tak, że ani łapką, ani pazurkiem, już za moment wstawały zwarte i gotowe, by ruszyć w świat i pożreć wszystko, co stanie na drodze.
Powiem szczerze, że ciężko mi to zweryfikować. W lecznicach udało mi się zaobserwować li jedynie, że niektóre zwierzaki ciężko utrzymać pod narkozą i w trakcie zabiegu mogą zacząć machać łapkami i piszczeć, ale nie było żadnej reguły, że tylko koty albo tylko mopsy czy coś. Co organizm to inna reakcja i tyle. Google i Youtube nie potwierdzają aŁtorkasinej tezy, nigdzie ani słowa o tym, że duże koty = kłopoty z uśpieniem. Wydaje mi się, że wymyśliła to sobie tak o, by było dramatyczniej: pantera się budzi w trakcie transportu i wgryza się w rękę zootechnika, ach, ta akcja, ten dramat!
Co jest za to interesującą ciekawostką, to że koty domowe (i z tego, co widzę na youtubie, niektóre duże koty również) pod narkozą nie zamykają oczu. Dlatego trzeba je w trakcie zabiegu zakraplać, żeby nie wyschła rogówka. 

Patrycja doświadczyła tego, gdy przenosili jaguara z jednej klatki (mieszczącej się w jednym końcu ogrodu) do drugiej (mieszczącej się w przeciwległym końcu oczywiście). Kot spał niczym niemowlę, gdy kładli go na noszach i okrywali brezentem. Chrapał słodko przez większość drogi i nagle chrapanie przerodziło się w podnoszące włosy na głowie warczenie. Patrycja, trzymając dłoń na klatce piersiowej zwierzęcia, wyczuła tę wibrację — od koniuszków palców po cebulki włosowe.
— O kurna — sapnęła. — Budzi się!
Czterej pielęgniarze [TECHNICY WETERYNARII, DO KA NĘDZY!!!] dźwigający stupięćdziesięciokilogramowego kota jak jeden mąż puścili nosze i odskoczyli na bezpieczną odległość. [Hyc o podłogę, jaguar kurwa bęc... *ma ochotę coś rozerwać na strzępy ze złości*]  Jaguar zaczął już podnosić głowę, a cała kawalkada znajdowała się pośrodku Ogrodu. Nic, tylko zaraz zeskoczy z noszy i zwieje. A wtedy... Wtedy... będzie... gorąco.
Taa... nie. Nawet gdyby się podniósł natychmiast po obudzeniu, byłby wciąż na tyle pijany, że daleko by nie poszedł i dużej krzywdy nikomu nie zrobił. 

Na szczęście Patrycja trzymała w drugiej ręce strzykawkę z narkozą. Wbiła się, niemal nie patrząc gdzie, byle w kota, i zwierzę po chwili opadło na nosze.
No tylko popatrzcie, jaka ona dzielna, jaka wspaniała, jak zimną krew potrafi zachować... *rzyg*

— Muszę to zrobić — powiedziała. — Wkurza mnie to badanie przez kraty z odległości pięciu metrów.
Patrzenie na zwierzę z odległości pięciu metrów przez kraty to nie badanie.

— Pani doktor, proszę patrzeć pod nogi. Zginęła kobra.
Stanęłam jak wryta.
— Jak to zginęła? Zdechła?!
— Żeby zdechła... Zniknęła. W dwunastce brakuje jednej kobry.
Ciekawe, jak je policzyli w tej jednej klatce pełnej wijących się nieustannie węży...

Rozejrzałam się w panice, omiotłam wzrokiem ściany i sufit (zupełnie, jakby kobra mogła udawać Spidermana),
A wiecie, że mogłaby? Nie pełzać po suficie, ale wleźć gdzieś wysoko. Swego czasu czytałam czyjeś wyznanie w internecie, że zwiała mu zbożówka – gatunek naziemny. Po jakimś tygodniu wunsz spadł właścicielowi na głowę, kiedy otworzył drzwi.

po czym schyliłam się, by sprawdzić pod klatkami, czy tam nie czai się gotowy do ataku gad.
Okej, czyli WSZYSTKIE zwierzęta w wiwarium siedzą w klatkach, i to najwyraźniej stojących na nóżkach jakichś. I kto wie, czy to nie jest część wystawowa, nigdzie nie jest napisane, że nie.

— Nie, nie, tutaj wszędzie szukaliśmy. Ma pani surowicę?
Cholera wie, pomyślałam brzydko.
Brawo...
Ej, nie, w sumie dobrze, jak ją dziabnie, to większa szansa, że w końcu umrze i przestanie wysyłać Bogu ducha winne zwierzaki na tamten świat.

— Paprycja, my wyłapiemy kobry z dwunastki, a ty zawieziesz je na rentgen. Okej?
— Kurczę, a po cholerę? Mam sprawdzać, czy nie są w ciąży, czy co?
— Nieee, czy nie zeżarły tej brakującej.
A po cholerę rentgen w tym celu? Raz, że do sprawdzenia ciąży służy USG, dwa: żeby sprawdzić, czy wąż coś ostatnio zeżarł (przyjmuję, że rzecz zdarzyła się w ciągu ostatnich 24 godzin), wystarczy na niego spojrzeć, względnie pomacać. No chyba że ten zjedzony wąż był młody i trzy razy mniejszy od innych, ale nic nam o tym nie wiadomo, więc mamy pełne prawo przypuszczać, że dorosły wunsz zjadł drugiego dorosłego wunsza (co nastręczałoby mu pewnych problemów, w końcu długość podobna, a wunsze, jak wiadomo, połykają ofiary w całości). A jeśli ostatnie karmienie było jakiś czas temu: inne węże będą miały – surprajz – puste brzuszki! Więc tym łatwiej wymacać, że któryś ma pełny i jest tak jakby grubszy. Matko borska, naprawdę, przecież wąż to nie pies, że nie wiadomo, czy nie zjadł gumowej kaczuszki, po wężu widać, czy ma coś w środku, małe dzieci już o tym wiedzą, choćby z lektury „Małego księcia”!

No i nie wspominając o tym, że ci ludzie zdają sobie sprawę, że trzymanie ponad siedemdziesięciu węży w jednej KLATCE może się skończyć kanibalizmem, a mimo to nic z tym nie robią...

Aha, no jasne. Jak chcieli, tak zrobiłam. Z fiolką surowicy w kieszeni i Agą, beztrosko wymachującą trzema kobrami zapakowanymi do bawełnianych woreczków, pojechałam na drugi koniec Zamościa do zaprzyjaźnionej lecznicy, na prześwietlenie.
Wait, dlaczego tylko trzema? To jakieś inne kobry od tych siedemdziesięciu sześciu? Były trzymane osobno? MOŻE BY TAK PODAĆ O TYM JAKĄŚ INFORMACJĘ DLA CZYTELNIKÓW?!
No i tak, bawełniany woreczek brzmi jak zajebisty pomysł do przewożenia jadowitych węży. O istnieniu faunaboxów aŁtorkasia pewnie nie słyszała w swej owocnej karierze.
I jeszcze jedno! Druga słodka idiotka WYMACHUJE workiem z wężami. Jeśli wcześniej nie były wkurwione jak dziki rex, to teraz z pewnością są. I czy muszę przypominać o takich pierdołach, jak narażanie na stres i urazy?

Rentgen był zajęty. Siedziały jak na szpilkach w poczekalni, trzymając na kolanach poruszające się niemrawo białe bawełniane woreczki.
I jeszcze na kolanach je trzymają, brawo.

— Słuchaj, one nie użrą przez materiał? — zapytała szeptem Patrycja.
— Co ty myślisz, że ja kobry codziennie na rentgen targam? Pracuję na gadach miesiąc dłużej od ciebie... — odparła Aga również szeptem. — Spoko, dowiemy się jak użrą.
*wali łbem w ścianę*
ZDROWY ROZSĄDEK. Słyszałyście o czymś takim?!

Patrycja zbladła i położyła „bagaże" na podłodze.
— Bierz na kolana, bo zmarzną! — warknęła Aga.
Właśnie dlatego powinnyście były wpakować je do przenośnego terrarium, z termoforem albo innym źródłem ciepła w środku, wy tępe pindy!!! O tym, że mogą kogoś dziabnąć przez bawełniany woreczek, nie wspominając!

— Już wolę żeby zmarzły... — odrnruknęła Patrycja, ale posłusznie wzięła kobry na kolanka.
Miłość do zwierząt wylewa jej się uszami.

— Pamiętaj: jeżeli nagle wrzasnę majtnę kobrami o ścianę i zacznę sinieć, będziesz miała trzy minuty na podanie surowicy. Potem padnę trupem — dorzuciła mściwie.
Okej. Nie mamy żadnej informacji na temat tego, JAKI dokładnie jest to gatunek kobry (oczywiście...), ale biorąc pod uwagę, że to aŁtorkasia, stawiam, że myśli, że istnieją góra dwa (albo uważa, że to jeden i ten sam, nie zdziwiłabym się), czyli kobra królewska i indyjska (okularowa). Działanie jadu kobry królewskiej obejmuje:
– porażenie centralnego układu nerwowego,
– ból na całej powierzchni ciała,
– zaburzenia widzenia,
– zawroty głowy,
– senność,
– paraliż,
– śpiączkę,
– śmierć w wyniku porażenia mięśni oddechowych, kwadrans do pół godziny od ukąszenia.
Działanie jadu kobry indyjskiej jest bardziej gwałtowne, obejmuje paraliż mięśni prowadzący do niewydolności oddechowej, nagłe zatrzymanie krążenia. Śmierć: od kwadransa do dwóch godzin od ukąszenia.
Stawiałabym raczej na kobrę okularową, choć też nie za bardzo. Zatem siedzą sobie w poczekalni zwykłej lecznicy weterynaryjnej, z trzema osobnikami jednego z najniebezpieczniejszych węży na świecie, odpowiedzialnego za większość śmierci od ukąszeń węży w Indiach, w bawełnianych woreczkach na kolankach.
One proszą się o to, by ktoś zginął. Pół bidy jak one, ale w każdej chwili może do nich podejść ciekawski bachor albo czyjś pies... Mało to ludzi, którzy nie uznają za stosowne pilnować swoich podopiecznych? I tragedia gotowa...

Korpulentna niewiasta z lewej, tuląca kwadratowego ratlerka, pochyliła się z ciekawością ku siedzącym sztywno dziewczętom.
— A co panie tu mają? Chomiczki? — Sięgnęła do tasiemki jednego z woreczków, najwidoczniej chcąc zajrzeć do środka.

Patrycja osłupiała. Aga była przytomniejsza — trzepnęła pańcię po ręce i rzekła grobowym głosem:
— Kobry, dobra kobieto, cholernie jadowite kobry.
Szum rozmów ucichł jak nożem uciął. Ratlerkowa pani dwie dziewczynki z królikiem i pan z rottweilerem gapili się z otwartymi ustami to na Agę, to na woreczki.
Pańcia nagle się roześmiała:
— Dobry żart!
Roześmiały się też z ulgą dziewczynki, królik i pies. Tylko pan rottweilera nadal patrzył na woreczki.
— One... one pełzają... — wyjąkał nagle. — Chodź, Brutus! — poderwał się z miejsca. — Zaszczepimy cię innym razem. Spieszę się do pracy.
— Filon wcale nie ma zapalenia gruczołków — oznajmiła pańcia ratlerka, patrząc przed siebie, po czym wymaszerowała z poczekalni w ślad za rottweilerem.
— Ty nie idziesz dzisiaj na angielski? — Jedna z dziewczynek szarpnęła drugą za rękaw.
— Idę! — Wstały obie, ruszając pospiesznie do wyjścia.
— Ej, dzieciaki, królika zabierzcie! — krzyknęła za nimi Aga. — Ale wrażenie zrobiłam — zachichotała, gdy poczekalnia zaświeciła pustkami.
*wzdycha ciężko, bo na nic więcej jej nie stać*

Kobra na zdjęciu wygląda jak ryba: takie zwinięte w precelek ości nawleczone na kręgosłup. Zabij mnie, ale nie znalazłabym ani płuca, ani serca, ani nawet pojedynczej nerki
Friendly reminder, że z tą wiedzą, której brakiem ta kretynka właśnie się chwali, zdążyła przeprowadzić operację na wężu.

W miejscu, gdzie normalne zwierzę ma szyję, wąż ma ogon, w miejscu, gdzie zwierzę ma brzuch, wąż ma nadal ogon; jak możesz się spodziewać: w miejscu, gdzie wszystko inne ma ogon, wąż na szczęście też ma ogon.
Niespodzianka: bardzo łatwo odróżnić, gdzie u węża zaczyna się ogon. Wystarczy spojrzeć na ODBYT. Tak, ta rurka pusta w środku ma odbyt.
Ale och, czego ja się czepiam, przecież to Element Komiczny jest... tylko wiecie, jakoś tak mało śmieszny jest. I chyba wiem dlaczego... BO OSOBA, KTÓRA WYGŁASZA TE BZDETY, JEST JEDNOCZEŚNIE OPISYWANA JAKO GENIALNY WETERYNARZ!

Jedyne, co wypatrzyłabym w tym czarno-białym galimatiasie, to drugi waż. Niestety, szóstej kobry — zaginionej w czeluściach którejś z tych pięciu — nie znalazłam.
Pardon my French, ale kurwa mać, ile tych kobr w końcu jest?! Najpierw była mowa o siedemdziesięciu sześciu, potem na rentgen wiozą trzy, a teraz się okazuje, że tak naprawdę to ich jest tu PIĘĆ?! Aż wróciłam do wcześniejszego cytatu, ale jak byk stoi, że wiozą TRZY kobry! Wygląda na to, że aŁtorkasia, oprócz tego, że pisać, nie potrafi nawet liczyć! I nie mówimy o całkach, mówimy o wyliczaniu: raz, dwa, trzy! Nie, aŁtorkasia nie umie nawet tego!

Po drodze usłyszałam o wszystkich przypadkach ukąszeń pracowników przez jadowite węże. Raz, na przykład, opiekunka jadowitych miała bliskie spotkanie trzeciego stopnia z grzechotnikiem. Gdy zawieźli biedaczkę (razem z surowicą) na pogotowie, pogotowie rozbiegło się w panice po kątach, a kobietka siedziała w poczekalni z puchnącą radośnie ręką i odpływała w niebyt. Wreszcie Plama bohatersko podał biedaczce antidotum
Zacznę od działania jadu grzechotnika teksaskiego (o wiedzę o istnieniu innych gatunków aŁtorkasi nie podejrzewam):
– niszczenie komórek,
– niszczenie erytrocytów,
– destrukcja tkanek mięśniowych,
– paraliż,
– rozległy krwotok,
– zimny pot,
– opuchlizna,
– nekroza tkanek (24-72h po ukąszeniu),
– wymioty,
– duszności,
– obniżenie tętna mogące prowadzić do śpiączki,
– śmierć w wyniku niepodania antytoksyny lub podania jej zbyt późno.
A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś z takimi objawami (niekoniecznie wszystkimi) wpada do szpitala i wiadomo, że ukąsił go grzechotnik, i... nikt nic nie robi, mało tego, lekarze UCIEKAJĄ na jego widok. I surowicę musi podać mu jebany KSIUNC.
Poza tym, niezłe to zoo, kobry, grzechotniki, ciekawe, co jeszcze... Póki co wygląda na to, że gadziarnia składa się wyłącznie z jadowitych węży, pytonów i żółwi morskich.

myślisz, że nie ma w tym nic bohaterskiego? Mylisz się, Kochany, bo gdyby kobietka była uczulona na surowicę, zeszłaby śmiertelnie, a Plama zaraz po niej — na zawał i wyrzuty sumienia.
Akurat jad grzechotnika jest w stanie wykończyć i bez uczulenia: patrz wyżej.

Cóż, od jutra ćwiczę na ludzkich ochotnikach iniekcje dożylne i systematycznie sprawdzam termin ważności surowic.
Tak? I co będziesz tym ludzkim ochotnikom wstrzykiwać dożylnie? Powietrze, żeby ich zabić?

Cały personel zaś przeszukuje Ogród, patrząc pod nogi.
Sorry, ale dupa, nie znajdziecie tego węża, póki kogoś nie zabije (a i wtedy szanse są takie sobie). Jak by była zima, to jeszcze można by mieć nadzieję, że nie wypełzł poza budynek, a jak wypełzł, to i tak zamarznie. Ale mamy w książce pełnię lata, mógł uciec WSZĘDZIE, każdą możliwą dziurą. To szukanie igły w stogu siana.

PS Właśnie zadzwoniła Aga. Muszę streścić Ci tę rozmowę, bo o mało się nie posikałam ze śmiechu.
Aga: Paprycja, czy musisz mieć badania z tych próbek, co je dzisiaj do laboratorium wieźliśmy?
Ja: Muszę.
Aga: Czy to naprawdę było coś ważnego? Nie możesz pobrać jeszcze raz?
Ja: To była wątróbka małej alpaki, której się wzięło i zdechło zaraz po urodzeniu. Cholera wie, co w niej siedziało. Pobrać jeszcze raz nie mogę, bo alpaka jest już skremowana.
Aga: Na krem ją przerobiłaś? (chichocząc głupio)
Ja: Tak. Odmładza o dziesięć lat. Co się stało z próbkami?
Aga: Wiesz... Zaparkowaliśmy pod sklepem i podczas załadunku materaców zgubiliśmy je.
Ja: Materace?
Aga: Nie! Próbki! Ale się nie irytuj! Znaleźliśmy...
Ja: Uff... Całe szczęście.
Aga: Nie ciesz się jeszcze. Były pod kołami naszego samochodu. Chyba po nich przejechaliśmy, jak Józek cofał.
Ja: (milczę).
Aga: Jesteś tam? Słuchaj, torebka się trochę rozdarła, ale wątróbka alpaki nadal w niej była, tylko... trochę bardziej płaska. Właściwie to... no wiesz: całkiem rozplaskana. No dobra, będę szczera: w płynie. Zawieźliśmy ją tam, gdzie kazałaś, i kobietka w laboratorium dała słowo, że coś z tego wykrzesze. Ale jak nie wykrzesze to...?
Ja: (zwijam się ze śmiechu).
I jak tu nie uwielbiać tej pracy?
Hahahahaha, umierające zwierzęta, nieodpowiednie obchodzenie się z próbkami ich wnętrzności prowadzące do ich zniszczenia, hahaha, o Boże, zatrzymajcie tą karuzelę śmiechu...

Czy tylko ja mam dojmujące uczucie żenady przy lekturze tych „Elementów Komicznych”?

Patrysia jedzie samochodem ze złym Łukaszem, który ją podrywa, w trakcie przejażdżki trąbi na pięknego Gabryjela na koniu, koń zrzuca jeźdźca, towarzyszący im pies wpada pod samochód, Patrysia rzuca się na ratunek.

Wielki kudłaty owczarek leżał na boku, pierś unosiła się w szybkim, płytkim oddechu. Z rozbitego nosa ciekła krew. Dziewczyna spraw, dziła puls. Serce pracowało. (...) Podała psu środek powstrzymujący krwawienie i drugi — przeciwstrząsowy. Wbiła się dożylnie i podłączyła psa do kroplówki.
Czemu podała środek powstrzymujący krwawienie? Nie wie, czy ma krwotok wewnętrzny, nawet nie sprawdziła śluzówek, wiemy tylko, że krew cieknie z ROZBITEGO NOSA. Powinno ją za to zmartwić, że pies leży i się nie rusza – to może wskazywać na uraz kręgosłupa. Szybki, płytki oddech może oznaczać uraz żeber.
W celu dokładniejszego zanalizowania tego fragmentu, skontaktowałam się z moim nauczycielem, który jednocześnie jest weterynarzem. Wciąż czekam na odpowiedź, ale jeśli leci z nami inny wet, może się podzielić przemyśleniami na temat poczynań Patrysi. :)

Pies poruszył się, zaskomlał i otworzył oczy. Patrycja odetchnęła głęboko i otarła łzy ulgi wierzchem zakrwawionej dłoni.
Za wcześnie na świętowanie. Wciąż nie wykluczyliśmy urazów kręgosłupa i żeber.

— Nesia. Co z nią? Co z moim psem?
— Jest trochę potłuczona. Jeśli pan pozwoli, zabiorę ją do domu i...
— Nigdzie jej nie zabierzesz! — syknął. - Nie tkniesz więcej mojego psa!
Tak, zabierzesz rannego psa do domu i co zrobisz, w tej rozpadającej się ruderze? Nie masz gabinetu, nie masz narzędzi, nie prowadzisz własnej praktyki lekarskiej, więc nie masz pozwolenia na posiadanie leków, które mogą być ci potrzebne. A jeśli Gabryjel słyszał o twoich wyczynach w zoo, to popieram całym serduchem jego agresywną reakcję.

— Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. Musi mi pan uwierzyć. — Podniosła na mężczyznę proszące spojrzenie, lecz odwrócił wzrok. - Proszę pozwolić zająć się Nesią. Jestem dobrym lekarzem, zrobię wszystko...
Może to pieszczotliwe zdrobnienie, którym sam nazywał psa, sprawiło, że twarz mężczyzny złagodniała.
- Wiem, że jest pani dobrym lekarzem i że zrobi pani wszystko.
Nie! Nie rób tego, nie oddawaj jej psa! Ona nawet nie ma gabinetu, na litość Boga i narodów! Niech go odwiezie do najbliższej lecznicy, ale niech nie próbuje go leczyć w domu!

Patrycję olśniło. O Boże! Ten głos! Te włosy! Już wiedziała, dlaczego nieznajomy wydawał się jej przez cały czas nie do końca nieznajomym. Te on rysował portret Jagi w zoo! To on przyjaźnił się z Dyrektorem! Przejechała przyjaciela szefa! To koniec. Straci ukochaną pracę...
Kobieto, twój kochaś, do którego tak wzdychasz, prawie zabił psa i spłoszył konia, na którym siedział jeździec, a ty się martwisz o SIEBIE? Irracjonalność twojego myślenia stawia cię w jeszcze gorszym świetle, bo nawet nie TY spowodowałaś wypadek, ale to nie przeszkadza ci w martwieniu się wyłącznie o własny tyłeczek, co? A może to dlatego że tak naprawdę zdajesz sobie sprawę, że tylko szkodzisz tym zwierzętom i się boisz, że w końcu wszyscy przejrzą na oczy?

Gabryjela zabiera pogotowie, Patrysia i Łukasz zawożą do jej rudery psa, a koń zostaje przy drodze, uwiązany do drzewa. Łukasz robi Patrysi „takiego wała” i wykręca się od powiezienia jej z powrotem, więc ta idzie kilka kilometrów do konia na pieszo, żeby wierzchem wrócić do domu.
*wzdycha ciężko*
Zostawili konia samego przy drodze, w upalny dzień (Patrysia idzie po „szosie rozgrzanej do czerwoności”; boso lazła czy co?). Samochody, złodzieje, inne zwierzęta, których koń mógłby się wystraszyć, o ryzyku udaru słonecznego nie wspominając... A co tam! Niech se leży, nic mu nie będzie!
No i wraca wierzchem na koniu, który jest „stary jak węgiel kamienny”, ale z jakiegoś powodu nadal się na nim jeździ. Takie niewinne pytanko... czy ta cizia UMIE jeździć konno? Bo żadnych informacji na ten temat do tej pory nie dostaliśmy...

Dopiero pod sam koniec wymuszonej przejażdżki stary koń pokazał, kto tu rządzi: na rozwidleniu dróg nagle ściągnął amazonkę przez łeb. Patrycja padła na wznak. Niby piach na drodze nie był twardy, ale poczuła ten upadek w każdej komórce ciała. Koń spokojnie nad nią przeszedł. Spojrzał za siebie, jakby sprawdzał, czy były jeździec żyje, i poczłapał dróżką skręcającą w prawo — ku wznoszącym się za lasem wzgórzom.
Patrycja zaś, wypatrując gwiazd na słonecznym niebie, podniosła się z trudem i jęcząc, i klnąc na przemian, powlokła do Chatki.
Pozwoliła koniowi samemu iść w pizdu do lasu i sama wróciła do domku. Nie mając pojęcia, czy koń dotrze do domu i czy będzie się miał kto nim zająć. My wiemy, że Gabryjel mieszka sam (żony-szajbuski nie liczę, bo ona jako te wszystkie dzieci z horrorów, tylko stoi w powłóczystych sukniach i się lampi), więc nawet jeśli koń jakimś cudem trafi cały do domu, to nie będzie miał kto go rozsiodłać (odparzenia od siodła gotowe), nakarmić, napoić etc, bo pan domu pojechał do szpitala i kto wie, kiedy wróci (Patrysia zawiązała mu dramatyczny bandaż na głowie, może ma wstrząs mózgu?).
Ta pindzia jest jeszcze mniej odpowiedzialna od mojej poprzedniej... *w porę zatkała sobie usta* 

Dziad borowy, ten, co przysłał do Patrysi hodowcę z jerseyką, przychodzi do niej z chorym psem, który wcześniej zjadł kiełbasę, którą ktoś podrzucił psu Patrysi.

— Co jest Kajtkowi? — zapytała, zmieniając temat.
- Krwawi z przodu i z tyłu — zafrasował się staruszek, pochylając się tym razem nad swoim własnym psem. Jakby na potwierdzenie jego słów chudym ciałkiem psiaka wstrząsnęły gwałtowne torsje. Patrycja zmarszczyła brwi. Raz, na szczęście tylko raz, spotkała się z podobnym przypadkiem. Jeśli rozpoznanie jest trafne...
Było trafne. Kajtek odszedł zaraz potem i było to niełatwe umieranie.
— Otruli mi Kajtusia...
Patrycja, sama płacząc z bezradności i żalu, patrzyła na rozpacz Dziadka. Trutka na szczury, której psiak się nałykał, nie dała pani doktor żadnych szans.
Ugh, jak to jest beznadziejnie napisane... 
W każdym razie, dość szybko po zjedzeniu psiak zszedł, ale ok, pewnie to się zdarza przy dużej ilości (choć ile mogło być tej trutki w kiełbasce?).

Dział ptaków zgłosił okulałego bażanta złocistego — obejrzałam łapkę wyrywającego się rozpaczliwie pacjenta, spojrzałam w niebo, by wymyślić jakąś ładną diagnozę, i zaaplikowałam kilka zastrzyków.
Rentgen? Badanie palpacyjne, czyli po ludzku mówiąc, omacanie kończyny? A kto by sobie zawracał głowę takimi pierdołami, jak można diagnozę zmyślić, a leki podać podług własnego widzimisię? 
aŁtorkasiu, czy ty NAPRAWDĘ nie zdajesz sobie sprawy z tego, co piszesz?

O dziwo, oprócz zwyczajowego „Pyton albinos nadał nie je!", był tylko jeden wpis w Księdze skarg i zażaleń: „legwan ma coś na nosie ", Lubię taką precyzję... Ponieważ miałam dobry humor, dopisałam wołami: „Ludzie! Księga skarg i zażaleń jest dokumentem państwowym! Proszą o używanie języka fachowego!
Przyganiał kocioł garnkowi, dziuniu, która zmyśla diagnozy i wpisuje bzdury po łacinie, żeby nikt się nie połapał, że na leczeniu zwierząt to się znasz jak aŁtorkasia na pisarstwie.

(natychmiast ktoś odpisał — to znaczy Plama, nie ktoś — w tej samej Księdze: „Droga Pani Doktor, gdy zacznie pani wpisywać diagnozy w ludzkim języku, a nie w suahili, my zaczniemy używać jezyka fachowego". Złośliwa bestia. Odpisałam, że używam łaciny, a nie suahili).
Przepraszam, ale żenometr mi zaraz jebnie...

Patrycja niespiesznie ruszyła wzdłuż terrariów ku temu zajmowanemu przez rodzinę legwanów.
Więc jednak istnieją tu terraria! Skoro tak, dlaczego do tej pory w kontekście mieszkań dla gadów, słyszeliśmy wyłącznie o klatkach? To NIE są synonimy, kurtyzana mać!

Pani Lucia, pielęgniarka jadowitych
TECHNIK WETERYNARII!!! Będę to podkreślać tak długo, aż dotrze!

Przez parę chwil Patrycja dokonywała dogłębnej diagnozy przez taflę grubego na palec szkła — tu, w Ogrodzie, mogła jedynie pomarzyć o badaniu lekarskim, jakie zlecało się psu czy kotu w lecznicy. Mierzenie temperatury? Sprawdzanie węzłów chłonnych? Oglądanie spojówek? Zapomnij!
Akurat z gadami jest względnie łatwo. Cechuje je taki mamtowdupizm, że badanie nie nastręcza aż takich trudności. Choć jasne, zdarzają się agresywni agenci, którzy syczą i szykują się do dziabania, jak tylko się trąci kijek, na którym leżą (pamiętam cię, ty bucowaty rhynchophisie boulengeri!), ale na pewno badanie jest o wiele łatwiejsze niż w przypadku chędożonego LWA.

Po pawilonie kręcili się zwiedzający, a personel nie przepadał za odłapywaniem zwierząt w obecności gości. Zaraz w „Codzienniku Zamojskim" ukazywały się listy do redakcji, że w zoo znęcają się nad zwierzętami i należy zamknąć nie tylko tych sadystów, lecz także wszystkie ogrody zoologiczne w Polsce.
No i w tym wypadku by akurat dobrze zrobili...

Skutek był taki, że legwan został wyciągnięty z terrarium na oczach zachwyconej widowni. Widownię tę stanowiło ze dwudziestu pierwszoklasistów na wycieczce szkolnej (bo raczej nie na wagarach). Dzieciaki zbiegły się i otoczyły zwartym kręgiem trójkę aktorów, to jest panią Lucię, Patrycję oraz legwana w roli głównej. Przedstawienie się rozpoczęło: pani Lucia, zaciskając z niezadowołeniem usta, usiłowała zniewolić wyrywające się zwierzę, Patrycja w nieco drżącej dłoni dzierżyła oręż — skalpel i dwie strzykawki z lekami, a legwan jak to legwan — wyrywał się...
Właśnie dlatego takie zabiegi przeprowadza się przed otwarciem zoo. Mało tego, niektóre pawilony są otwierane później, niż cały ogród; tak było tam, gdzie robiłam wolontariat. Zoo od dziewiątej, wiwarium od dziesiątej. Dawało nam to dość czasu, by od siódmej trzydzieści zrobić obchód, w razie problemów dryndnąć do weterynarzy, że coś jest nie halo (tak, a nie, że sobie wpisują w książeczkę i lekarz dowiaduje się o problemach osobiście, dopiero jak przytaszczy cztery litery do pawilonu bór wie kiedy!) i ogarnąć część wystawową, żeby było ładnie i czysto. Spokojnie można to było zrobić BEZ widowni. A jak już się zdarzyło jak powyżej, to przecież można iść z zabiegiem na zaplecze... Przecież machanie skalpelem i wściekłym legwanem to zagrożenie również dla zwiedzających!
W naszym zoo były przecudnej urody legwany fidżijskie, które z koleżanką ochrzciłyśmy Księżniczka i Księciunio. Były najsłodszymi gadami na świecie, które jadły banany z ręki i ochoczo chciały wejść na głowę. Minus był taki, że miały SZPONY JAK BRZYTWY i jak Księciunio się przespacerował po gołej ręce, to zupełnie niechcący robił teksańską masakrę piłą mechaniczną. I tu pytanie: czy którakolwiek z obsługujących legwana z cosiem na nosie kobiet założyła jakieś grube rękawice? Cóż... JEDNA z nich na pewno nie...

wyciągnęła rękę w stronę wijącego się legwana i... Zwierzę kłapnęło szczękami. Dwa palce zniknęły w jaszczurzej paszczy. Dzieciarnia wydała zgodne „oooch". A Patrycja...
Gdyby wykazała się hartem ducha i poczekała, aż opiekunka uwolni przytrzaśniętą kończynę, skończyłoby się może na dwóch rankach. Ale dziewczyna odruchowo wyszarpnęła dłoń z paszczy lwa. I to był jej błąd. Na twarze aktorów i widzów trysnęła krew.
Nie skończyłoby się na dwóch rankach. Miałam zarzucić zdjęciem, ale nie będę gorszyć nieproszona, zamiast tego łapcie linka z ładnymi opisami (trigger warning: KREEEF). Krótko mówiąc, może się skończyć duuużą ilością szwów.
Ale ta krew tryskająca na twarze to już nie jest hiperbolizacja, to jest przeskakiwanie chędożonego rekina...
Z ropniem u legwana nie zrobiła nic, tylko wbiła na oślep igłę i podała leki. Jakie? A cholera wie!

Potem, czując się jak umierający żołnierz, który spełnił swój patriotyczny obowiązek, powlokła się, znacząc drogę przemarszu kroplami purpury, do gabinetu Plamy, gdzie, jak pamiętała, wisiała najbliższa apteczka.
W każdym pawilonie, na każdym dziale, MUSI być w pełni wyposażona apteczka. Konieczność łażenia z otwartymi ranami po całym zoo, pełnym zwiedzających, to skandal.

Patrysia mdleje, cholera wie dlaczego. Na widok krwi? No, to zajebista z niej weterynarz...

— Tak lepiej. Zdezynfekujemy, a potem zabandażujemy.
— Dyrektor zniknął z jej poła widzenia, ale zaraz znów się pojawił. — Trochę zaboli — uprzedził i...
„Trochę?!", chciała wrzasnąć, gdy chlusnął na otwartą ranę jodyną.
Jodyny nie leje się na otwarte rany, to raz.
Dwa, legwany mają zęby jak piranie, a ta kretynka wyszarpnęła jej palce z pyska. Nie ma takiej opcji, że nie jest wymagane szycie. Tu nie wystarczy chlusnąć jodyną (na otwartą ranę, Dziżas) i owinąć bandażem, tu trzeba lecieć kłusem zapierdalającym na pogotowie.

— Jak mi aligator dłoń poszarpał, sam sobie szyłem i proszę — podetknął Patrycji rękę pod zasmarkany nos — nawet śladów nie ma.
Okej, może dyrektor ma jakieś doświadczenie lekarsko-weterynaryjne, może z jakiegoś powodu ktoś mu pozwolił SAMEMU szyć sobie rękę... Ale NIE MA TAKIEJ OPCJI, żeby po ugryzieniu ALIGATORA nie został mu żaden ślad. Skoro ugryzł tak, że było potrzebne szycie, to samo to zostawiłoby blizny, a on jeszcze na dokładkę sam to sobie szył! JEDNĄ RĘKĄ!

Gdy, słaniając się, dotarłam do mojego gabinetu, pod którym parkuję forda, Kuba już czekał z nićmi chirurgicznymi, mając widać nadzieję na udzielenie mi fachowej pomocy, czyli założenie szwów.
(...)
Gdy Kudłaty chwycił mnie za ranną kończynę i zerwał bandaż... chyba zemdlałam.
Od dwóch dni jestem na zwolnieniu. Ręka boli mnie cała, od czubka naderwanych palców do łokcia. Piotrek, chirurg z karetki, szprycuje mnie zastrzykami („za późno się zgłosiłaś, serdeńko ") — więc boli mnie także dupsko.
Widzisz, tak się kończy nieprawidłowa kolejność działań w leczeniu. Może byś tak wyciągnęła wnioski?!
Poza tym, zwolnienie z powodu kilku szwów na dwóch palcach? 

PS Pieprzonemu legwanowi zaczęło się poprawiać. Oby zdechł.
Obyś TY zdechła, durna cipo.

Kolejny żenujący Element Komiczny: Patrysia opowiada przyjaciółce bzdury na temat tego wydarzenia: że legwan był wielki jak krokodyl, że trzymało go czterech chłopa, że kąsał pięć razy, a ona w stanie śmierci klinicznej trafiła do szpitala, a jej przyjaciółka – hihihi! – jest taką głupią blondi, że we wszystko wierzy i szlocha nad losem Patrysi.

Patrysia, idąc przez wieś, zauważa sąsiadkę topiącą małe kotki w wiaderku. Zabiera ostatnie żywe kociątko razem z kocicą. Tyle dobrego, ale jak zaraz przeczytam, że nalała kotce mleka do miski...

Wierzę natomiast, że lew uderzeniem łapy miażdży kark zebrze. Wcale nie musi używać zębów, by zabijać.
Jeśli chodzi o człowieka, to pewnie nie, ale co do zebry, to właśnie tak zabijają: zębami, NIE pazurami. Chwytają zębami gardło i duszą, póki zebra nie zejdzie. Reszta stada w tym czasie już zaczyna się zajadać.

Patrysia próbuje pobrać krew nieprzytomnej tygrysicy, ogoliła jej już obie łapy i nadal nie może się wbić w żyłę, aż w końcu...

Ja naprawdę musiałam pobrać tę cholerną krew! — uczyniłam więc krok kamikadze: wbiłam się w żyłę na szyi, którą ma każdy zwierzak
I to już bez golenia, bez odkażania, bez niczego. A wokół stoi ekipa telewizyjna i filmuje jej niekompetencję... tylko po to, by zaserwować Element Komiczny w postaci mdlejącej redaktorki i kamerzysty zaraz po niej. No boki zrywać.

wbiłam się w żyłę na szyi, którą ma każdy zwierzak (chyba nawet wąż — rurka pusta w środku).
A ty nadal z tą rurką? Czemu tak bardzo podkreślasz swój debilizm? To nie było śmieszne nawet za pierwszym razem!

— Czarne pantery, pani doktor — zaczęła — są najgroźniejszymi z kotów drapieżnych, bo za cel swego życia obierają: upolować człowieka. Taką mają ambicję: dopaść i uszkodzić. Jeden jedyny raz oparłam się o kraty klatki przy podnoszeniu drzwiczek. To były ułamki sekund, nie wiem, kiedy kot zaatakował, nie zauważyłam ruchu. W jednej chwili leżał po drugiej stronie klatki, rozkosznie rozwalony na słoneczku, w następnej orał mi pazurami przedramię. — Tu pokazała blizny... Głębokie i paskudne. Źdźbło trawy jakoś tak samo wypadło mi z ręki. Ale już nazajutrz karmiłam Jagę trawą jak zwykle.
Ach, ach, no popatrzcie tylko, pantera-ludożerca je naszej cudownej Patrysi z ręki, a ona się wcale nie boi, ach, ach...
I gówno prawda z tym polowaniem na ludzi, ale dobra, to pogląd innej osoby.

Jak już wspomniałam, z Jagą łączyły mnie więzy sympatii — jednostronnej — i gdy dwa tygodnie temu ujrzałam ją chorą, zasmarkaną i ciężko dyszącą, postanowiłam wreszcie zdiagnozować to coś, to jest zbadać kocicę naprawdę, a nie z odległości pięciu metrów i to przez kraty.
NO WRESZCIE. Ale zaraz się okaże, że i tak za późno.

Wiesz, to wydaje się takie proste, wydać polecenie: „Dziś kładziemy Jagę". W rzeczywistości to cała akcja, na którą zebrało się ośmiu ludzi: pielęgniarze
TECHNICY. WETERYNARII.

Plan był taki: kładziemy Jagę, po czym jadę z nią na rentgen do lecznicy (notabene przez całe miasto), a drugi samochód z wszelkimi materiałami, które pobiorę (krew, wydzielina z nocha i co tam chcę) jedzie w tym samym czasie do zaprzyjaźnionego szpitala, gdzie na cito zrobią badania, tak bym niewybudzonemu kotu mogła zrobić to, co będzie trzeba.
To jest najbardziej poroniony plan ze wszystkich poronionych planów, o jakich w życiu słyszałam. Wszystko – wszystko! – czego potrzebują, mogą przywieźć na miejsce, do swojego gabinetu, zamiast taszczyć przez pół miasta nieprzytomną panterę i srać ze strachu, że się wybudzi. Na upartego nawet aparaty do morfologii i biochemii mogą ściągnąć, to nie jest duże, więc kwestia transportu na pewno nie byłaby problemem, do obsługi też można kogoś zgarnąć, choć każdy (albo prawie każdy) technik się tego teraz uczy na praktykach. O przenośnym rentgenie już pisałam, więc nie będę się powtarzać. Aha, właśnie, napisałam w poprzedniej części, że akcja dzieje się w czasach prefacebookowych, bo wydawało mi się, że ten gniot był wydany sto lat temu, ale okazało się, że pierwsze wydanie przypada na rok 2008 – a piszę o tym teraz dlatego, że jest jeszcze kwestia wywołania zdjęcia. Ciężko mi się dokopać do tej informacji, ale wygląda na to, że już wtedy istniała możliwość otworzenia zdjęcia na komputerze, bez konieczności wywoływania zdjęcia w specjalnym aparacie. Ale ok, nie wiem na pewno, może niekoniecznie w Polsce, może to było wtedy za drogie dla większości lecznic, bla bla. W każdym razie, mogli to zrobić na mnóstwo innych sposób, niezakładajacych jeżdżenia po mieście z panterą...

Kocica dostała w dupsko dosyć niską dawkę narkozy (zawsze przecież mogłam dorzucić), zamknęliśmy drzwi, co by sobie przysypiała spokojnie, i oddaliśmy się pogawędkom. Po trzech minutach poszłam sprawdzić, jak się ma moja ulubiona pacjentka. Wchodzę na zaplecze, patrzę, a tu moja Jaga leży z sinym jęzorem na wierzchu, wytrzeszczonymi oczyma i... dusi się. Tylko rzężenie słychać.
Gratulacje za zostawienie pacjenta bez opieki.

I teraz Amre, zagadka: co w tej sytuacji robi doświadczona weterynarka ogrodu zoologicznego? Odpowiedź: nic.
Żartujesz, prawda? Zwierzę się dusi, a ty uważasz, że nie powinnaś robić NIC? Myśl! Dusi się, ma siny język, co jej jest? Zadławienie? Wstrząs anafilaktyczny? Raczej to drugie, bo właśnie dostała zastrzyk, więc... RUSZ DUPĘ! Adrenalina domięśniowo, coś na rozszerzenie oskrzeli, zaraz może być potrzebny masaż serca, ruchy, ruchy!

A co zrobiłam ja? Wpadłam do klatki (z żywą panterą, która to całe życie poluje na człowieka, przypominam), zostawiając drzwi otwarte, padłam na kolana, chwyciłam głowę kota w objęcia i — o wstydzie! — zalewając się łzami, zaczęłam błagać:
— Jaga, nie umieraj! Jaga, nie umieraj!
Na szczęście Jaga umarła.
Huh, coś sporo filmików w tej analizie, co? Cóż, tylko nieokiełznana furia w wykonaniu Kylo jest w stanie zilustrować moje uczucia do tej sceny. A gifów w dobrej jakości nie znalazłam. Sorry not sorry.
Czy muszę wyliczać, co jest nie tak w tym obrazku? Nie? Dobrze. Przejdźmy dalej.

Kuba posłusznie podetknął jej pod nos kawał ligniny. Patrycja mogła wrócić do sekcji.
— No i zobacz, facet, czym ona niby miała oddychać? Raczysko zeżarło jej całe płuca.
Rzeczywiście, większą część klatki piersiowej pantery zajmował nowotwór, zwierzę zaś oddychało strzępkiem wielkości Patrysinej dłoni. Nie miało szans na wyleczenie, co trochę — trochę — pocieszyło zabójczynię.
KURWA NO NIE
A PIAĆ OD NOWA
Wiecie, rak to nie jest coś, co wyrasta z wtorku na środę. To w niej rosło miesiącami, może latami. Nikt wcześniej nie pomyślał o głupim badaniu krwi, z którego już by można zacząć się czegoś w tym temacie domyślać? Czy mieli zamiar jej ustawiczne problemy z oddychaniem ciągle zbywać machnięciem ręki? Cóż, Patrysia miała, biorąc pod uwagę fakt, że nie zleciła badań OD RAZU, tylko ślepo uwierzyła w diagnozę ksiundza, że musi zapalenie płuc! Na tym etapie już by jej i tak nie uratowała, ale mogła przecież bohatersko zdecydować o skróceniu jej cierpienia – przecież to poważna decyzja, a tu na dokładkę podejmowana na temat cennego przedstawiciela gatunku (w ogóle ciekawostka i wiadomość dla aŁtorkasi: NIE ISTNIEJE taki gatunek jak „czarna pantera”, to określenie stosowane wobec wielkich kotów z rodzaju panthera [np. jaguar, lampart] dotkniętych melanizmem). Tak ładnie można by opisać ten dylemat! Ale nie, najlepiej zrobić z wielkiej pani weterynarz idiotkę, która zamiast zwierzęta leczyć, to je błaga, żeby nie umierały.

— Cieszę się, że panią widzę całą i zdrową — tymi słowami przywitał Patrycję Pierwszy Po Bogu. — Pani wyczyn przejdzie do historii tego Ogrodu. „Jaga nie umieraj, Jaga nie umieraj". Że też mnie przy tym nie było...
Patrycja poderwała głowę. W oczach Dyrektora ujrzała, owszem, dezaprobatę, ale i iskierki rozbawienia.
Dlaczego...? Dlaczego tym w tym ksioopku nikt nie zachowuje się jak racjonalna istota ludzka...?

— Kiedyś sam miałem takiego ulubieńca. Lwa. Wychowałem go na butelce. Chodził za mną po całym Ogrodzie, krok w krok, jak pies. — Dyrektor uśmiechnął się do wspomnień, a Patrycja, widząc oczyma duszy tę scenę: mężczyznę z drepcącym obok potężnym lwiskiem, aż westchnęła w zachwycie.
— I co się z nim stało? Został w Szczecinie? — wiedziała, że Dyrektor tam właśnie wcześniej pracował.
— Nie. — Twarz mężczyzny spochmurniała. — Otruli mi go.
Kto „otruli”? I dlaczego? Ta historia się prosi o porządne backstory, żeby móc się odpowiednio popastwić nad jej bezsensownością.

— Nie zwolni mnie pan, prawda? — miauknęła błagalnie.
Pokręcił głową.
— Byłbym głupcem, gdybym to uczynił
Właśnie nie! Właśnie WTEDY byś głupcem nie był! Zwolnij ją, póki ma na sumieniu tylko panterę i całe akwarium żółwi, BŁAGAM!

Patrysia już, już się ma dowiedzieć, jaką dostanie karę, gdy zjawia się Deus ex machina w postaci Gabryjela i rozgrywa się wielka drama, nad którą nie będę się pochylać, bo jest głupia jak stołowe nogi i nie dotyczy tematu analka. W każdym razie, Patrysia ucieka i kary nie dostaje.

— Czy pani doktor zna się na krowach? (...)
Cóż, jak przystało na wiejskiego oraz zoologicznego lekarza, Patrycja znała się na wszystkim.
BOOOŻEEE...

Podczas gdy dwaj mężczyźni w ponurym milczeniu wieźli ją bezdrożami do pacjentki, ona zdążyła przeczytać rozdział o cesarskim cięciu u krów, koni oraz kóz i owiec na wszelki wypadek.
Czyli tak się zna na wszystkim, że uczy się po drodze do pacjenta, no, spoko. O tym, że cięcie cesarskie może w ogóle nie być potrzebne, nawet nie pomyślała.
Okej, to nie jest nic złego ani nawet niecodziennego, że lekarze weterynarii niektóre tematy muszą sobie doczytać, po to mają na zapleczu półki uginające się od podręczników, by z nich korzystać, ale... Ona mimo tego uważa się za eksperta. I zabiera się do leczenia, nie mając zielonego pojęcia o NICZYM.

— Przodowanie pośladkowe.
— Co?! — Franek wytrzeszczył oczy.
— Znaczy dupą cielak idzie — przetłumaczył Janek.
— Aaaa... — rozległo się chóralnie, a wszyscy pokiwali głowami ze zrozumieniem.
— Trzeba ciąć — orzekła Patrycja.
Nie trzeba od razu ciąć. Trzeba to najpierw spróbować obrócić cielę do odpowiedniej pozycji. To się da zrobić, naprawdę. No, ale łatwiej od razu rżnąć...

— Gówno tam, niech zdychają. Babie kroić nie dam. — Splunął i chciał wyjść, gdy zatrzymało go spokojne:
— Zapłacisz pan, gdy operacja się uda. Jeśli nie, ja zapłacę: i za krowę, i za cielaka.
I czym za to zapłacisz? Cały kredyt przepierdzieliłaś na remont swojej rudery, własną krowę i dojarkę dla niej, o dalszym utrzymaniu parzystokopytnej nie wspominając. Rzuciłaś taką ofertę, to teraz rolnik zwietrzy frajerkę i zaśpiewa sobie wygórowaną cenę – i co zrobisz?
Ach, no ale o czym ja mówię, przecież to oczywiste, że operacja się uda...

— A doktorowa cesarkowała już kiedyś? — zapytał nieśmiało Janek.
— Asystowałam.
Nie pozwoliłabym jej. Obdzwoniłabym całe województwo w poszukiwaniu innego weterynarza.

Patrycja uśmiechnęła się lekko, znieczuliła okolicę cięcia, odkaziła, poczekała, aż środek znieczulający zadziała, po czym zmówiła w myślach zdrowaśkę, wzięła głęboki oddech i... jednym pociągnięciem skalpela rozcięła krowie brzuch.
Tego się nie robi jednym cięciem, do ka nędzy. Kolejno rozcina się kolejne powłoki, żeby nie rozwalić naczyń krwionośnych i wszystkiego w środku. W ten sposób można rozcinać co najwyżej TRUPY przy sekcji. 

Trysnęła krew.
Byś rozcinała jak trzeba, to by nie tryskała...

Jeden z pomagierów padł jak długi.
Ludzie naprawdę nie są tak wrażliwi, by przy każdym popisie pani dochtór mdlała połowa z nich. A już zwłaszcza rolnicy, którzy sami często zabijają kurki czy świnki na obiad. No ale trzeba podkreślić, jakie te chłopy wrażliwe, a Patrysia dzielna... choć sama na widok WŁASNEJ krwi straciła przytomność dwa razy.

Patrycja, ignorując obelgę, wskazała z niejaką uciechą czarną klacz żującą owies w boksie obok. Hania, nic nie rozumiejąc, patrzyła przez jakiś czas to na przyjaciółkę, to na konia i wreszcie... zrozumiała.
— Niee... Nie wierzę... Nie rób mi tego! Zamieniłaś forda na...?!
— Zawsze marzyłam o rasowej klaczy. Czarnej jak noc.
Tak. Patrysia, nie śmierdząca ani groszem, ani rozumem, sprzedała samochód i kupiła rasową arabkę. I trzyma ją tam, gdzie rasową krowę: w oborze grożącej zawaleniem. Mogłabym znowu zapytać, za co będzie kupować siano i paszę. Mogłabym znowu zapytać, gdzie będzie wypuszczać klacz na pobieganie i popas. Mogłabym znowu zapytać, czym opłaci kowala. Mogłabym zapytać, kto będzie doglądał tego wesołego inwentarza, kiedy ona pół dnia spędza w zoo, do którego musi dojeżdżać kawał drogi autobusem. Ale wiecie co? Nie zapytam. Bo wiem, że aŁtorkasia ma w dupie, że wykreowała swoją bohaterkę na skrajną idiotkę, nieodpowiedzialną i zarozumiałą na tyle, by wierzyła w swoją wspaniałość, z którą nijak nie da się sympatyzować. I to sprawia, że i ja mam to wszystko w dupie.

Hanka wywróciła oczami.
— I co z nią robisz?
— Uprawiam seks.
Chyba już ustaliliśmy, że żarty o zoofilii są nieśmieszne?

Patrysia wsiada na swój nowy nabytek, nabytek wyrywa do galopu, zapier...nicza tak przez całą wieś wte i nazad, i na koniec zwala Patrysię z siodła przed pubem. Czyli wychodzi na to, że Patrysia NIE umie jeździć konno. Ktoś, kto naprawdę umie obchodzić się z końmi, potrafiłby zapanować nad koniem, który wyrywa się pod nim do galopu.

Pociągnęła Łukasza za sobą i pognała do Chatki, gdzie pod płotem grzecznie czekała czarna klacz.
Aha, czyli klacz sobie sama wróciła do domu, a Patrysia, jak zwykle, nie przejęła się w ogóle swoim inwentarzem szwędającym się swobodnie po wsi.

Na imprezie integracyjnej bizon grzęźnie w błocie. 

Patrycja bez słowa odwróciła się na pięcie i pognała do ambulatorium po strzelbę. Za chwilę miała zrobić coś, czego absolutnie robić nie było wolno.
W przypadkach naprawdę dużych zwierząt używamy środka, który je kładzie, w małych dawkach i dosyć szybko. Nie po piętnastu minutach, a po trzech (filmy, na których zwierzę po oddaniu strzału pada na pysk, należy między bajki włożyć, chyba że na tych filmach podają mu coś, czego ja nie znam). Ten cud-specyfik ma jedną wadę. Hmm... Poważną wadę. Jest śmiertelnie niebezpieczny dla człowieka. Wystarczy, że zakłujesz się igłą, którą nabierałeś immobilon, a schodzisz śmiertelnie.
WOAH, research. Owszem, Immobilon jest śmiertelnie niebezpieczny dla ludzi i owszem, draśnięcie igłą może wystarczyć, by zabić. Ale. Mam kilka wątpliwości.
Primo, czy naprawdę sytuacja naprawdę wymaga użycia tak niebezpiecznego środka, również dla zwierzęcia? Nie dzieje się nic strasznego, bizonowi ugrzęzły tylko nogi, nie tonie w gęstym bagnie, może swobodnie oddychać. Spokojnie mogliby poczekać na działanie innego anestetyku, nawet i pół godziny.
Secundo, dobrze zwierzowi podać coś na uspokojenie, żeby zredukować mu stres, ale po co od razu go kłaść pokotem? Przecież kawał nieprzytomnego cielska będzie jeszcze trudniejszy do obsługi, jakby bizon był przynajmniej trochę przytomny, to zawsze mógłby „pomóc” sobie i innym, choćby przebierając nóżkami i próbując wyjść z błocka o własnych siłach.
Tertio, czy cizia ma na podorędziu antidotum? Narcan, M5050? Nie gwarantują cudownego ozdrowienia, ale znacznie zwiększają szanse na przeżycie do czasu znalezienia się pod profesjonalną opieką medyczną.
  
Legendy, które krążą o tym leku, sprawiają, że lekarz nigdy nie tknie fiolki, jeśli nie ma w zasięgu ręki drugiej — z odtrutką. A w wielu ogrodach jest wymóg, że musi asystować lekarzowi ktoś, kto w przypadku kontaktu z tym zajzajerem będzie na tyle przytomny, by umierającemu w drgawkach i z pianą na ustach (tak właściwie nie wiem, jak się na to umiera, wiem, że szybko) wbić się dożylnie i podać antidotum. W moim też był taki obowiązek. Sama go wprowadziłam.

A skoro wprowadziłam, to na chwilę mogłam wyprowadzić, no nie?
Ma antidotum, wie, że od niego może zależeć jej (albo czyjeś!) życie, ale mimo to nie bierze go ze sobą, bo nie.
Patrycjo, jesteś głupia i zasługujesz na to, by umrzeć.

— Łukasz! — Mój towarzysz, który przed chwilą się zmaterializował, oglądał z obrzydzeniem (ale i z fascynacją) zdechlaki przygotowane do porannej sekcji.
Wait, what? Czy mam przez to rozumieć, że dzień w dzień w tym zoo umiera tyle zwierząt, że co dzień rano czeka cała kupka przygotowana do sekcji?
Odebrało mi mowę tak z deczka...

Patrysia daje strzykawkę z odtrutką (jedną, a podawać należy 2-3 ml w odstępach co 2-3 minuty...) kolesiowi, który nawet nie będzie obecny przy akcji z bizonem.

Ja na sukienkę narzuciłam fartuch, szpilki zamieniłam na kalosze, przewiesiłam sobie strzelbę przez ramię i pognałam na wybieg. Zgromadzeni dookoła mężczyźni z obsługi parsknęli na mój widok śmiechem. Spojrzałam na siebie skonsternowana.
— Wygląda pani jak dziecko wojny.
Jak mnie to wkurza, że powtarzają się tu całe frazy. Dwa razy Patrysia „wbijała się nieważne gdzie, byle w zwierzę”, parę innych podobnych zdań też mi się rzuciło w oczy, a ten tekst z dzieckiem wojny z kolei pojawił się w „Grze o Ferrin” (dlaczego ja to pamiętam?), którą to „Grę o Ferrin” Patrysia pisze na laptopie... Tak, w tym michalakowersum Patrysia jest autorką Ferrinu.

No tak, palmerka sięgała mi od ramienia po kostki, bo ja krótka jestem, obijając się o te ostatnie boleśnie.
Wtf is palmerka? Nawet Google nie wiedzą. Brzmi, jakby chodziło o strzelbę, więc zajrzałam do słowniczka łowieckiego (tak, mam takowy na półce, acz wiekowy), ale też nic. Albo jakiś kosmiczny anachronizm, albo nie wiem co...
[EDIT] Babatunde Wolaka umie googlać lepiej ode mnie i odkrył, że chodzi o strzelbę Palmera

— Gryplan jest taki: wy odganiacie, my przeciągamy pasy, żeby podczepić gadzinę pod ciągnik, Patrycja w razie czego strzela.
W razie czego? Więc zamierzają wszystkie te operacje robić na w pełni przytomnym, wystraszonym bizonie, a jak by się zaczął rzucać, to mu, kolokwialnie mówiąc, obuchem przez łeb, żeby nie utrudniał? I ma strzelać w kierunku, w którym stoją ludzie, mimo że w sumie to ona nie potrafi strzelać? Co ci ludzie mają w głowach?!

Bizonka leżała spokojnie, tylko po wielkich oczach widać było, jak bardzo jest przerażona.
— My z Piotrkiem ją uniesiemy, Darek spróbuje przeciągnąć pas — wydał rozkazy Plama.
Waga dorosłego bizona amerykańskiego waha się między 450 a 1000kg, także ten, powodzenia z tym unoszeniem.

Nagły krzyk z góry: — Uciekajcie! Lecą! — sprawił, ze serce zamarło jej w pół uderzenia. Gnało na nich stado bizonów.
Dlaczego nie zostały gdzieś zamknięte przed rozpoczęciem akcji? MUSI istnieć jakaś zagroda albo stajnia, albo coś takiego, choćby po to, by ułatwić pracownikom bezpieczne sprzątanie wybiegu. Bizon to nie krowa, nie musi mu się podobać, że ktoś mu łazi po terytorium i może zrobić poważną krzywdę. No, ale bez tego nie byłoby akcji...

Patrycja...
Patrycja mogła tylko stać jak słup soli i ogromniejącymi oczyma wpatrywać się w galopującą śmierć.
Słyszała krzyki:
— Na Boga, uciekaj!
— Co ona robi?!
— Uciekaj, kobieto!
Ale nie mogła uciekać.
Mogła tylko patrzeć.
Boże, niech jej nikt nie ratuje, niech ją stratują...

Wtem ktoś wyszarpnął strzelbę z jej objęć, a potem stanął między nią i szarżującymi bizonami. Holender [boski Gabryjel] strzelił, prawie nie celując. Amre... może w filmie miało się to prawo zdarzyć, ale nie w prawdziwym życiu. Bizon dostał prosto między oczy... Stanął jak wryty — a wraz z nim stanęły i samice — i tak stał długą chwilę, zezując na czerwony frędzel znaczący strzykawkę — wyglądał przekomicznie z tym pomponikiem na czole — może w innej sytuacji bym się uśmiała, ale... w tej straciłam poczucie humoru.
Hm, ciekawe, czy strzał między oczy podziałałby lepiej lub gorzej. 

— A ty — rzucił przez ramię do Patrycji — jesteś tak głupia czy tak odważna?! Uciekaj, kretynko!
— Nie mogę — wykrztusiła przez zaciśnięte gardło.
— Kalosze mi wessało.
— Co?! — W pierwszej chwili nie zrozumiał, wywarczała więc:
— Kalosze mi błoto wessało. Nie mogę się ruszyć.
Na wybiegu bizonów robi się takie błoto, że grzęzną w nim ludzie i zwierzęta, i nie mogą się wydostać. Dlaczego nikt z tym nic nie robi?

Dalej to już była bułka z masłem: po kilkunastu próbach przeciągnęliśmy pitolone pasy pod pachami bizonki, ciągnik wywlókł zwierzaka z błota i... mogłam wracać na ognisko.
Akcja wyciągania konia, który ugrzązł w błocie, trwała dobre trzy godziny. Bizon waży dwa razy więcej. Ale nie, szast-prast i gotowe, akcja ratunkowa instant, nikt się nawet nie zmartwił jego losem.

Miała jedynie tyle sił witalnych, by dowlec się z Wiedźmą na tę cholerną łąkę. Tam, zamiast przybić krowę palikiem i wracać do Chatki, by wypatrywać Amrego, dopełzła do cienia rzucanego przez rachityczną gruszę i, opierając się o pień, zaczęła pleść wianek z koniczyny.
No ale przybiła ten palik czy nie?!
Okej, więc dowiadujemy się, że wyprowadza krowę na jakąś daleko położoną łąkę. Czyja to łąka? Dogadała się z właścicielem, czy zobaczyła, że ładna trawka, to se tu będzie krówkę przyprowadzać? Jak mój sąsiad miał kiedyś krowy, to byliśmy umówieni, że niech sobie chodzą po naszej łące, one się najedzą, trawy nie trzeba będzie strzyc i wszyscy są zadowoleni. Ale tyle razy było podkreślane, że nikt tu biednej Patrysi nie lubi, że wyobrażam sobie, iż właściciel łąki kazałby sobie słono płacić za wypasanie na niej krowy...
No i gdzie w tym wszystkim kara arabka? Ona nie jest nigdzie wyprowadzana, wypuszczana, żeby pobiegała? Palikiem konia nie przytwierdzi do ziemi, potrzebuje jakiejś ogrodzonej działki. No więc? Koń ma tylko stać i pięknie wyglądać, co?

Rozespana Haneczka, która cała w przezroczystych tiulach i koronkach, stanęła w drzwiach Chatki, przeciągając, i ziewając rozkosznie, nagle oprzytomniała, widząc przyjaciółkę zaprzęgającą do wozu drabiniastego swą rasową klacz.
Kara klacz czystej krwi arabskiej.

Wóz drabiniasty.
Borze, ty widzisz i nie szumisz...

Patrycja dopięła sprzączkę chomąta. Koń wierzgnął, trafił w dyszel i się zdziwił.
Koń ewidentnie nieprzyzwyczajony do zaprzęgu, wpychany na siłę w chomąto. Świetny pomysł. Wielka miłośniczka i znawczyni koni, proszę państwa.

— Będziemy zwozić siano.
— Zołzą?
— Zołzą. — Takie imię nosiła Sheridana od czasu pamiętnej galopady, zakończonej iście kaskaderskim szczupakiem przez płot, pierwszej i ostatniej w karierze jej pani. Więcej Patrycja ryzykować życiem nie zamierzała. — Niech chociaż do tego się przyda ten darmozjad.
Głupi kuń nie chce łagodnie nosić swojej pańci, by ta mogła w zwiewnych sukniach pozować na tle zachodzącego słońca, to głupi kuń będzie woził siano wozem drabiniastym. Jak bym była poprzednim właścicielem i to zobaczyła, zażądałabym natychmiastowego zwrotu.

Zołzo, wio! — Klepnęła klacz w zad, a ta parsknęła wściekle i chciała oddać uderzenie, ale kopyto ponownie nadziało się na dyszel wozu. Obejrzała się zdumiona, by w następnej chwili swoim zwyczajem wyrwać z kopyta, ale tym razem się nie dało. Wóz był za ciężki i nie chciał skakać przez płot. Koń, istota o mózgu nie większym od mandarynki, doszedł do wniosku, że w tej sytuacji najlepiej... się położyć.
No patrzcie, jakie te konie głupie! Przyczepisz takiemu pierwszy raz w życiu coś wielkiego, ciężkiego i hałasującego, żeby się mu ciągnęło za zadem, a on nie wie, co z tym fantem zrobić! Hohoho, konie się nadają tylko do wyglądania ładnie!

Patrycja przekręciła kluczyk i bizonem [traktorem] szarpnęło do przodu tak wściekle, że dziewczyna wyrżnęła mostkiem w kierownicę.
Jeśli pojazd wyrwał do przodu, to ona powinna polecieć do tyłu...

Jadą po siano na łąkę. Nie wiadomo czyja łąka, czyje siano, ot, przyjechalim, to wzięlim.

Tukanka chorowała od kilku tygodni. Gdzieś na początku kariery Patrycji w zamojskim zoo nagle przestała latać. Siedziała na brzegu baseniku, gapiła się w przestrzeń rozmarzonym spojrzeniem (po prawdzie wyglądała, jakby się naćpała) i nic. Opiekunka odłowiła zwierzaka, Patrycja obadała, obejrzała, osłuchała. Na jej oko ptaszydło było zdrowe. Co by tu, cholera, wymyślić, żeby ładnie brzmiało w Księdze leczenia zwierząt, i co by tu wymyślić, żeby — na oko i zdrowe zwierzę — było jeszcze zdrowsze?
*ciężkie westchnienie*
Może byś tak ją ZBADAŁA? Ptak jest osowiały, kiedy jest CHORY. Obejrzyj go dokładnie! Jest wychudzony czy wręcz przeciwnie? Ma wszystkie pióra? W jakim stanie? Czy na dziobie jest jakaś wydzielina? Czy na nóżkach widać coś niepokojącego? Czy kuper ma czysty? Czy oczy są mętne, przymknięte? Czy oddech jest regularny? SPRAWDŹ TO!

- Nic nie mówię, pani doktor, ale to ginący gatunek. Bezcenny!
Nie znalazłam żadnego gatunku tukana, który byłby zagrożony wyginięciem. Jedynie andotukan niebieski ma status „bliski zagrożenia”, ale to wciąż nie czyni z niego ginącego gatunku.

Nad tukanką pracowałam więc bardzo intensywnie: zastrzyki, masaże (ta nie lata, tamta nie chodzi... zmówiły się, czy co?), nawet homeopatię uskuteczniłam i dziś już od progu doniesiono mi, że — alleluja!—siedzi na gałęzi obok swego małżonka, cała szczęśliwa i latająca. Jestem wielka!
Nie zbadałaś ptaka, nie ustaliłaś diagnozy, tylko waliłaś lekami na chybił-trafił i zastosowałaś HOMEOPATIĘ, i uważasz się za geniusza? Matko borska, chroń moje zwierzaki przed takimi lekarzami...

Leczyłam niedowłady tych jej nóżek [pigmejki] tygodniami. Dostała cały galeon leków, doustnie i domięśniowo. Wymasowałam ją tak, że mogłabym pracować jako masażystka pigmejek (może się przekwalifikuję, jak mi pacjenci będą głowę po nocy za często zawracać). Nikt, powtarzam: nikt nie wierzył, że mi się uda. Ja sama też nie. Gdy więc powoli zaczęła łapinami poruszać, zdobyłam kolejny punki w oczach Plamy. Nawet Dyrektor to zauważył i udzielił mi ustnej pochwały trzeciego stopnia. Dziś był ostatni zastrzyk. Pigmejka chodzi. Jutro jedzie do Warszawy.
Całe jej leczenie to po prostu liczenie na cud. Pigmejce też nie zrobiła żadnych badań, a przecież równie dobrze mogło się okazać, że ma uszkodzony rdzeń kręgowy i nie pomogą jej żadne masaże ani „galeony” (aŁtorkasiu, galon to nie to samo, co galeon) leków.

Aha, napomknęłam o nowym gatunku: żółwiu bezgłowym. Jeszcze bardziej niż kobr nienawidzą tu żółwi, które ciągle nam ktoś ze zwiedzających do terrarium podrzuca — rozumiesz: ludzik kupuje sobie ślicznego żółwika wielkości pudełka zapałek, a tu naraz urasta bydlę do wielkości talerza. Co z takim zrobić? Zanieść do zoo i, gdy nikt nie patrzy, wrzucić do baseniku z żółwiami. Tyle ich się tam kotłuje, że nikt różnicy nie zauważy.
Wiecie o tym i nic z tym nie robicie? I akwaria cały czas stoją otworem przed zwiedzającymi?! Przecież mogą tam wrzucić wszystko, włącznie z jedzeniem, żeby nakarmić żółwika, o innych niebezpiecznych przedmiotach, które zwierzęta mogłyby połknąć i się nimi zadławić, nawet nie wspominając!

No nic, to problem hodowlanki, nie mój. Moim było, jak pamiętasz, tuczenie biedaków na śmierć (kurczę, tak tu dobrze karmią te zwierzaki, że sama się chyba pod taką stołówkę podepnę...). Po zapoznaniu się z kolejnym rozdziałem Leczenia zwierząt egzotycznych w weekend i krótką, acz zwycięską bitwą, najpierw z Agą, potem z Kierownikiem, zmniejszyłam liczbę karmień. Na wątrobę zdychać przestały, za to dziś Aga już z daleka machała do mnie śmierdzącą reklamówką.
— No niee... Nie mów, że to żółw... — wyjęczałam.
Przytaknęła radośnie. Uwielbiała patrzeć, jak za pomocą tępej piły, klnąc straszliwie, usiłuję dostać się do środka przyszłej popielniczki.
— To nowy gatunek — Aga zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu — „żółw bezgłowy".
Faktycznie. Z głodu zeżarły mu głowę! Kanibale przebrzydłe! Chyba jednak, ku satysfakcji Kierownika, zwiększę im dawkę pokarmu. Wolę, żeby zdychały na wątrobę, niż zżerały sobie łby.
Właśnie dostałaś jasny sygnał na temat tego, że problemem może nie być ILOŚĆ pokarmu, ale RODZAJ. Zjadły mięso. Może dlatego, że potrzebują mięsa? Ale nie, co se będziemy głowę zawracać, niech wszystko wraca i niech będzie po staremu, przynajmniej będę wiedzieć, na co zdychają...
*płacze ze wściekłości*

Właśnie dostałam telefon z zoo: tukanka spadła z gałęzi i — nim ktoś to zauważył — utopiła się w baseniku wielkości nocnika. No comments. Normalnie: no comments!
I naprawdę jesteś tak zapatrzona w siebie, że nie domyślasz się, że to może być TWOJA wina? Wpakowałaś w nią arsenał leków, które mogły dać chwilowe złudzenie poprawy, ale potem nastąpiło gwałtowne pogorszenie, bo nawet nie zainteresowałaś się, CO jest przyczyną jej złego samopoczucia, nie wykryłaś choroby, nawet nie próbowałaś jej leczyć.
Patrysiu, umrzyj.

PS Zapomniałabym: znalazła się zaginiona kobra. W klatce obok. Aga akurat stała przy niej, gdy nadeszłam, cała zdziwiona i uradowana, że wreszcie nie muszę na gadach patrzeć pod nogi.
— Słuchaj, jak ona to zrobiła?! — wykrzyknęłam, gapiąc się na kobrę.
Aga uniosła palec w górę i odrzekła z powagą:
— Teleportacja.
Nie teleportacja, tylko niewłaściwe warunki przechowywania. Kobry w klatce, ja nie mogę...

Jak zwykle umarłam ze śmiechu.
Nie rób nam fałszywej nadziei.

— Czym ty ją myjesz? — zapytała przyjaciółkę w zamyśleniu mydlącą Wiedźmę.
— Płynem do kąpieli dla niemowląt. Truskawkowym. Czasem mandarynkowym. Na malinowy jest uczulona.
Bez komentarza, było w poprzedniej analizie, nie będę się powtarzać, do aŁtorkasi i tak nie dotrze.

Dzisiaj byłam razem z reprezentacją naszego Ogrodu w Lublinie na obchodach którejś tam rocznicy czegoś tam.
Jaka zainteresowana życiem zoo...

On mnie przepytuje na okoliczność gadów (siłą rzeczy stałam się ogólnopolską specjalistką od wszystkiego, co beznogie),
Jeżu, paręnaście stron temu osobiście przyznałaś, że nie masz pojęcia, gdzie węże mają jakie narządy wewnętrzne, a mimo tego masz CZELNOŚĆ uważać się za OGÓLNOPOLSKĄ SPECJALISTKĘ OD GADÓW?!

— Zdejmują sobie wszystkie szwy, jakich byś im nie założyła. Ostatnio próbowałem u tygrysicy. Szyłem ją trzy razy... — zwiesił głos.
— I co? ! co?
— Stoisz na niej.
Spojrzałam w dół. Stałam na pięknej tygrysiej skórze. W pierwszej chwili mnie zamurowało, w następnej popłakałam się ze śmiechu. Chyba staję się bezduszna...
Nie wydaje mi się, by to było legalne... A na pewno jest bardzo creepy: lekarz, który oprawia swoich pacjentów? Brr. Horror jakiś.

PS Pigmejka zdechła w tej głupiej Warszawie. Na zapalenie płuc.
Patrzcie państwo, jak to się dzieje, że KAŻDE zwierzę, którego się tknie Patrysia, na 95% i tak umiera, nawet jeśli pojawi się chwilowa poprawa?

— Mam dla pani złe wieści, pani doktor — przywitał ją od progu Pierwszy Po Bogu. Faktycznie musiały być złe, bo tak zafrasawanego widziała Dyrektora podczas swego pobytu tutaj tylko raz — gdy wyprawiła niechcący na tamten świat parę unikatowych żab, traktując ich akwarium środkiem żabobójczym (o czym na opakowaniu nie raczyli wspomnieć).
Wybaczcie przerost gifów na komentarzami, ale już mi po prostu słów brakuje.

Okazuje się, że urząd miasta nie wyraża zgody na etat dla lekarza weterynarii w zoo. Tam też chyba coś niezłego palą... W każdym razie, nie ma etatu = nie ma kredytu, więc Patrysia jest w dupie. Chociaż jeden kredyt już dostała i zdążyła go przepierdolić na remont... Chodzi o ten sam czy inny? Argh, nie znam się na tym i jestem tak wkurzona, że nie mam ochoty jeszcze robić researchu w sprawach urzędowych, walić to, wybaczcie.

Zafrasowani ruszyli w stronę wybiegu dla lam, gdzie jedna z nich zaczęła właśnie rodzić. Ani pani doktorowej, ani kierownikowi hodowli specjalnie się z tego powodu nie spieszyło, bo zwierzęta w zoo, tak jak na wolności, zazwyczaj radziły sobie same i z narodzinami, i ze śmiercią.
Aha, czyli żadnej opieki, w żadnym przypadku. Żreć dać, kupy sprzątnąć i tyle. Zdechło? Zrobić sekcję, bez wyciągania wniosków.
Na jakiej podstawie ten ogród jeszcze stoi? Zwłaszcza, od kiedy pracuje tam Patrysia?

— A propos miśka — zaczął Plama — w klatce Mordercy znów znaleźliśmy ludzki palec.
— Nie! — wykrzyknęła. Niedźwiedź brunatny, którego tak jak kobr nienawidziło całe zoo, nie od parady zwany był Mordercą. Lubował się w urywaniu zwiedzającym palców: podchodził taki durny człeczyna do klatki z misiem, podawał mu ciasteczko albo kukurydzianego chrupka, a misio, zamiast za ciasteczko, łapał za palec i ciągnął dotąd, aż...
I nie podjęto w związku z tym ŻADNYCH środków ostrożności? Mimo że, jak za chwilę można przeczytać, takich wypadków zoo ma średnio dwa rocznie? I NIKT Z TYM NIC NIE ROBI?!
Element Komiczny: palec należał do górala tak pijanego, że nie zgłosił się po urwany palec. Ha. Ha. Ha.

Holender szarpnął ją za sobą w chwili, gdy w bronę uderzył drugi piorun, a nawałnica przetoczyła przez podwórko psią budę — na szczęście bez zawartości, bo Pandapies ewakuowała się widać już wcześniej.
Trwa koszmarna nawałnica, pioruny co chwilę walą w żelazną bronę (którą ta kretynka sama kazała postawić na słupie wysokiego napięcia, bo booocian miał na niej zamieszkać), a ona zostawiła psa na dworze?! Nogi z dupy powyrywać to mało!

Offtop: podziwiajcie kunszt języka Michalakowej.
W kremowym atłasie, koronkach i perełkach Patrycja wyglądała... Wyglądała... No. Wyglądała.

Sheridana przestępowała niecierpliwie z nogi na nogę, kładąc uszy po sobie i gryząc wędzidło. I jej udzielił się nastrój tych dwojga.
— Weź chociaż moją Astę — poprosił cicho. — Ten koń jest niebezpieczny...
— Poradzę sobie — odparła takim tonem, że umilkł, a potem wsiadła na grzbiet czarnej klaczy i strzeliła szpicrutą.
Koń parsknął, skoczył do przodu, ale ponowny świst szpicruty i chlaśnięcie prosto w słabiznę, a potem wściekłe szarpnięcie wodzami, tak że klacz uderzyła niemal pyskiem we własną pierś, pokazały zwierzęciu, kto tym razem tutaj rządzi. Jej pani nie była już tym słodkim, łagodnym stworzeniem, które można było zrzucić przed byle płotem. Była wiedźmą, a wiedźmy nie należało drażnić.
A bądź sobie wiedźmą i uważaj się za nie wiadomo jaką zimną sucz, ale nie wyładowuj swojej złości na zwierzętach!

Codziennie zmuszam się do wstania z łóżka, oporządzania Wiedźmy (po Zołzie, którą zostawiłam uwiązaną do płotu togo parszywca, przepadł wszelki ślad)
Ot, kuń był, kunia ni ma. Na uj drążyć temat. Pal sześć, że kosztował tyle, co jej samochód, o takich pierdołach jak to, że to żywe stworzenie, któremu mogła stać się krzywda, nie wspominając.

Patrysia trafia do szpitala psychiatrycznego. W KOŃCU. Chociaż to powstrzyma ją od zabijania zwierząt!
Niestety, szybko z niego wychodzi. 

— Ja chciałem tylko powiedzieć...
Wiem, co chciałeś powiedzieć, Piaskowy Dziadku, pomyślała znużona. Czytałam twój wpis: Pyton albinos zdechł. Zawiodłam nawet głupiego węża.
— Ten pyton-albinos... — Kierownik umilkł, przełykając Z trudem. — To był ginący gatunek, ale... pani była cenniejsza. Nawet od niego.
Pozwólcie, że zarzucę moim ulubionym cytatem z książki „Felidae” (polecam).
„Nie jestem, Bóg mi świadkiem, zwolennikiem postępowania w stylu Rambo, ale bywają w życiu problemy, które można rozwiązać tylko w jeden sposób: zamknąć oczy i strzelać!”


Koniec, bomba, kto lubi Michalak ten trąba.
O rany, to było trudniejsze niż myślałam. Brnięcie przez gnój, jakim jest twórczość aŁtorkasi to NIE jest łatwe zajęcie. Wybaczcie nadmiar bluzgów i wykrzykników, ale przy niektórych fragmentach naprawdę puszczały mi nerwy.

Dlatego na odtrutkę, chciałabym polecić dwie książki o zawodzie weterynarza, oparte na faktach, które są DOBRE.

James Herriot „Jeśli tylko potrafiły mówić” (i cała reszta cyklu)
Absolutna klasyka prozy weterynaryjnej. Sir James Herriot ma niesamowity dar opowiadania i każdy najmniej interesujący aspekt swojej pracy potrafi opisać jak fascynującą przygodę. A nad fragmentami o krowiej macicy i maści dla świni popłakałam się ze śmiechu w pociągu.


Luke Gamble „Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele”
Gamble z urokiem, ale nie bez odrobiny goryczy przybliża nam zawód weterynarza w naszych czasach. Jest i śmieszno, gdy przykleja sobie mysz do palców klejem tkankowym, i straszno, gdy w wybucha epidemia pryszczycy i musi znieść psychiczny ciężar konieczności uśmiercania tysięcy zarażonych zwierząt. 


Na koniec jeszcze słowo wyjaśnienia. Czemu umieściłam tę analizę na tym blogu, a nie na Czarnych Owcach? Cóż, nie chciałam reaktywować tamtego bloga, bo nie mam ani czasu, ani ochoty znów regularnie bawić się w analizowanie. To był jednorazowy wyskok i tyle (chyba że kiedyś mi odbije na tyle, by się wziąć za drugi i trzeci tom tego gówna). Teraz wracam do zamieszczania tu swoich smętów i kiepskich opek. ;P

Także ten, no. Papa! Dzięki, że wpadliście!

[ERRATA!]
Zgadnijcie, kto właśnie dostał pracę w zoo. :D No więc muszę przy tej okazji poruszyć temat tych aŁtorkasinych pielęgniarzy. W książce, w kontekście, byłam przekonana, że chodzi jej o asystentów WETERYNARYJNYCH, a to, owszem, musieliby być technicy weterynarii, a nie żadni pielęgniarze. Teraz dowiedziałam się, że na papierku zawód opiekuna zwierząt w zoo nie nazywa się opiekun zwierząt, tylko właśnie PIELĘGNIARZ zwierząt. Oczywiście, język polski sprawia aŁtorkasi niewiarygodne trudności i np. w poprzedniej części węża trzymali i pielęgniarze, i opiekunka zwierząt, więc w zasadzie nie wiadomo, kto jaką w końcu pełni rolę, ale jednak pojawił się tu jakiś przebłysk wiedzy, więc nie pozostaje mi nic innego, jak zwrócić aŁtorkasi honor. Troszeczkę.



52 komentarze:

  1. Ciężko się to czytało, Elementy Komiczne polegające na truciu zwierzaków przypadkowo dobranymi lekami oraz ogólnym braku dbałości o nie sprawiały, że piana mi z pyska leciała... Dajcie łyka jakiegoś odpieniacza!

    OdpowiedzUsuń
  2. "Palmerka" - Strzelba pożyczona od ksiundza Palmy. Innego wyjaśnienia nie widzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ksiunc jest Plama, icoteras? :c

      Usuń
    2. Ale to ksiunc jest Plama i dyrektor jest Plama? Nepotyzm jakiś? Wnioskuję po tym, że w zoo jest jakiś gabinet Plamy, a kapelanów się chyba w zoo jeszcze nie zatrudnia... Winc to dyrektorowy chyba był?

      Usuń
    3. Dyrektor jest bezimienny, jeśli z analka wynika inaczej to tylko kwestia przypadku (bo chyba nie napisałam nigdzie "dyrektor Plama"?). :3

      Usuń
    4. A ksiunc jest w zoo kierownikiem hodowli, zapomniałam się tego czepnąć. xD

      Usuń
    5. "Gdy więc powoli zaczęła łapinami poruszać, zdobyłam kolejny punki w oczach Plamy. Nawet Dyrektor to zauważył i udzielił mi ustnej pochwały trzeciego stopnia." jakoś przez ten fragment mi się wydało, że Plama jest tym nawet dyrektorem. Ałtorkasiowy kunszt pisarski i moja skłonność do nadinterpretacji zrobiły swoje.
      Jest faktycznie na początku napisane, że to kierownik hodowli, ino chyba podświadomość moja się broniła przed uznaniem ksiunca za pełnoprawnego pracownika zoo, raczej go sobie wyobrażałem jako szeptuchę z doskoku. Nasuwa się też pytanie, czy ten ksiunc miał jakąś parafię, czy może zbiegł przed władzą duchowną i spełnia marzenia o zoo (skoro miał gabinet i etat...)?

      Usuń
  3. Tego jest więcej i wszystko o zoo?
    Matko jedyna, jakie to jest nieprawdopodobnie ZŁE.

    Gayaruthiel

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wierzę, że ta kobieta jest z wykształcenia weterynarzem, po prostu nie wierzę... (╯°□°)╯

    OdpowiedzUsuń
  5. Dlaczego ta głupia kurwa (piszę teraz o patrysi, ale wiem, że to alter ego ałtorkasi, so do the math) uważa mordowanie zwierząt za takie zabawne?

    OdpowiedzUsuń
  6. Kiedy ta idiotka udająca pisarkę, Michalakowa, jest śmieszna to pół biedy, ale wówczas gdy opisuje znęcanie się (bo jak inaczej nazwać to, co wyprawia ten głąb niby-wetka Partysia?) nad zwierzętami, mam ochotę palnąć tę rozchichotaną, zakochaną w samej sobie Kejt M. w ten pusty łeb i wystąpić z jakimś protestem do wydawnictwa.

    OdpowiedzUsuń
  7. To było tak straszne i obrzydliwe, że nawet nie śmieszne.

    Ten fragment mnie zafrasował: Po zapoznaniu się z kolejnym rozdziałem Leczenia zwierząt egzotycznych w weekend (...) Czy ona uczyła się w weekend, czy książka miała tytuł "Leczenie zwierząt egzotycznych w weekend"? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Leczenia zwierząt egzotycznych w weekend" - Może Patrysia pracowała dorywczo, weekendowo, więc zaopatrzyła się w odpowiednią literaturę. W jej biblioteczne zapewne można było znaleźć "Najbardziej skuteczne zastrzyki na poniedziałek" i czasopismo "Piątek z rakiem"

      Usuń
  8. Nie wiem,czy mam przeklinać czy wyrywać sobie włosy (w sumie szkoda kłaków. Dawno nie czytałam czegoś tak głupiego.Opko przeciętnej ałtoreczki choćby nie wiem jak głupie nie jest tak wkurzające.
    Zastrzelić tę sukę.
    Zgadzam się,książki Herriota były urocze,kiedyś serial jakiś był,chyba z A. Hopkinsem?

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam teorię na temat pytona i wyciągania go z KLATKI co kilka dni na badania; pobierali wymazy, ale nie wysyłali ich do laboratorium bo by to za dużo kosztowało.

    OdpowiedzUsuń
  10. Zagadkowa "palmerka" to zapewne strzelba Palmera. Za Wikipedią: "Strzelba Palmera – strzelba do usypiania zwierząt - pneumatyczna, gładkolufowa broń długa, strzelająca zastrzykiem z substancją usypiającą. Broń ta wykorzystywana jest przez służby weterynaryjne." (in case u wonder, to jest całość hasła).

    "Kara klacz czystej krwi arabskiej. Wóz drabiniasty. Borze, ty widzisz i nie szumisz..."
    Biorąc pod uwagę ogólny poziom kompetencji Patrycji, wolno przypuszczać, że zaprzęgła klacz do wozu za ogon. Ogólnie rzecz biorąc, byłoby całkiem miło, gdyby Patrysię w jej uroczym wiejskim domku odwiedził któregoś pięknego dnia Anton Chigurh...

    "...to już nie jest hiperbolizacja, to jest przeskakiwanie chędożonego rekina..."
    Cała twórczość AłtorKasi to jest przeskakiwanie chędożonego drzewcem rekina. Od pierwszej do ostatniej strony. I to jeszcze zanim rzeczony rekin w ogóle się pojawi.




    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrz, wpisywałam w Google "Palmer", a nie pomyślałam, żeby dodać do tego "strzelba". xD Dopiszę do analka.

      Usuń
  11. O, jak fajnie, nowa nocia. Znowu skomciam strumieniem świadomości.:)

    Co do usypiania dużych kotów, to wiem, że to żadne źródło, ale tak tu położę. Otóż namiętnie oglądam wszystkie seriale o wetach i ogrodach zoo, które animalplanety czy inne diskawery puszczają. I chociaż sporo wielkich kotów tam usypiano, to jeśli występowały jakieś obawy w związku z tym, to raczej że pacjent się przekręci niźli że się nagle wybudzi...

    "po czym schyliłam się, by sprawdzić pod klatkami, czy tam nie czai się gotowy do ataku gad."
    Oczyma duszy ujrzałam Patrysię gołymi ręcami macającą pod klatką w poszukiwaniu węża...

    "No i tak, bawełniany woreczek brzmi jak zajebisty pomysł do przewożenia jadowitych węży."
    Oj noweś, naoglądała się seriali o ludziach co wyłapują dzikie węże z ludzkich osiedli i ładują je właśnie do bawełnianych woreczków, to też chciała.

    "bardzo łatwo odróżnić, gdzie u węża zaczyna się ogon. Wystarczy spojrzeć na ODBYT."
    Jako że na RTG odbytu nie widać, podpowiedzmy bohaterce, że wąż ma ogon tam, gdzie nie ma już żeber.

    "Najpierw była mowa o siedemdziesięciu sześciu, potem na rentgen wiozą trzy, a teraz się okazuje, że tak naprawdę to ich jest tu PIĘĆ?! Aż wróciłam do wcześniejszego cytatu, ale jak byk stoi, że wiozą TRZY kobry!"
    Mnie wychodzi, że w jednym woreczku, którym machała Ania były trzy kobry, natomiast drugi woreczek, który niosła Patrysia, zawierał dwie (z fragmentu z poczekalni, który cytowałaś, można wywnioskować, że każda trzymała na kolanach własny worek). Tylko że autorka zapomniała napisać...

    "Więc jednak istnieją tu terraria! Skoro tak, dlaczego do tej pory w kontekście mieszkań dla gadów, słyszeliśmy wyłącznie o klatkach?"
    Jak sądzę dlatego, że autorkasi dopiero teraz się przypominało o istnieniu terrariów. A po co kłopotać się poprawianiem poprzedniego tekstu...

    "Trzeba to najpierw spróbować obrócić cielę do odpowiedniej pozycji. To się da zrobić, naprawdę"
    Tak tylko napiszę, że u moich rodziców trafił się kiedyś krowi poród nie tylko pośladkowy, ale jeszcze brzuchem do góry. Obeszło się bez cięcia, wszyscy przeżyli.

    "Gówno tam, niech zdychają. Babie kroić nie dam"
    Tak tylko wspomnę o moejej ś.p. Babci, która całe życie mieszkając na wsi, pośród weterynarzy najlepiej wspominała pewną młodą lekarkę, podobnież o niezrównanej sprawności w kastrowaniu wieprzków.^^

    "choć sama na widok WŁASNEJ krwi straciła przytomność dwa razy"
    A tu akurat w sumie bym się nie czepiała, znam sporo osób, które stoicko znoszą krew bryzgającą dookoła - o ile nie jest ich własna. Sama poniekąd tak mam.

    A z literatury weterynaryjnej to polecam jeszcze "Powiedz, gdzie cię boli" Nika Trouta. Moja ulubiona :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale pls nie chędóżcie rekinów, rekiny są kochane, tuliłabym wszystkie :<
    Mnie tam dręczenie, śmierć i flaczki bawią, tak samo jak gwałt i ludobójstwo - muszą być podane w odpowiednim kontekście i dobrze przygotowane. Komedia polegająca na okrucieństwie, zwłaszcza wobec bezbronnych istot (pewnie dlatego często w slapsticku to po prostu dorośli, zwłaszcza mężczyźni, obrywają), jest niezwykle trudna i pracochłonna. Niestety tutaj kompletnie nie wyszło, a cytowane fragmenty irytują już zanim przeczytam Twoje komentarze i z moją taką sobie wiedzą.
    Jest mi tym przykrzej, bo kiedyś naczytałam się co się czasem wyrabia w niektórych polskich zoo, na przykład o tym, jak pracownicy fizyczni drażnili się z lwem w łódzkim. I to jest chyba główny powód mojej irytacji - jestem w stanie uwierzyć, że taka kretynka jak Patrycja naprawdę istnieje i praktykuje. Brr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, się mi się jeszcze przypomniało - księża znają łacinę! Chociaż do celowego robienie debili z każdego poza główną bohaterką i jej ukochanym (z nich są idioci niecelowo) to już nas ałtorKasia przyzwyczaiła.

      Usuń
  13. Podziwiam Szanowną Analizatorkę, bo myślę, że większość śmiertelników by wyciekło. Ja ledwie wytrwałam, a za pomoc miałam przecież komentarze. Zgroza!

    OdpowiedzUsuń
  14. Jeszcze nie doczytałam do końca, ale już mnie frustruje ten dysonans: nad umierającym psem się płacze, ale alpaka "wzięła się i zdechła", hehe, beka. Wiem, że to trochę uwarunkowane kulturowo, ale i tak wkurza. Zwłaszcza w wykonaniu pani weterynarz.

    OdpowiedzUsuń
  15. "Gnój" to za łagodne określenie na to ohydztwo. Świetnie się z tym rozprawiłaś. Nie mieści mi się w głowie, że Michalak naprawdę ma coś wspólnego z weterynarią. Czy to być może? Tu nawet nie chodzi o kreację ćwierćmózgiej bohaterki - przecież widać jak na dłoni, że sama autorkasia ma coś nie tak z empatią, skoro znajduje zabawnymi fragmenty takie, jak ten o duszącej się panterze, żołwiach-popielniczkach czy też ogólnie braciach mniejszych, co to jak muchy mrą. OBRZYDLIWE.

    OdpowiedzUsuń
  16. "Aha, no jasne. Jak chcieli, tak zrobiłam. Z fiolką surowicy w kieszeni i Agą, beztrosko wymachującą trzema kobrami zapakowanymi do bawełnianych woreczków, pojechałam na drugi koniec Zamościa do zaprzyjaźnionej lecznicy, na prześwietlenie."

    Nie zdziwiłabym się gdyby pojechały do tej lecznicy PKSem... albo komunikacją miejską z dwoma przesiadkami -.-
    Żenadometr mi wypierdala jak to czytam. Aż mam ochotę napisać do Michalakowej uroczy list pełen hejtu i jadu.

    OdpowiedzUsuń
  17. tę flądrę powinni izolować od ludzi, a nie książki jej wydawać, jak mi bóg miły...
    Podziwiam, że przeczytałaś ten szajs - przecież od samych fragmentów wątroba gnije i uszami wypływa...

    OdpowiedzUsuń
  18. O,jeszcze fajnie o zwierzętach pisał Gerrald Durrell,ale to już nie o weterynarii.Tam też była sekcja żółwia,skorpiony w pudełku od zapałek i masa innych,naprawdę fajnych historii.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Moja rodzina i i inne zwierzęta",
      "Moje ptaki,zwierzaki i krewni"Kraina szeptów
      Menażeria
      Nowy Noe
      Ogary z Bafut
      Ogród bogów
      Opowieści o zwierzętach (seria "Naokoło świata"; wybór z Three Singles to Adventure, The Drunken Forest i Krainy szeptów)
      Poradnik przyrodnika
      Przeciążona arka
      Różowe gołębie i złote nietoperze
      Zapiski ze zwierzyńca
      Złapcie mi gerezę
      Zoo w walizce

      Usuń
  19. Świetna analiza! Momentami trochę ostra zbyt ostra (bynajmniej nie z powodu treści książki - bo trudno byłoby chyba znaleźć cokolwiek na obronę tej treści i jej wątpliwego przekazu), ale generalnie bardzo rzeczowa i rozwiewająca wszystkie wątpliwości. Kawał dobrej roboty. Definitywnie zasługuje na order. Brnięcie przez pewne książki jest zwyczajnie aktem heroizmu, odwagi i ogromnego poświęcenia, a "Poczekajka" to niestety jeden z takich tytułów.
    Najbardziej przerażające jest jednak chyba to, że wszystko, o czym pisała autorka w wyżej zanalizowanym tekście można było bez problemu sprawdzić i nie byłyby do tego potrzebne szczególnie wyszukane źródła. Jeżeli książka była wydana w 2008, są dwie opcje: była pisana w tymże właśnie roku (bo z mojego osobistego researchu wynika, że autorka ma dość imponującą prędkość pisania) lub w 2007, z porywami na 2006. Internet już wtedy był - być może nie tak popularny jak dzisiaj, ale na pewno (zwłaszcza w miastach) nie był dobrem deficytowym i luksusowym. Istniały wtedy kafejki internetowe, a większe biblioteki też raczej miały dostęp do sieci. Niemniej jednak, internet to nie wszystko - mogło być w nim niewystarczająco dużo treści, obsługa komputera przecież do dzisiaj sprawia ludziom (nawet tym dość młodym) pewne problemy. Wciąż pozostają jednak biblioteki. Dostęp do porządnej biblioteki - chociażby i uniwersyteckiej - nie wymaga przecież ogromnych nakładów finansowych. W biblio mojej uczelni książki może wypożyczyć każdy, nawet, jeśli nie jest w żaden sposób związany ze społecznością akademicką - wystarczy dowód i wpłacenie kaucji (która jest po prostu symboliczna w kwocie). Ale wciąż uważam, że do zgrabnego opisania praktyki weterynaryjnej (zwłaszcza mając odpowiednie ku temu wykształcenie) odpowiednio zorganizowanej osobie wystarczyłby chociażby i jeden podręcznik wspomagany dowolnym atlasem zoologicznym. Może to brzmi arogancko z mojej strony (bo moja wiedza na temat leczenia zwierząt ogranicza się do tego, że recytuję z pamięci listę jedzenia, którego moje koty i pies kategorycznie nie powinny mieć w okolicach pyszczków), ale to jednak tylko książka fabularna. Nie trzeba w niej opisywać skomplikowanych operacji lub zabiegów - wystarczyłoby po prostu sprawdzić kilka rzeczy i raczej skupić się na tym, żeby nie przedstawiać niepotwierdzonych opinii. Pisarze nie są przecież ekspertami w każdej dziedzinie; czasami chodzi o to, żeby z minimalną wiedzą stworzyć coś, co nie będzie wprawdzie kompendium przedmiotowym i co pozwoli czytelnikowi samodzielnie uśpić mysz laboratoryjną (swoją drogą, samo uśpienie myszy to proces dość skomplikowany, co potwierdzam z pełną świadomością tych słów i osobistymi flashbackami wojennymi), ale co, mimo wszystko, nie będzie stekiem bzdur. Można też przecież porozmawiać z osobami, które się tym zajmują - ZOO są w każdym większym mieście. Nawet, jeśli dyżurny weterynarz będzie zajęty, podstawowymi informacjami podzielą się chociażby wolontariusze (jak często trzeba golić owce? polecam przejść się do mini-zoo i zapytać tych osób, które dbają, żeby kozy nie stratowały pięciolatków lub odwrotnie, na pewno chętnie pomogą).
    cdn

    OdpowiedzUsuń
  20. cd
    Co do rentgena - miałam osobiście okazję być naświetlona w życiu tyle razy, że prawdopodobnie emituję już własną poświatę w ciemności. Zdjęcie wywołane na płycie, w formacie komputerowym (możliwe do odtworzenia na każdym urządzeniu ze stacją CD, ponieważ zdjęcie jest wgrywane na specjalnym programie prostym jak konstrukcja cepa, ale w pełni autonomicznym i sprawnie działającym) miałam robione w 2011 roku, w niewielkim szpitalu - i to już wtedy nie była nowość. Duże szpitale jednak (i większość przychodni też) robią nadal tradycyjne zdjęcia, takie na kliszy. Całkowity czas ich wykonania to jakieś... 20 minut? 30? Bez opisu pewnie nawet krócej. Kiedyś, kiedy byłam u lekarza, zostałam z marszu wysłana do pracowni na aparat, i jeszcze tego samego dnia zdjęcie zostało dostarczone wcześniej wspomnianemu lekarzowi, coby mógł sobie po nim porysować ołówkiem. Wszystko miało miejsce w przychodni publicznej - w godzinach szczytu - i zajęło na pewno nie więcej niż pół godziny. Przenośny aparat do zdjęć rentgenowskich oddział szpitalny (całkowicie niezwiązany z częstymi potrzebami korzystania z takiego sprzętu) potrafi zorganizować szybciej, niż dodatkowe łóżko. Śmiem więc założyć, że zrobienie zdjęcia - nawet w warunkach polowych, a ZOO przecież musi mieć odpowiednie pomieszczenia do celów weterynaryjnych, które na pewno polowe nie są - zajęłoby około godziny, dwóch z całą organizacją sprzętu. Mogę się mylić, oczywiście, ale wydaje mi się, że ogród zoologiczny powinien mieć przynajmniej możliwość robienia podstawowych badań. To przecież nie jest kwestia kilku psów czy kotów, ale egzotycznych, a często nawet rzadkich zwierząt...
    Przepraszam za przydługi komentarz, pozdrawiam serdecznie <3

    OdpowiedzUsuń
  21. Coś chyba jest ze mną nie tak, bo chciałabym żeby Ałtorkasia napisała książkę, w której bohaterką jest położna pracująca w państwowym szpitalu. Wyobraźcie sobie ile tu by można zjebać i Natalia stereotypów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Położną? Stwórzmy od razu bohaterkę chirurga w stołecznym szpitalu, której nikt nie szanuje bo przecież to baba. Będzie dawała "jakieś tam" zastrzyki na skomplikowane złamania, a na stole operacyjnym, jednym szybkim cięciem będzie otwierała brzuchy. W końcu jest ogólnopolskim ekspertem chirurgii! Ma przegrane 500 godzin w Surgeon Simulator na Steamie!

      Usuń
    2. Aż mi się przypomniał taki amerykański serial o 16-letnim lekarzu :) Czuję, że opis wycięcia wyrostka w wykonaniu Ałtorkasi przypominałby raczej scenę patroszenia xD

      Usuń
    3. W "Nie oddam dzieci" świetny chirurg Michał Sokołowski otwierał brzuchy jednym cięciem.

      Usuń
  22. "Palikiem konia nie przytwierdzi do ziemi, potrzebuje jakiejś ogrodzonej działki." - a dlaczego? Widzialam kilka razy (moj ojciec tak robil).

    "Koń, istota o mózgu nie większym od mandarynki, doszedł do wniosku, że w tej sytuacji najlepiej... się położyć." - ... Kunie som MONDRE! A przynajmniej ja na takie trafialam, to naprawde niesamowite, piekne i inteligentne zwierzeta (kocham konie miloscia wielka, na ich sam widok mam dreszcze, bo sa takie wspaniale. I to jest fakt, chociaz wiem, ze to w chuk dziecinne xD).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobiście za końmi przepadam średnio, ale nie zaprzeczę, że są to zwierzęta mądre. To że koń się położył, bo stwierdził "Nie będę ciung tego woza bo nie jestem szkapą lel" potwierdziło tylko, że mózg ma większy od mózgu Patrycji. A skoro konie mają mózg wielkości mandarynki, to zakładam, że w głowie bohaterki leży przegniły migdałek i wiatr hula między uszami.

      Usuń
    2. Z tym sie klocic wrecz nie wypada :)

      Usuń
  23. Pomijając już fakt, że zoo ignoruje fakt regularnego odgryzania zwiedzającym palców przez niedźwiedzia, tudzież fakt karmienia przez nich tegoż niedźwiedzia ciasteczkami czy innym świństwem, to czy dzisiaj dostanie się tak blisko niedźwiedzia czy innego tygrysa jest w ogóle możliwe? Z polskich ogrodów zoologicznych znam co prawda tylko warszawski, ale widywałam inne i dostanie się na tyle blisko dużego zwierzaka, żeby wtykać mu do pyska ciasteczko razem z palcami wymagałoby pokonania barierki, kilku metrów jakiejś roślinności oraz fosy, albo przeniknięcia przez grube szkło...
    Tak samo nie przypominam sobie możliwości dorzucania do basenu nadprogramowych żółwi - że już pominę milczeniem fakt, że nie wszystkie są wodne i niektórym taka kąpiel pewnie by nie wyszła na zdrowie.

    OdpowiedzUsuń
  24. "Ależ się dzisiaj działo... Main Gott (...)
    MAIN?! Jeżu w borze, czy ta idiotka (i bohaterka, i aŁtorka) może się pogrążyć jeszcze bardziej?"
    Oj no, a może Pati jest politeistką i właśnie wzywa jakiegoś najwyższego boga.

    "gdyby kobietka była uczulona na surowicę, zeszłaby śmiertelnie, a Plama zaraz po niej — na zawał i wyrzuty sumienia.
    Akurat jad grzechotnika jest w stanie wykończyć i bez uczulenia: patrz wyżej."
    *lekko skołowana* ale czy ona nie mówi o uczuleniu na surowicę, którą ksiunc podał kobiecie? Bo w jadzie jej chyba nie ma...

    "Patrycję olśniło. O Boże! Ten głos! Te włosy! Już wiedziała, dlaczego nieznajomy wydawał się jej przez cały czas nie do końca nieznajomym. Te on rysował portret Jagi w zoo! To on przyjaźnił się z Dyrektorem! Przejechała przyjaciela szefa! To koniec. Straci ukochaną pracę... Kobieto, twój kochaś, do którego tak wzdychasz, prawie zabił psa i spłoszył konia, na którym siedział jeździec, a ty się martwisz o SIEBIE?"
    A ona nie kochała się właśnie w tym zrzuconym jeźdźcu, pięknym Gabryjelu?

    Ta książka jest straszna, szkodliwa i obrzydliwa. Szczerze podziwiam Cię za to, że wytrwałaś do końca...

    Lynx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ło, nawet nie zauważyłam, że tam stoi "surowica", myślałam, że cały czas mowa o jadzie. Nie wiem, czy można być uczulonym na surowicę (pewnie tak, ale głowy nie dam), ale gdyby nikt NIE podał kobiecie surowicy, to tym bardziej by miała szansę kojfnąć, więc nie rozumiem dylematu. o_O

      Usuń
  25. Winky, przyznaj otwarcie, że zebrałaś sumę wszystkich strachów miłośnika zwierząt i teraz udajesz, że to Michalak. Proszę...
    Co do tego jegomościa, który jak długi padł na widok krowiej krwi, to mi się wydaje, że on dobrze wiedział, jak cc nie robić, no i właśnie zobaczył, że ludzie są aż takimi idiotami.
    Krowy u Michalak to bolesny temat; Jerseyka zjadła 3 metry sznurka, a ona nawet się tym nie przejęła. Bory, to dobrze w sumie. Bo jakby tak zobaczyła koniec sznurka na jednym końcu krowy, to pewnie by wciągała po centymetrach. Bo krowa to w sumie taka duża świnka morska, nie ma zmartwienia.
    Nie ma?
    NIE MA?!!

    OdpowiedzUsuń
  26. Tu nawet nie ma się z czego śmiać. To jest OKROPIEŃSTWO. Serio, obawiam się o zdrowie psychiczne ałtorki. Kto normalny uważa śmierć, chorobę zwierzęcia za ZABAWNE?! O ile z innych wypocin Michalakowej można się pośmiać albo pokręcić głową nad głupotą pisaniny o mafiosach, to tu autentycznie groza ogarnia. Zupełnie jakby zajrzało się do umysłu psychopaty. :/

    OdpowiedzUsuń
  27. Żałuję mocno, że nie piszesz już analiz, bo te były bardzo dobre.
    Przeczytałam analki tego "dzieła" u ciebie i NAKWy, mimo żem wygadana słów mi zabrakło. Nie potrafię ogarnąć swoim małym rozumkiem stosunku ałtorki do zwierząt. I nie chcę pojmować. Za wydanie tego cudu wydawnictwo powinno ponieść srogą karę.

    A propos trutki i psa. Rodzice mieszkają na wsi, więc takie wypadki zdarzają się tam co jakiś czas. Na naszego psa też trafiło, ale, szczęśliwie, zorientowaliśmy się dość szybko, żeby można było go odratować (kilka dni na lekach, kroplówki, skomplikowane badania, nikomu nie życzę). Był w okropnym stanie chociaż zjadł tego naprawdę niewiele, kilka kulek w kiełbasie a postury jest słusznej. Parę innych zwierzaków nie miało tyle szczęścia i (tak sądzę, to tylko obserwacje) tak duży krwotok to raczej ostatnie chwile.

    Lena

    OdpowiedzUsuń
  28. Dzięki za tą analizę, widać że znasz się na rzeczy i podchodzisz do tematu leczenia zwierząt z pasją. Pewnie będziesz dobrym wetem ;) Mam wrażenie, że bardzo się emocjonowalas pisząc, szkoda zdrowia. Chociaż faktycznie jeśli ktoś jest zielony w temacie, to może się nabrać na takie bzdety i trwać w błędzie.

    Smucą mnie natomiast niektóre zostawienie tu komentarze. Sama nie toleruję twórczośći pani Michalak, ktora pisze na poziomie opek. Nie ogarniam jej wydawców, ani tymbardziej ludzi zafascynowanych jej potworkami (FB pokazuje, że jest ich całkiem sporo). Ale żeby ją wyzywać od suk, prostytutek, czy życzyć jej śmierci...ręce opadają. Nie popieram hejtu.

    Meve

    OdpowiedzUsuń
  29. Analiza miodna, od tej strony "Poczekajki" nie znałam, choć przeczytałam już chyba trzy inne jej analizy :)
    Jako ze chyba wszystkie Twoje wątpliwości zasygnalizowane w analku zostały rozwiane, a ostał się jeno kredyt (bo to nudne), to szepnę, że albo to jakieś srogie pierdololo, albo ałtorka jest nieprecyzyjna (co się w sumie nie wyklucza). Jeśli wzięła kredyt mieszkaniowy (a taki wziąć musiała na zakup domku i remont tegoż) to musiała wcześniej udowodnić, że ma umowę o pracę na czas nieokreślony najlepiej, albo przynajmniej na kilka lat do przodu. Musiała w ramach tej umowy zarabiać tyle, żeby ją było na kredyt stać Jako że jest samotna i młoda i w zasadzie nie miała wczesniej pracy (tak zrozumiałam), to jednak pierdololo. A jeśli już piniondz dostała, to nikt jej go nie zabierze, nawet jak wyleci z roboty, nie będzie tylko miała czym spłacić comiesięcznej raty i chyba o to był ten szloch w cytacie. Nie jest łatwo dostać kredyt. W 2008 było łatwiej, ale nie aż tak.

    OdpowiedzUsuń
  30. Nie pojmuję, dlaczego aŁtorka przy każdej okazji strzela sama sobie w stopę... Nie dałoby się pisać o jakiejś jawnej kretynce, która dostała fuchę po znajomości? No nie można by było?

    OdpowiedzUsuń
  31. UWAGA, errata! Zerknijcie na koniec analizy!

    OdpowiedzUsuń
  32. Masz pracę w ZOO? Hurra!!!! Powodzenia! Winky,ściskam!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  33. Co by nie powiedzieć, to książkopko jest w pewnej kwestii bardzo konsekwentne i realistyczne - pod opieką Patrysi zwierzaki padają jak muchy. Przynajmniej Ałtorkasia nie udaje, że te losowe wstrzykiwanie losowych leków w losowe miejsca może cokolwiek wyleczyć.
    Gorzej, że to chyba miała być bohaterka pozytywna :/

    OdpowiedzUsuń