piątek, 28 lipca 2017

ŻYJĘ

Tak w sumie to nie podobał mi się ten krab, ale ćśś.

Nie wiem, czy ktokolwiek dotarł do erraty na końcu drugiej części wetanalizy (credit: Kura), ale w każdym razie: MAM PRACĘ W ZOO!

Bez grama przesady: to najlepsze, co przydarzyło mi się w życiu. Wcześniej miałam dwie prace. Pierwszą był staż w przychodni alergologicznej jako recepcjonistka i to był istny KOSZMAR. Ja, skrajna introwertyczka z fobią na odbieranie telefonów, wrzucona do recepcji przychodni, w której dziennie przewijało się bez mała 100 osób i wszystkie z własnym wachlarzem żądań. Przez ostatnie dwa miesiące byłam tak skrajnie zestresowana, że dzień w dzień dręczył mnie nieustanny ból brzucha i pochodne temu atrakcje, a kiedy wróciłam z tygodniowego urlopu zdrowotnego, usłyszałam, że wzięłam sobie wolne bez powodu, a one tu mają zapierdol. Bez komentarza...

No, więc ten, tragedia i trauma do końca życia. Druga moja praca miała być tą zbawienną, bo w lecznicy weterynaryjnej, a więc w końcu coś pokrewnego obecnie wyrabianemu zawodowi (technik weterynarii). Z początku nazywało się, że mam być tylko panią sklepikową i w wolnych chwilach miałam być przyuczana do zawodu. Wkrótce okazało się, że mam jednocześnie panować nad sklepem zoologicznym, wszelką dokumentacją weterynaryjną (księga leczenia, księgi hodowlane, zaświadczenia o szczepieniach, faktury i masa innych), zwierzętami zatrzymanymi na obserwację, psami z hotelu, zapisywaniem pacjentów, a wkrótce nawet PRZYJMOWANIEM pacjentów mimo braku jakichkolwiek uprawnień - a nawet gdybym już była technikiem, to bez nadzoru lekarza nie wolno mi zrobić NIC!!! podczas gdy takie praktyki w tym miejscu były normą. A na koniec usłyszałam, że jestem do dupy i nawet sprzątać nie umiem. Kurtyna.

A teraz... mam pracę marzeń.

Jestę zookeeperę. <3

To było jak podróż do alternatywnego świata. Przez pierwszych kilka tygodni nie mogłam uwierzyć w to, że życie może być tak... dobre, i wciąż byłam zdołowana, niepewna i płacząca po kątach. Ale kiedy w końcu do mnie dotarło, że to się dzieje naprawdę, że mam pracę, w której czuję się dobrze, w której ludzie są świetni i dogaduje się z każdym, nawet z ludźmi o skrajnie odmiennych poglądach, w której czuję się spełniona, a przełożeni CHWALĄ mnie za to, co robię... odżyłam. Do tego stopnia, że mimo skrajnego braku czasu, wróciłam do różnych zajęć, które porzuciłam w depresji. Wróciłam do pisania mojej powieści. Od marca natrzaskałam ponad 150 stron, staram się pisać przynajmniej jedną dziennie i robię to z przyjemnością. Praca w zoo jest bardzo męcząca, zwłaszcza w sezonie letnim, kiedy jest pełno zwiedzających (w większości debili karmiących zwierzęta cukierkami i ładujących łapy i śmieci do wybiegów), a my mamy dyżury od 7:30 do 19:00, i jasne, ciągle budzę się o tej piątej z myślą: "Ugh, nie chce mi się", ale czuję się tam tak dobrze, że wszystkie te minusy nie mają najmniejszego znaczenia.

Pracuję na małpiarni - a właściwie w sekcji, w skład której wchodzi małpiarnia, małe ssaki i jeden z pawilonów ptaków oraz sowy i orzeł stepowy, ale ja robię głównie na małpiarni. Przed rozpoczęciem kariery zookeepera (że też nie ma ładnego słowa na to w języku polskim... albo pielęgniarz zwierząt albo opiekun zwierząt, za długie i niejednoznaczne) miałam nadzieję na wiwarium, gdzie dwa lata temu robiłam wolontariat, ale koniec końców dobrze się stało, bo tu też jest zajebiście. Tonę w gównie, 50% dnia pracy to sprzątanie, 40% to krojenie warzyw i owoców, a pozostałe 10% to cała reszta, ale nie zamieniłabym tej pracy na żadną inną. Karmienie lemurów to, oczywiście, najlepsza część dnia (zwłaszcza, kiedy pogoda brzydka, zwiedzających nie ma i nie trzeba się wysilać na przemówienia do publiczności), długi proces zaprzyjaźniania się z koczkodanem Funiem, zakończony tym, że ten buc teraz skacze mi po ramieniu i kładzie stopy na czole (a jaki był zdziwiony, kiedy zobaczył moje tatuaże, macał, wąchał i nie mógł ogarnąć, co to jest! <3) to wspaniałe doświadczenie, a pancernik Klusek, robiący karierę w mojej rodzinie swoją słodkością, to istny hicior.

BĘC

Żeby opisać wszystkie zajebiste doświadczenia z zoo, musiałabym poświęcić na to całą książkę. Notabene, mam zamiar - ale może jak będę mieć staż dłuższy niż pół roku. Póki co, skupiam się na moim magnum opus, które wciąż nie ma tytułu: o wynalazcy, który ma ambicje zostać bogiem. Zmieniłam mu imię, bo lektura "Dziecka Gwiazd. Atlantydy" uświadomiła mi istnienie słowa "tyrpać", więc Tyrpator został spaczony w moim umyśle na wieki. Teraz jego imię to Tagard. Blabla, nieważne. Na chwilę obecną mam 184 strony, wątki mi się mnożą, fabuła się wydłuża, nie wiem, czy to dobrze, ale pisze mi się dobrze, więc nie pozostaje nic innego, jak utrzymać ten trend i zweryfikować efekty.

Nadal zdarzają mi się epizody depresyjne, kiedy bez wyraźnego powodu budzę się smutna i tak mi już zostaje na kilka dni, albo zestresuję się czymś i ryczę z tego powodu przez tydzień. Ale zdarzają się o wiele rzadziej i o wiele łatwiej mi je przezwyciężyć.

Bum siakalaka, kurde!